Gryzący dym wspomnień – 1

1.

Raczkowałem tuż pod granicą świadomości. Odpychałem się zwiędłymi dłońmi od jej głębszych partii, ale nie byłem w stanie ostatecznie przebić się na powierzchnię. Co chwilę pochłaniał mnie, niczym jakiś nieograniczony lej, czarny całun bezpamięci. W różnych odstępach czasu docierały do mnie dźwięki i zapachy, ale funkcja wzroku długo jeszcze nie była w stanie wrócić do działania zgodnie z zasadami natury. Leżałem na brzuchu z ramionami wyciągniętymi wzdłuż tułowia. Tyle podpowiadały mi moje stawy. Podłoże było twarde i chłodne. Przejmująco chłodne. Tak chłodne, że raz po raz targały mną dreszcze. Jakbym cierpiał na jakieś monstrualne przeziębienie. Czułem je wszędzie. Pod włosami na głowie w szczególności. Wysunąłem ostrożnie kołkowaty język spomiędzy spękanych warg. Dotarł do chropowatej, słonawej powierzchni. Była zimna i twarda. Smakowała strachem. Mocno wciągnąłem nosem powietrze. To był błąd. Śmierdziało ludzkimi odchodami i stęchlizną na podobieństwo jakieś zawilgoconej piwnicy, albo co najmniej rynsztoku. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałem, że będę wymiotował. W ostatniej chwili zdołałem się jednak powstrzymać. Mój biedny, obolały nos wyłowił ostry zapach tandetnego bimbru. Pachniało nim wszystko wokoło. Jakbym pływał w tym gównie całą noc. Niestety nie byłem sobie w stanie przypomnieć niczego co mogłoby się wiązać ze mną pływającym w bimbrze. Na tym etapie mojej świadomości nie byłem w stanie stwierdzić czy to dobrze, czy też źle.

Nasłuchiwałem. Ciszę przerwało głośne klaśnięcie. Zaszeleściła jakaś firanka. Nagle moje zbolałe bębenki w uszach zaatakowała detonacja. Tuż po niej ktoś wylał wodę do umywalki. Kropelki długo jeszcze uderzały o siebie i jej porcelanowe ucho. Przynajmniej tak to brzmiało. Jak umywalka. Znów coś wybuchło obok mnie aż zatrzęsły się okoliczne ściany. Później dałbym sobie obciąć rękę, że gdzieś w oddali słyszałem szyby wypadające z ram okiennych i rozpryskujące się z grzechotaniem po bruku. Kolejny grzmot zabrzmiał jakby ktoś próbował odpalić zdezelowany silnik, a ten rzęził i stawiał opór. Był długi i przeciągły, raz po raz wzmagał się powodując nieprzyjemne wibracje.

Gdy w końcu odważyłem się otworzyć powieki, ukazała mi się granitowa ława, z której płatami odchodziła niestarannie położona, szara farba. Nos w nią wciśnięty wykrzywił się i był spuchnięty. Bolał, więc uniosłem lekko głowę, aby mu ulżyć. Znajdowałem się w niewielkim, prostokątnym pomieszczeniu, w którego ściany wprawiono właśnie takie niewygodne, kamienne ławy. Leżałem twarzą do dołu na jednej z nich. Na wprost przede mną zamiast ściany była gruba, zardzewiała krata. Jej mocowanie niknęło w mroku pod łukowato sklepionym sufitem, spod którego, na niczym nieosłoniętym kablu, zwisała żarówka rozrzucająca w około żółtawe światło. Ściany pomieszczenia poryte były wydrapanymi znaczkami i napisami. Dokładnie tak jakby komuś zabrakło przyborów do pisania, a nieopuszczająca inwencja zmuszała do notowania myśli na każdym dostępnym skrawku przestrzeni. Że też nie stać go było na porządny notatnik i ołówek?

Ostrożnie obróciłem głowę w kierunku środka pomieszczenia. Miało podłogę ułożoną ze spękanych płytek nieokreślonego koloru, który i tak dawno stracił swoją świetność. Zresztą, w tym świetle to i wzorzyste japońskie kimono wyglądałoby jak zeżarta i wyrzygana przez stado klaczy szmata umorusana dodatkowo ich łajnem. Zresztą, ciekawe jak wygląda rzygająca klacz. Przecież one tego nie potrafią. Ponoć. Po środku ściany przeciwległej wobec kraty, między dwa krótsze fragmenty granitowej ławy, wprawiono obramowanie sięgające nieco wyżej niż do pasa. Tworzyło małą świątynię dumania. Problem polegał na tym, że zajmował ją spocony i nieogolony grubas z wąsem jak u suma i nic nie robił sobie z mojego towarzystwa. To on był źródłem dobiegających mnie dźwięków i większości zapachów. A dokładniej, jego pośladki, między którymi z trudem przepychały się gazy gnilne powstające w zwalistych trzewiach. To te trzepoczące pośladki wydawały dźwięk podobny do kaszlu rozregulowanego diesla. Gość najzwyczajniej w świecie ordynarnie walił kupsko wprost do wiadra ustawionego za tym przepierzeniem. Nie było więc finezyjnej porcelany, a jedynie wieśniackie, blaszane wiadro. Metalicznym klaśnięciom o jego dno wtórowały kaskady rozbijających się o ścianki kropelek wody. Ponownie zrobiło mi się niedobrze.

Facet skończył swoje dzieło, wstał, z dumą spojrzał na nie do wnętrza wiadra i naciągnął pocerowane portki ze zwisającymi bezpańsko skórzanymi szelkami na brązową pod pachami koszulę. Spojrzał na mnie i zdechł jak sflaczała dętka na ławie naprzeciw. Zajął się czytaniem skrawka gazety jaki mu pozostał po symbolicznym geście higieny na jaki się zdobył wobec swojego dupska. Przeciągnął cielsko aż zatrzeszczało.

Spuściłem nogi na podłogę i skonstatowałem, że ktoś mi wyjął z butów sznurowadła. Nie wiem, czy zrobił to z troski abym nie miał się o co potknąć, czy może po to abym sobie nie zrobił nimi krzywdy w jakiś inny sposób. Ciekawe jaką krzywdę miałbym sobie zrobić? Chyba tylko zatkać dziurki w nosie. Ująłem obolałą głowę w dłonie i próbowałem dojść do tego, jakie wydarzenia sprowadziły mnie w to odpychające miejsce. Było to nieco kłopotliwe, bowiem głowa zdecydowanie nie chciała ze mną współpracować.

Ciszę przerwało zgrzytanie klucza w wyrobionym zamku i na korytarz, oddzielający kratę od reszty budynku, wszedł mundurowy w przyciasnej kurtce. Jej guziki ostatnimi nitkami trzymały się w dziurkach na opiętym brzuchu. Stanął na przeciw nas i z kartki, którą trzymał w lewej dłoni odczytał:

– Knocke! Do wyjścia! – Jakby się tuman nauczyć na pamięć jednego nazwiska nie potrafił. W końcu było krótkie i tylko jedno. Bardziej prawdopodobna wydała mi się w tej chwili jego chęć pochwalenia się, że w ogóle umie czytać.

Dźwignąłem się do pionu, ale zaraz klapnąłem na ławę. Zakręciło mi się w głowie i uznałem, że najlepiej by było jakbym mógł odpocząć. Zmobilizowałem się jednak i wstałem jeszcze raz. Klucznik w tym czasie wysupłał z pałąka zawieszonego na długim łańcuchu odpowiedni klucz i wsadził go w otwór tam gdzie trzeba. Przeskoczyła zapadka i skrzypiąc niczym rozstrojona trąbka trębacza grającego po pijaku, krata została odsunięta robiąc przejście dla mnie, w które z trudem zdołałem trafić. Podparłem się na policyjnym pagonie zdobiącym ramię o szerokości Lessing Brücke[1], ale strzepnął mnie niczym niechcianego owada. Zatrzasnął furtę za mną i kazał iść przodem. Ten za nami rozkasłał się jakby miał zejść na suchoty. Nie zareagowaliśmy. Zostałem poprowadzony smutnymi korytarzami pełnymi smutnych ludzi o twarzach zmęczonych życiem. Przemykali chyłkiem, jakby się nas bali. Nie zwracałem na nich uwagi. Oni na mnie także nie. Całą drogę usiłowałem przypomnieć sobie, co się ze mną wczoraj działo. Jednakże bez jakiegoś specjalnie oszałamiającego efektu.

W końcu dotarliśmy do szerokich, stalowych drzwi z małym zakratowanym okienkiem na wysokości oczu, na których powieszono kartkę z napisem: Verhöhnung Raum[2]. Milczący do tej pory mundurowy kazał mi wejść do środka i zamknął je za mną. Znalazłem się w niewielkiej salce gdzie jedynymi sprzętami był zdezelowany drewniany stół o pękniętym blacie z lichych desek jeden raz niedbale pomalowanych na szaro, dwa krzesła oraz mosiężna spluwaczka stojąca na wygiętej, gumowej podstawie. Na ścianie wisiało lustro w niestarannie spasowanej ramie z nieoheblowanych desek. Umieszczone wysoko pod sufitem okno z kratą ktoś zakleił papierem w taki sposób, że wpadające tutaj światło rozpraszało się w niezliczoną liczbę małych promyków. Usiadłem jak mi przykazano i czekałem. Dopiero później doszedłem do wniosku, że mogło mi się przysnąć. Nie miałem zegarka, więc nie byłem w stanie określić ile czasu to zajęło. Całkiem możliwe, że trzydzieści sekund. Ale równie dobrze mogło to być pół godziny. W końcu jednak zostałem zaszczycony czyjąś obecnością. Drzwi za moimi plecami otworzyły się i do środka wszedł szczupły, wysoki facet o pociągłej twarzy z wklęsłymi policzkami. Miał na sobie pomięty, brązowy garnitur w delikatne różowe prążki i trzeszczące, starannie wypastowane trzewiki. W kąciku ust trzymał niedbale zwieszonego grubego, krótkiego Gauloises’a. Nie wyjmował go z nich nawet gdy ze mną rozmawiał. Wyglądał jak wyliniały, stary, zmęczony życiem, kanałowy szczur, na którego żaden kocur z okolicy z litości już nie poluje.

– Nazwisko. – Zaczął zanim obciążył swoje krzesło na dobre. Gdy już to zrobił, rozłożył przed sobą papiery oraz tekturową teczkę i kilka ołówków kopiowych. Miał stalowoszare, rozmyte oczy i kasztanowe, przylizane włosy, chudy nos i wąskie, szare wargi skrywające małe, nierówne zęby.

– Przepraszam, że się wtrącam, ale może dowiem się, w jakiej sprawie jestem tutaj przetrzymywany?

– Nazwisko, powiedziałem!

– Knocke, Wilhelm Knocke.

– Urodzony? – Począł coś notować przesadnie mocno przyciskając ołówek do kartki.

– Ale…

– Urodzony? – Spojrzał jakby mnie miał zaraz wziąć na rogi.

– 28 lutego w dziewięćset czwartym.

– Gdzie?

– Liegnitz. Czy ja jednak mogę dojść do słowa?

– Nie.

– No kurwa mać. – Walnąłem pięścią w stół. – Do czego to podobne? Trzymacie mnie tu w zamknięciu nie wiadomo ile i jak pytam grzecznie o co chodzi to się mnie ignoruje. Każdego tak traktujecie?

– Nie. Ty jesteś darzony szczególnymi względami. – Wyszczerzył gębę w uśmiechu.

– Nie przypominam sobie abyśmy pili brüderschafta, wieśniaku. – Udałem obrażonego i siadłem bokiem do niego z założonymi na piersi ramionami.

Wstał bez słowa i podszedł do drzwi. Otworzył je i skinął na stojącego za nimi wykidajłę. Wskazał na mnie ruchem brody, ale było to zupełnie zbyteczne. Ten doskonale wiedział co ma robić. Kopnął stołek, na którym siedziałem, że aż złamała mu się nieoheblowana poprzeczka gdy trzasnął o ścianę. Zanim zdążyłem upaść na podłogę, chwycił mnie swym łapskiem wielkości bochenka chleba za kołnierz i przytrzymał uprzejmie. Gdy jako tako zdołałem ustać z tą pomocą, walnął mnie pieszczotliwie po nerkach pałką trzymaną w drugiej dłoni z pogardliwym uśmieszkiem przylepionym do jego ust. Zgiąłem się wpół i zawyłem z bólu. Zabolało tak, że aż przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Poprawił drugim ciosem w łydki. Opadłem na kolana i wsparłem o zimną posadzkę wyprostowawszy ręce. Prychałem i krztusiłem się niczym świeżo wykąpany kot, bo nie byłem w stanie złapać oddechu. Stanął nade mną ten chudy.

– Synku, delikatnie radzę ci abyś zachowywał się grzecznie, bo będziemy z tobą inaczej rozmawiać. Jasne? – Skinąłem głową na znak, że rozumiem. – Siadaj więc i wracamy do tego coś przerwał.

Wytarłem dłonią usta, z których pociekło ku ziemi kilka kropel śliny i posłusznie spocząłem na kulturalnie mi podstawionym stołku. Zaskrzypiał asekuracyjnie i przestraszył mnie, że się rozpadnie pod moim ciężarem. Osiłek stanął za mymi plecami. Czułem go bo śmierdział jak zwymiotowany koński obrok. Wzdrygnąłem się.

– No więc kontynuując… Jesteś oskarżony o morderstwo niejakiej Alexandry Wexler…

– Co??? Ja??? – Aż mi się zrobiło słabo. Byłbym się pewnie osunął zemdlony na podłogę gdyby nie te duże, troskliwe dłonie, które mnie przytrzymały za kark i ramię. Poczułem się prawie jak u kochanej mamusi na kolanach. Tylko oddech nie był tak schludny.

– Tak. Ty. – Ponownie spojrzał na mnie z politowaniem.

– Nic takiego nie zrobiłem! – Zerwałem się z siedziska, ale zaraz na powrót posadziła mnie na nim zdeterminowana łapa. – To była moja klientka, jak mogłem ją zabić? – Kontynuowałem niezrażony.

– Jak? Ze swojego pistoletu, durniu, ją kropnąłeś. Uchlałeś się jak świnia i trafiłeś ją prosto w serce.

– Chyba kpisz kretynie. Nie piłem wczoraj ani kropelki. – Łapa skarciła mnie klapsem w ucho za brzydkie słowo o swoim kompanie. Zabolało, a chrząstka ucha zaczęła pulsować opuchlizną.

– Schlałeś się i nie pamiętasz.

– Wszystko pamiętam.

– Taaaak? Ciekawe zatem jakie miała dla ciebie zadanie.

– Nie mogę powiedzieć.

– Bo?

– Tajemnica zawodowa. – Musiałem go rozśmieszyć, bo wybuchnął śmiechem, który przypominał gulganie indyka. Grubas miał tyle poczucia humoru ile bym znalazł w kostce brukowej. Milczał.

– Dobre sobie. Tajemnica zawodowa… Jakież to tajemnice można mieć w twoim marnym zawodzie? Jeżeli to w ogóle można nazwać zawodem.

– Zawołaj swojego kumpla, Weidemanna. Jemu powiem.

– A mnie dlaczego nie? Jestem gorszy?

– Śmierdzi ci z paszczy jak z wioskowej kloaki. – Łapa tym razem trafiła w kark, co zmusiło mnie do spadnięcia z krzesła i rozsypania się po podłodze niczym klocki domina. Pozbierałem się jako tako na czworaka. Wtedy trafił mnie kopniakiem w brzuch. Upadłem na wznak, a on poprawił ciosem w splot słoneczny. Było mi smutno, bo wśród cywilizowanych ludzi leżącego się nie bije. Najwyraźniej on nie był cywilizowany i bliżej mu było do dzikich plemion Afryki. Jakby rzetelnie rozważyć ten aspekt to faktycznie powierzchownością bliżej miał do wściekłej małpy niż do białego człowieka. Sufit zawirował mi nad głową. Wirował tak prędko, że nie byłem w stanie za nim nadążyć. Poddałem się i odpłynąłem w niebyt. Zaczynało mi to wchodzić w krew. Który to raz już dzisiaj?

Do żywych przywrócił mnie chlust zimnej wody jaki wylądował na twarzy. Krztusząc się otworzyłem ostrożnie oczy. Przywitała mnie uśmiechnięta, pucołowata twarz Kurta Weidemanna. Jedynej chyba życzliwej mi osoby w breslauerskiej policji. Chudy wieśniak stał oparty o ścianę w głębi pomieszczenia i dłubał wykałaczką w spróchniałych zębach. Osiłka nigdzie nie było. Chyba mogłem poczuć się nieco bezpieczniej w związku z tym.

– Oj Willi, Willi. Cóżeś ty znów najlepszego narobił? – Usiadłem na podłodze.

– Ja? Nic. – Uśmiechnąłem się rozbrajająco.

– No właśnie słyszałem, że nie koniecznie nic. Zastrzeliłeś piękną damę, są świadkowie, a ty się tego wypierasz.

– Nie zastrzeliłem jej. – Kurt spojrzał na swojego współpracownika. – Poza tym mam wrażenie, że już mnie osądziliście, skazaliście i generalnie wszystko wiecie lepiej. Możesz mi chociaż opowiedzieć w czym rzecz i dokładnie o co wam chodzi?

– Jasne. Ale usiądźmy. – Był tak miły, że nie byłem mu w stanie odmówić, więc usiedliśmy wokół stołu w trójkę. Krzesło dla chudego musieli przynieść jak mnie tu nie było. – Wczoraj wieczorem zadzwonił do nas recepcjonista Tauentzien Hotel[3] twierdząc, że w jednym z pokoi ktoś strzelał. Patrol, który przyjechał, wszedł z nim na górę i znaleźli ciebie zalanego w pestkę z bronią w ręku oraz twoją panią jednym celnym strzałem rozsmarowaną po ścianie. Gość twierdzi, że przyjechaliście wieczorem eleganckim kabrioletem, zatrzymałeś się jeszcze, aby po drugiej stronie Tauentzien Straβe[4], w monopolowym, kupić flaszkę. Zameldowaliście się i poszliście na górę. Może po jakiejś pół godzinie padł strzał, a on bał się wejść od numeru, więc zawołał mundurowych. Jak już wspominałem, weszliśmy, a ty leżałeś z dymiącym jeszcze gnatem w dłoni. Tak to mniej więcej wygląda.

– Wierzysz mu? – Pogardliwie wydąłem usta.

– A dlaczego miałbym tego nie robić?

– Wierzysz facetowi, który prowadzi podrzędną spelunę dla kierowców, że bał się wejść do numeru, gdy ktoś w środku strzelał? Nie wydaje ci się to nieco dziwne, że nie chciał tam wcześniej zajrzeć i sprawdzić co się dzieje?

– Dlaczego miałoby to być dziwne?

– Jak często masz zgłoszenia o jakichkolwiek sprawach stamtąd? Chociażby o mordobiciu? – W odpowiedzi na moje pytanie Kurt ponownie spojrzał na chudego, który odezwał się swoim skrzypiącym od nikotyny głosem:

– To jest pierwsze, od kiedy pamiętam. Zawsze wszystko załatwiają sami.

– A długo robisz w tym bagnie? – Zwróciłem się do niego bezpośrednio, wykręcając głowę tak, że nie wiele brakowało abym brodę oparł o kręgosłup.

– Tydzień temu minęło siedem lat. – Odwinąłem zaczynającą boleć szyję i spojrzałem wymownie na Kurta.

– No więc twierdzicie, że twardziel, który wygląda jak pieprzony bunkier przeciwczołgowy, bał się wejść do numeru po tym jak ktoś w nim strzelał, ale nie boi się dać w mordę każdemu, który u niego szumiał po pokojach czy w restauracji? No panowie, od razu widać, że coś tu nie pasuje.

– Przedstaw zatem swoją wersję wydarzeń.

– Proszę bardzo. Odwiedziła mnie wczoraj owa panna Alexandra i poprosiła o pomoc. Miała odebrać od swego faceta trefny fant, którego on nie mógł się pozbyć. Miało to być ich ostateczne rozliczenie, bo dziewczyna nie chciała się zgodzić na wieczne bycie „tą drugą”. On ma żonę, dzieciaki, normalne, „oficjalne” życie, a tę Alexandrę miał tylko do chędożenia na boku. Więc nie koniecznie było im po drodze. No to pojechaliśmy tam do niego…

– Tam, to znaczy gdzie? – Przerwał mi wywód.

– Do restauracji w Süd Park. – Pokiwali głowami. – Więc pojechaliśmy tam, odebraliśmy kamień, dogadaliśmy się z facetem, a potem wróciliśmy do miasta. Ona stwierdziła, że się boi, że coś się jej stanie i takie tam babskie narzekania. Doradziłem, aby się zatrzymała pod innym nazwiskiem w jakimś hotelu, gdzie nikt nie będzie pytał o dokumenty. Tak też się stało. Dlatego pojechaliśmy do Tauentzin Hotel. Wcześniej faktycznie kupowałem flaszkę, ale nawet jej nie otworzyliśmy. Weszliśmy na górę, usiedliśmy, zamieniliśmy może ze trzy zdania i poszedłem się odświeżyć. Gdy wychodziłem z łazienki, ktoś dał mi gruchą w łeb i mi się film urwał. Jestem jednak pewny, że nie ja ją zastrzeliłem.

– Skąd ta pewność?

– Bo mi jeszcze nie zapłaciła za robotę. – Dla mnie ten argument miał niebagatelne znaczenie, ale dla nich nie koniecznie. Uśmiechnęli się do siebie pod nosami.

– A ten kamyk to warty był? – Wtrącił się chudy.

– Twierdziła, że jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt patyków może za niego dostać. Pochodził z jakiegoś rabunku, ale nagroda za niego była. Ona chciała ją zgarnąć. Ten jej facet go miał, bo on skołował ten napad dawno temu, ale nie mógł się go pozbyć oficjalnie, bo by go wsadzili. W czasie tego skoku ktoś zginął i on się bał, że go za to posadzą. Ona miała go zwrócić policji, ale nie przyznawać się skąd go ma. Jakoś tak to leciało.

– I ty chcesz nam wmówić, że nie skusiłeś się na taką kasę? – Jego stalowe oczy wierciły mi dziurę w policzku aż zapiekło.

– A w jaki sposób miałbym się niby wytłumaczyć z tego jak wszedłem w jego posiadanie?

– A ona? – Wtrącił się Kurt.

– Ona miała wymyśloną jakąś bajeczkę, którą mogła udowodnić jakimiś papierami, ale nie chciała mi nic na ten temat powiedzieć.

– Ciekawe. Tym bardziej, że ani przy tobie, ani przy niej, ani w numerze nie znaleźliśmy żadnego kamienia. – Musiałem mieć nie lada zdziwioną minę, bo panowie uśmiechnęli się ponownie tylko, a Kurt dokończył. – No właśnie. I ty chcesz żebym ci uwierzył?

– Ten kto mnie uśpił musiał zabrać ten trefny kamyk i ją kropnąć. Jego szukajcie. Poza tym znamy się tyle lat, przecież ciebie bym nie okłamał. Zawsze mogłeś na mnie liczyć. Pomogłem ci w sprawie Drobnicka, mógłbyś mi teraz okazać trochę sympatii i wsparcia.

– A pistolet w twojej ręce? Trzymałeś go w dłoni, a jak przyszliśmy to lufa była jeszcze ciepła. – Wtrącił chudy. – Do tego ten brak kamyka… – Pokręcił głową cmokając z niezadowolenia ustami. – Przyznaj się, gdzie go ukryłeś?

– Właśnie próbuję ci powiedzieć, że ktoś mnie w to wrabia i to bardzo sprawnie.

– Tylko, że twoja wersja nie bardzo trzyma się kupy.

– A pytaliście tego hotelarza ile minęło czasu od momentu, gdy weszliśmy na górę, do chwili gdy padł strzał?

– Pytałem. – Odezwał się ponownie chudzielec. – Nieco więcej jak piętnaście minut, ale na pewno nie więcej jak trzydzieści. Kurt już o tym wspominał. – Rzucił wymokłą wykałaczkę w kierunku spluwaczki. Nie trafił i potoczyła się w kąt po podłodze.

– Myślisz, że byłbym w stanie się w piętnaście minut urżnąć się tak, że urwałby mi się film? – Zwróciłem się do Kurta. – Piliśmy razem nie raz i wiesz, że akurat moja głowa do słabych nie należy. Dla mnie piętnaście minut do stanowczo za mało, aby się doprowadzić do takiego stanu.

– Może masz rację, ale to dość wątpliwa podstawa do tego, aby zacząć szukać kogoś, kto mógłby zrobić to za ciebie. Nie sądzisz? Poza tym, ty nawet teraz jeszcze śmierdzisz wódą. Powąchaj się. Ja stąd czuję smród bimbru. Coś ty w siebie wczoraj wlewał za świństwo?

– Osobiście ani kropelki. – Spuściłem nos w dół i powąchałem koszulę wokół szyi. Faktycznie śmierdziałem jak Der blaue Heinrich[5], któremu jest najcieplej w jego obsranych galotach. Skrzywiłem się zniesmaczony.

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *