Czołgami przez świat cz. 1

Moje zainteresowania latami trzydziestymi od zawsze są pochodną zainteresowań II wojną światową, a w szczególności jej końcówką i wydarzeniami jakie rozgrywały się na terenie naszego miasta. Nie rozumiem aż takiej zawziętości, pasji w niszczeniu wszystkiego dookoła w sytuacji gdy opór w zasadzie nie prowadził do niczego innego jak do kolejnych, zbędnych ofiar i zniszczeń. Zawsze mnie intrygowało to dlaczego postępowali tak ci, którzy tutaj się znaleźli i dlaczego tak uparcie odmawiali poddania się narażając jednocześnie na poświęcenie tych, którzy absolutnie nie byli taką ofiarą zainteresowani (delikatnie mówiąc). Dlatego też postanowiłem, że pojawiać się na mojej stronie będą także treści związane z okresem II wojny światowej oraz obroną Festung Breslau. To bardzo ciekawy i mocno przeze mnie swego czasu eksplorowany odcinek historii Wrocławia. Z czasem też będę rozszerzał zakres dat mojego kalendarium, tak aby sięgnęło czasu, o którym mowa.

Idąc tym tropem zaczniemy od kolejnego tekstu Karola będącego pierwszą częścią cyklu traktującego o niemieckiej broni pancernej, który zakończy się opisem właśnie tego jak broń pancerna była używana w obronie Wrocławia w 1945r. Całość liczyć będzie trzy odrębne teksty. Dziś pierwszy o początkach Panzerwaffe i narodzinach idei Blitzkrieg’u.

Dodałem też kolejny, siódmy rozdział opowiadania Trzeba tylko chcieć. Zbliżamy się do wielkiego finału i do sceny, która powstała jako pierwsza i jest dla mnie w tym tekście najważniejsza.

linia_1

Narodziny Panzerwaffe [Karol Korona]

Dzisiejszym artykułem chciałbym zapoczątkować kolejny cykl tekstów, traktujących tym razem o koncepcji tworzenia, rozbudowy i wykorzystania jednostek pancernych w Wehrmachcie. Chciałbym w ten sposób przedstawić odpowiednie tło aby przybliżyć działania niemieckiego oddziału pancernego, który po zamknięciu okrążenia, do ostatnich dni brał udział w walkach o Festung Breslau.

Wojska pancerne, które zastąpiły znaną z przeszłości ciężką jazdę, stanowią obecnie główną siłę uderzeniową armii lądowych. Wyposażone w pojazdy różnych typów potrafią stawić czoła wszelakim wyzwaniom współczesnego pola walki. W dalszym ciągu są uzależnione od wsparcia piechoty, chociażby w obszarach miejskich, zapewniając jej jednak niezbędną siłę ognia czy osłonę. Na początek warto więc byłoby przybliżyć genezę powstania pojazdów opancerzonych.

 Po ustabilizowaniu się sytuacji na frontach I wojny światowej i przejściu walczących do obrony pozycyjnej, każda ze stron konfliktu zdała sobie sprawę, że za sukces i ostateczne zwycięstwo przyjdzie słono zapłacić. Użycie gazów bojowych, masowe wykorzystywanie ciężkiej artylerii tylko zwiększało liczbę ofiar. Nawały ogniowe tak skuteczne przy zmiękczaniu pozycji przeciwnika w początkowej fazie natarcia, nie odgrywały większej roli podczas bezpośredniej walki w okopach. Co więcej, pomimo celności ognia artyleryjskiego, powodował on niejednokrotnie straty wśród swoich jeśli nie został odpowiednio wcześniej wstrzymany bądź przeniesiony w głąb pozycji przeciwnika. Wybuchający pocisk nie rozróżnia przecież kto jest swój. Stało się jasne, że żołnierze potrzebują bezpośredniego, mobilnego wsparcia przy przełamywaniu umocnień.

Wsparcia, które nie byłoby narażone na ostrzał z broni maszynowej czy rozcinające powietrze, latające odłamki. Raczkujące wtedy lotnictwo nie było w stanie spełnić tej roli, a samochody pancerne miały za słabe silniki żeby poradzić sobie w trudnym terenie. W takich okolicznościach zrodził się w umyśle Ernesta Swintona pomysł zbudowania pojazdów na podwoziu gąsienicowym – czołgów. Oprócz odpowiedniego uzbrojenia i opancerzenia pojazd taki powinien radzić sobie z jazdą w terenie zoranym przez ogień artyleryjski, ponadto wymagano żeby mógł przejeżdżać nad okopami. Ciężko bowiem sobie wyobrazić, żeby czołgi po zdobyciu i oczyszczeniu linii okopów przez piechotę stanęły i czekały aż oddziały pionierów przygotują odpowiednie przejazdy.

Poniżej przedstawiłem krótkie charakterystyki poszczególnych konstrukcji. Warto zaznaczyć, że w przypadku Brytyjczyków i Francuzów konstrukcje powojenne niewiele odbiegały od założeń doby Wielkiej Wojny.

W 1915 roku zaprezentowano armii brytyjskiej czołg Mały Willie jednakże prace nad nim zostały wstrzymane z uwagi na kiepskie możliwości pokonywania okopów (do 1,2 metra). Do produkcji wszedł dopiero jego starszy brat, Duży Willie oznaczony jako Mk. I (Mark 1 czyli w wolnym tłumaczeniu: model pierwszy). Pierwsze czołgi tego typu pojawiły się na froncie we Francji w 1916 roku. Produkowano je w dwóch wariantach różniących się uzbrojeniem. Pierwszy wariant (żeński) uzbrojony był w 5 karabinów maszynowych (4 w kazamatach po obu stronach kadłuba) jego głównym celem miało być zwalczanie piechoty. Wariant drugi (męski) uzbrojony był w 3 karabiny maszynowe i dwa 6-cio funtowe działa w kazamatach usytuowanych także z obu stron kadłuba. W trakcie walk wykryto wiele mankamentów tych pojazdów, które zmusiły konstruktorów do wprowadzenia modyfikacji. Niemniej jednak czołgi Mk. I spełniały rolę do jakiej zostały stworzone. Modele Mk. II i Mk. III, w których usunięto część wad pierwszego modelu traktowano jako wozy specjalistyczne oraz wozy zaopatrzeniowe. Łącznie zakłady opuściło około 100 sztuk. Najliczniej produkowany był jednak model Mk. IV, którego powstało ponad 1200 sztuk. Niemcom udało się zdobyć dużą liczbę tych czołgów, które z powodzeniem wcielono do służby jako Beutepanzerkampfwagen IV. Pod koniec wojny wypuszczono jeszcze model Mk. V. Oprócz zastosowania mocniejszego niż w Mk. IV silnika zmieniono układy transmisyjne – dzięki czemu czołg mogła prowadzić tylko jedna osoba. Ponadto dodano wieżyczkę dowódcy w tylnej części pojazdu. Ciekawą, ale mniej znaną konstrukcją był czołg Whippet. Ciężko jest go jednoznacznie zaklasyfikować. Według różnych źródeł był to czołg lekki – kawaleryjski bądź średni. Prototyp testowano w 1916 roku, a do służby pojazdy te weszły na przełomie 1917-1918 roku. Wyposażony był w 4 karabiny maszynowe, rozwijał prędkość 8 mil na godzinę i miał zasięg około 40 mil. Do końca wojny wyprodukowano około 200 sztuk.

Francuzi bacznie przypatrujący się poczynaniom Brytyjczyków także uruchomili swój program budowy czołgów. Wybrano najprostsze rozwiązanie skracające prace projektowe – zdecydowano o wykorzystaniu podwozi traktorów artyleryjskich. Jako pierwszy pojawił się ciężki Schneider CA1, który uzbrojony był w krótkolufowe działo 75 mm i dwa karabiny maszynowe. Okazał się jednak konstrukcją nieudaną. Do końca wojny wyprodukowano około 400 sztuk, z czego niektóre odsprzedano Hiszpanom i brały później udział w walkach podczas hiszpańskiej wojny domowej. Równolegle prowadzono prace nad kolejnym ciężkim czołgiem, model Saint-Chamond. Uzbrojony w zmodyfikowaną polową armatę 75 mm i 4 karabiny maszynowe nie radził sobie w trudnym terenie. Dodatkowo niezabezpieczone, pracujące, elementy silnika stanowiły zagrożenie dla załogi. Wyprodukowano 377 sztuk w wersji bojowej i 23 sztuki w wersji transportowo-zaopatrzeniowej. Prawdziwą rewolucję przyniósł jednak dopiero model Renault FT-17. Zastosowane w nim dwa rozwiązania wykorzystuje się w większości modeli czołgów do dzisiaj. Po raz pierwszy zastosowano obrotową wieżę oraz ulokowano przedział silnikowy z tyłu pojazdu. Był to lekki, dwuosobowy czołg uzbrojony w karabin maszynowy zastąpiony w późniejszych wersjach 37 mm działem Modele 1916 Trench Cannon. Pierwsze czołgi tego typu zaczęły trafiać na front z początkiem 1918 roku (debiut 31 maja 1918 roku w okolicach Ploisy-Chazelle). Podczas kampanii wrześniowej czołgi FT-17 wzięły udział między innymi w walkach o Brześć (dwie kompanie). Ciekawostką jest wykorzystanie tych pojazdów, dzięki specjalnym lorom jako drezyn pancernych (drezyna pancerna torowo–terenowa R).

Warto wspomnieć, że po klęsce Francji w 1940 roku, Niemcy przejęli sporo Renault FT-17 i służyły one jeszcze w 1944 roku.

W początkowym okresie wojny Niemcy nie byli szczególnie zainteresowani budową czołgów. Pojazdy, które wprowadzili do walki Brytyjczycy i Francuzi były dla nich sporym zaskoczeniem. Szybko jednak podjęli działania mające na celu wyrównanie tej dysproporcji sił. Z jednej strony wcielano do służby zdobyczne czołgi Ententy (z samych Mk. IV utworzono 4 kompanie). Z drugiej wykorzystywano także specjalną amunicję ze stalowym czubkiem do karabinów MG 08, a od 1917 roku podjęto prace nad karabinem przeciwpancernym, który wszedł do służby w styczniu 1918 roku (TuF). Stało się jednak jasne, że te improwizowane środki są niewystarczające do zwalczania czołgów i trzeba rozpocząć prace nad własnymi pojazdami tego typu. W czasie wojny zdołano opracować cztery modele czołgów, ale tylko jeden wszedł w ograniczonym zakresie do produkcji. Najcięższy z nich, tzw. K-Wagen, gdyby wszedł do służby, byłby najpotężniejszym czołgiem I Wojny Światowej. Dwa egzemplarze, każdy uzbrojony w 4 działa 77 mm i 7 karabinów maszynowych, ważące po około 120 ton zaskoczył w halach montażowych koniec wojny. LK I konstrukcji Vollmera wzorowany był na brytyjskim czołgu Whippet. Uzbrojony w pojedynczy karabin maszynowy w obrotowej wieży, zapoczątkował program budowy czołgów lekkich. Jego „starszym bratem” był LK II. Uzbrojony w działko 37 mm Krupp bądź 57 mm Maxim-Nordenfelt w obrotowej wieży doczekał się tylko dwóch egzemplarzy. Kolejnym był chyba najbardziej znany czołg niemiecki tego okresu: A7V, który wszedł do służby z początkiem 1918 roku. Doczekał się jedynie 20 egzemplarzy. Uzbrojony w działo 57 mm Maxim-Nordenfelt i 6 karabinów maszynowych był konstrukcją nieudaną. W środku panował ścisk, było duszno, szwankowały mechanizmy napędowe i sterowania, spaliny niejednokrotnie powodowały podtrucia załogi.

Jak widać na załączonych zdjęciach czołgi z tamtego okresu wyglądały dosyć pokracznie. Zastosowane rozwiązania konstrukcyjne powodowały, że były ogromne i ciężkie. To z kolei wpływało na ich manewrowość – stanowiły wspaniały cel. Jednakże spora część strat nie wynikała wcale z zastosowania broni przeciwpancernej, ostrzału artyleryjskiego czy użycia wiązek granatów. Powodem były awarie i nieumiejętna jazda w trudnym terenie. Jako przykład może posłużyć bitwa nad Sommą (15 Września 1916), podczas której czołgi po raz pierwszy weszły do akcji. Z użytych 49 Mark I, które miały przeprowadzić atak, tylko 35 dojechało do niemieckich linii. Cztery utknęły w transzejach, a na czoło postępującego ataku wysforowało się jedynie 9 sztuk. Pozostałe, z uwagi na różnorakie problemy, pozostały na zdobytych pozycjach. Co ciekawe, liczby te są płynne w zależności od opracowania.

Po zakończeniu wojny przyszedł czas na dogłębne analizy. Skupmy się na założeniach czysto militarnych, które warunkowały dalsze prace konstruktorów. Teoretycy wojskowi podzielili się na kilka obozów. Pierwszy, tzw. Stara Szkoła, w dalszym ciągu forsował koncepcję o decydującej roli piechoty i artylerii, sceptycznie podchodząc do nowinki technicznej jaką był niewątpliwie czołg. Druga grupa, mniej sceptyczna, uważała, że czołgi powinny być wykorzystane jedynie w roli wsparcia piechoty, ich manewrowość zaś ograniczona kosztem opancerzenia i uzbrojenia. Jednakże trzecia grupa dostrzegała potencjał drzemiący w tego typu pojazdach uważając, że powinny one działać jako osobne związki operacyjne. To piechota miała je w ograniczonym stopniu wspomagać, w takim aby nic nie utraciły ze swojej ruchliwości. Orędownikami trzeciej koncepcji byli: w Wielkiej Brytanii Lidell Hart oraz John Fuller, we Francji Charles de Gaulle, w Niemczech Heinz Guderian oraz Ritter von Thoma. Ktoś mógłby zapytać dlaczego nie wspominam o Rosji i USA. Wytłumaczenie jest bardzo proste. Rosja była w tym czasie pogrążona w wojnie domowej między białymi i czerwonymi. Poza tym program budowy radzieckich czołgów, ruszył na dobrą sprawę dopiero w momencie nawiązania w 1926 roku współpracy z niemiecką Reichwehrą (co gwarantował tajny aneks do układu z 1922 roku podpisanego we włoskim Rapallo). Z kolei w Stanach Zjednoczonych do 1931 roku dominującą rolę jednostek manewrowych spełniała kawaleria.

Francuzi, którzy od 1929 roku zaczęli odgradzać się od Niemców pasem umocnień zwanych Linią Maginota, postawili na wolne ale za to silnie opancerzone i solidnie uzbrojone konstrukcje. W razie kolejnej wojny z Niemcami, umocnienia miały nie tylko utrzymać agresorów na granicy, ale dać także czas na podciągnięcie rezerw, które mogłyby przeprowadzić kontrnatarcie. Taka koncepcja prowadziła do powtórki wydarzeń z okresu I wojny światowej czyniąc z czołgów mobilne bunkry wspierające piechotę. Brytyjczycy prowadzili równolegle prace nad dwoma typami pojazdów – liniowymi i pościgowymi. Te pierwsze, służące przełamaniu pozycji wroga, miały stworzyć odpowiednie warunki lżejszym, szybkim czołgom pościgowym ruszającym za wycofującym się nieprzyjacielem. Można powiedzieć, że w jakimś sensie była to namiastka Blitzkriegu. Podobnie jak w przypadku Francuzów, Brytyjczycy (frakcja umiarkowanych entuzjastów) uważali, że czołgi powinny być wsparciem dla piechoty nie działając jako samodzielne związki operacyjne. Nawet doświadczenia zdobyte w trakcie ćwiczeń, przez powołaną w 1931 roku brygadę pancerną, nie wniosły istotnych zmian. Dowodzący nią, służący w jednostkach pancernych od 1923 roku, brygadier Hobart spotkał się z krytyką szefa Imperialnego Sztabu Generalnego, której efektem było ograniczenie zakresu dalszych ćwiczeń. Dopiero w 1943 roku Brytyjczycy na bazie doświadczeń wojennych w Afryce Północnej zaczęli odchodzić od sztucznego podziału na czołgi liniowe i szybkie na rzecz czołgu uniwersalnego. Co ciekawe, w latach 30. XX wieku, Hobart i Guderian współpracowali ze sobą wymieniając się doświadczeniami.

W myśl niektórych z postanowień traktatu pokojowego Niemcy mogli posiadać jedynie 100 tysięczną armię zawodową, bez sztabu głównego. Zabroniono im także posiadania czołgów, ciężkiej artylerii, samolotów bojowych, łodzi podwodnych, ograniczono jednocześnie liczbę i tonaż nawodnej floty wojennej. Reorganizującego armię po przegranej I Wojnie Światowej generała Hansa von Seeckta czekało trudne zadanie. To jego wrodzony entuzjazm i pomysłowość pozwoliły położyć podwaliny pod późniejsze sukcesy Wehrmachtu. Dzięki dogłębnej znajomości traktatu i okoliczności negocjowania poszczególnych jego punktów dosyć szybko rozluźnił pęta nałożone w Wersalu prowadząc szereg zakonspirowanych działań. Powołany w 1919 roku Truppenamt, mający pełnić rolę administracyjną, w rzeczywistości był Sztabem Generalnym. Przyszli piloci wojskowi i nawigatorzy szkolili się pracując w lotnictwie cywilnym. Oficerowie wojsk technicznych zdobywali praktyczną wiedzę pracując w zakładach i ośrodkach badawczych na całym świecie. Dzięki umowom gospodarczym testowano nowe typy uzbrojenia na poligonach nie będących pod kontrolą zagranicznych obserwatorów, np. w ZSRR. Głównodowodzący dokładał wszelkich starań aby w ramach 100 tysięcznej armii znalazło się jak najwięcej specjalistów mogących szkolić żołnierzy w przyszłości. Regulaminy dla wojsk lądowych z tamtego okresu, poparte doświadczeniami walk w Rosji, kładły szczególny nacisk na działania manewrowe i elastyczność. Co znamienne, wojska lądowe zorganizowane były wtedy w 18 pułków kawalerii i tylko 21 piechoty. Wydane po zakończeniu I wojny światowej regulaminy mówiły:

Każde działanie powinno być oparte na zaskoczeniu. Bez zaskoczenia trudno oczekiwać wielkich wyników. (…) Rezerwy, przede wszystkim powinny zostać użyte tam, gdzie odniesiono sukces, nawet jeśli wymaga to przesunięcia wstępnie założonego środka ciężkości.

Zajęcia praktyczne na poligonach przeprowadzano z użyciem samochodów i traktorów obudowanych sklejką i atrap dział. Doskonalono współdziałanie poszczególnych rodzajów broni i komunikację, która okazała się niezwykle ważna w wojnie manewrowej. Wszystko to wymagało od dowódców przebywania jak najbliżej walczących oddziałów. W swojej książce Gedanken eines Soldaten [w wolnym tłumaczeniu: Przemyślenia jednego żołnierza], wydanej po jego odwołaniu w 1926 roku, von Seeckt pisze tak:

Pokrótce, cała przyszłość sztuki wojennej jawi się przede mną jako zastosowanie armii mobilnych, względnie niewielkich, lecz wysokiej jakości, zdecydowanie bardziej skutecznych poprzez dodanie lotnictwa przy równoczesnej mobilizacji całych sił, zarówno aby przypuścić atak, jak i w wypadku obrony kraju. 

Heinz Guderian, który zainteresował się jednostkami pancernymi z początkiem lat 20,. miał zatem odpowiedni grunt do działania. Początkowo zdobywał wiedzę zapoznając się z francuskimi i brytyjskimi publikacjami fachowymi w tym temacie. Równolegle rozwijał własne koncepcje co zaowocowało powołaniem go w 1928 roku na stanowisko wykładowcy taktyki czołgów w berlińskim Kraftfahr-Lehrstab (Sztab Szkolny Wojsk Samochodowych). Przez kolejne lata udoskonalał swoją taktykę, która była rozwinięciem koncepcji Hobarta wspartej elastycznością forsowaną przez von Seeckta. Skoncentrowane w duże jednostki wojska pancerne, wsparte oddziałami zmotoryzowanej piechoty i lotnictwa, miały, po przełamaniu frontu na wąskim odcinku, wyjść w wolną przestrzeń operacyjną. Można śmiało porównać to do powodzi: w momencie kiedy wał pęka w jednym miejscu, uwolnione masy wody rozlewają się na dużym obszarze. Niszcząc wrogie linie zaopatrzeniowe, oddziały tyłowe, składy, naciskając cały czas na przeciwnika, miały nie dopuścić go do utworzenia kolejnej linii oporu, zreorganizowania swoich wojsk. Jednostki pancerne miały „gnać” naprzód nie przejmując się sytuacją na skrzydłach. Przewożone w kolumnach pułkowych oraz dywizyjnych zaopatrzenie i paliwo wystarczało na kilka dni walk. W celu uzupełniania zapasów wykorzystywano by nieprzyjacielskie składy, dopuszczano także rekwirowanie żywności i paliwa ludności cywilnej. Wspomina o tym Herbert Brunnegger:

Wbijano nam do głów, że zabieranie „fantów” będących własnością ludności cywilnej będzie traktowane jako bezprawne plądrowanie i surowo karane. Dozwolone jest natomiast zabranie takich rzeczy, które są żołnierzowi w danej chwili niezbędne.

Dodatkowo lotnictwo, które do tego czasu powinno zdobyć przewagę w powietrzu mogło zaopatrywać kolumny poprzez zrzuty. Jednostki pancerne w założeniu poruszać się miały równolegle kilkoma kolumnami co miało zapewnić odpowiednią mobilność przy zachowaniu ładu. W przypadku ataku przeciwnika na skrzydła formacji pancernej, gdyby takowy nastąpił, oddziały pancerne zmieniały kierunek natarcia wykonując samemu manewr oskrzydlający. Będąc ciągle w ruchu mogły atakować w dowolnym kierunku, wedle aktualnych potrzeb. Dlatego tak wielką wagę w szkoleniu niemieckich oficerów i podoficerów przykładano w międzywojniu do samodzielności i szybkości podejmowania decyzji. To w późniejszym okresie wojny powodowało, że nawet przewaga liczebna przeciwnika nie dawała mu gwarancji zwycięstwa, gdyż ruchliwe i dobrze dowodzone niemieckie oddziały były bardzo trudne do pokonania. Zakładano, że transportowana ciężarówkami i transporterami opancerzonymi piechota z marszu wchodzić będzie do akcji. Po ustaniu walk wsiadać miała na pojazdy transportowe ruszając ku nowym bitwom. Ciężkie punkty oporu miały być omijane, częściowo izolowane i niszczone w późniejszym etapie przez nadciągające siły główne. Klasycznym przykładem zastosowania tej idei był Fall Gelb – plan ataku na Francję zrealizowany w 1940r.

Tak w skrócie wyglądały założenia Guderiana. Dopiero po dojściu Hitlera do władzy udało się rozwinąć te teorie na szeroką skalę w praktyce ponieważ jednostki wojskowe zaczęły otrzymywać odpowiedni sprzęt wojskowy. Ćwiczenia z makietami z poprzednich lat nie były miarodajne, natomiast na rosyjskim poligonie doświadczalnym w okolicach Kazania, jak twierdzi późniejszy generał wojsk pancernych von Thoma, skupiono się na praktycznym rozwiązywaniu problemów technicznych.

W kolejnej części postaram się przedstawić dalszy rozwój jednostek pancernych oraz proces ich reorganizacji, co było pomocne Andrzejowi przy gromadzeniu materiałów do napisania opowiadania Trzeba tylko chcieć z Wyroków jesieni.

Czołgami przez świat część 2 >>

linia_1

Źródła pisane:

  • Spencer C. Tucker; Tanks – an illustrated history of their impact; ABC Clio; Santa Barbara 2004; ISBN 1-57607-995-3.
  • Michael E. Haskew; Tank – 100 years of the world’s most important armored military vehicle; Zenith Press; 2015 China; ISBN 978-0-7603-4963-2.
  • Matthew Hughes, Chris Mann; Techniki walki grenadierów pancernych; Dom wydawniczy Bellona; Warszawa 2002; ISBN 83-11-09463-2.
  • Sir Basil Liddell Hart; Karmazynowe Bractwo – Generałowie Wehmachtu o wojnie; koedycja: Wydawnictwo Arkadiusz Wingert – Przedsięwzięcie Galicja; Kraków – Międzyzdroje 2006.
  • Franz Kurowski; Bitwy pancerne II Wojny Światowej we wspomnieniach Hasso von Manteuffla; Wydawnictwo Arkadiusz Wingert; Kraków 2012.
  • Grzegorz Okoński; Czołg na celowniku TuF – a. Strzelba na słonie – nadzieja okopów 1918 roku; Militaria XX wieku listopad – grudzień 2008; Wydawnictwo Kagero; ISSN 1732-4491.
  • Herbert Brunnegger; Kto sieje wiatr. Opowieść żołnierza dywizji SS Totenkopf; Wydawnictwo Arkadiusz Wingert w koedycji z Przedsięwzięcie Galicja; Międzyzdroje – Kraków 2006; ISBN 83-921704-1-5.
Napisano Wpisy historyczne, Wpisy inne, Wyroki jesieni | Oznaczone jako: , | 1 komentarz

One Response to Czołgami przez świat cz. 1

  1. […] << Czołgami przez świat, część 1; Czołgami przez świat, część 3 >> […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *