Atrybuty męskości vol. 1

Kategoria: Opowiadania

Dzisiaj oczywiście zamieściłem czwarty już rozdział opowiadania „Od dawna chciałem to zrobić”. Choć krótki wywróci do góry nogami całość dotychczasowych wydarzeń i skieruje sprawę na zupełnie nowe tory. Do zakończenia jeszcze trochę i nadal mam nadzieję, że uda mi się Was zaskoczyć. Rozdział piąty także znalazł się na swoim miejscu. Tym goręcej zapraszam do lektury, że po niej sprawy zdają się stanąć na głowie i już prawie zupełnie nie wiadomo będzie o co chodzi. To tylko pozory i mam nadzieję, że uważni czytelnicy będą w stanie już sobie wyrobić opinię na temat zakończenia.

Muszę się Wam też pochwalić jedną rzeczą: Nigdy nie myślałem, że podpisywanie Wam książek może być tak przyjemne. 😀 Po pierwszej chwili niewielkiej nieśmiałości teraz ta rola coraz bardziej mi się podoba. Więc jeśli ktoś z Was będzie miał ochotę sprawić mi tę przyjemność niech się nie krępuje. Pozostaję do Waszej dyspozycji.

Muszę też posypać głowę popiołem. Otóż na stronie 30 „Gniewnego lata” wkradł się niewielki błąd. Pojawiająca się tutaj w wierszu 16 od góry Matthias Straβe została, nie wiedzieć czemu, zapisana przez jedną literkę „T”, zarówno w treści jak i w przypisie numer 23 na samym dole strony. Niestety, pomimo wielu prób wyłapania wszystkich błędów ten jeden mi umknął. Proszę o wybaczenie.

Już w czasie świąt niejaki Covalus [kompletnie nie znam człowieka :-P] umieścił swoją opinię na temat “Gniewnego lata” na portalu lubimyczytać.pl Ten typ jest moim wrednym przyjacielem, który swoją osobowością zasłużył na to aby trafić na karty moich opowiadań. Nie będę się odnosił do jego subiektywnych odczuć dotyczących wrażeń z czytania książki, bo każdy powinien o niej wyrobić sobie zdanie samodzielnie, ale muszę zająć stanowisko w jednej, istotnej dla mnie kwestii, którą on tam poruszył. Napisał bowiem tak:

“A przecież dopiero co wujek Adolf zajął Austrię i szykuje się do dalszego tournée po Europie. Prześladowania Żydów są na porządku dziennym. Tego nie widzi się w Breslau. A szkoda, bo buduje nam się obraz miasta wyjętego z pewnych ram. A ono w tym ramach funkcjonowało”

Otóż zauważony przez niego brak pewnych sytuacji w opisie miasta wcale nie jest błędem czy przekłamaniem historycznym. Może się to wydać dziwne, szczególnie że wschodnie prowincje Niemiec znane były ze szczególnie zajadłego antysemityzmu. Jednakże dokonałem dość szczegółowych poszukiwań w źródłach i okazało się, że akty przemocy wobec wspomnianej mniejszości narodowej, owszem, miały miejsce po wprowadzeniu osławionych “ustaw norymberskich” w 1935r. w całych Niemczech, ale tak naprawdę widoczne na ulicach stały się dopiero na jesieni 1938r. Naród niemiecki jest dość pragmatyczny w podejściu do życia i tym chyba można wytłumaczyć dlaczego oszczędzał żydowskie sklepy, zakłady usługowe etc. Wszak nie opłacało się to między innymi dlatego, że w takich sklepach towar bywał zasadniczo lepszej jakości, a co ważniejsze – był tańszy od podobnego, dostępnego w sklepach “aryjskich”. Co innego inne branże. Żeby nie być gołosłownym posłużę się cytatami z “Historii społecznej Trzeciej Rzeszy” Richarda Grunbergera jako że w tej pracy zebrano w zasadzie wszystkie odpowiedzi na zarzuty Marcina. Żeby było śmieszniej, książkę tę dostałem właśnie od niego 🙂

W tomie drugim, rozdziale 30, zatytułowanym “Żydzi”, na stronie 363 (mojego wydania: PIW; 1987) autor pisze co następuje:

“Nazistowscy władcy, choć w końcu ulegli obłędowi ludobójstwa, na razie wciąż jeszcze byli dostatecznie racjonalni, by łagodzić rygory ideologiczne ekonomiczną kalkulacją.“

Skoro więc przykład nie szedł z góry to trudno oczekiwać aby społeczeństwo samo z siebie działało w tym kierunku, tym bardziej, że kolosalną, jeśli nie kluczową rolę, odgrywała tutaj propaganda.

Nieco dalej na tej samej stronie znaleźć można następujące słowa:

“Z drugiej strony, na przykład, żydowscy przedsiębiorcy byli niekiedy całkiem bezpieczni, gdyż likwidacja ich zakładów mogłaby była tylko zaszkodzić działaniom władzy na rzecz pełnego zatrudnienia” (pisownia oryginalna).

I jeszcze niżej kolejne zdanie na potwierdzenie tezy o pewnych przesłankach ograniczających represje:

“Rzecz paradoksalna: istniał nawet nieznaczny odłam ludności żydowskiej – związany z handlem odzieżowym i żywnościowym – który autentycznie dorobił się na nazistowskiej odbudowie ekonomii i siły nabywczej społeczeństwa. Jeszcze w 1938 roku wielu żydowskich właścicieli sklepów mimo bojkotu zdołało utrzymać się w handlu; w tym czasie niektórzy z nich przeżywali wręcz prosperity.“

Teraz druga kwestia, czyli podejście ludzi do kwestii wywoływanych pogromów. Doskonale obrazuje ją cytat ze strony 366 wspomnianego wyżej rozdziału:

“Pogrom podzielił społeczeństwo niemieckie na trzy grupy: na jednym krańcu – wstrząśnięci, ale milczący*); na drugim – szabrownicy i sadystyczni kibice**); rozległe miejsce pośrodku zajmowali ludzie obojętni…”

Przypisy jak w oryginale.

Skoro więc “rozległy środek” był obojętny, to uznałem, że na takie postawy Willi miał szansę trafiać najczęściej w swoich peregrynacjach po Breslau.

Kwestia trzecia. W swojej pracy, w tym zakresie, p. Grunberger stawia tezę, jakoby jedną z przyczyn wybuchu pogromów Żydów w Niemczech była mocna i aktywna postawa społeczeństwa austriackiego w omawianym zakresie, którą ono przejawiało w okresie po anszlusie. Przykład idący z południa został wdrożony w całych Niemczech z powodzeniem na jesieni 1938r. a jego apogeum stała się “noc kryształowa”. Wcześniej, a więc w lecie tego roku, społeczeństwo niemieckie przyjęło postawę wyczekiwania, pełną dystansu i rezerwy. Dopiero impuls odpowiedniej propagandy popchnął niezdecydowanych w objęcia obłędu żądzy krwi:

“W okresie “zimnych pogromów”, aż do roku 1938, można było jeszcze głuszyć najgorsze obawy, ale “kryształowa noc” i groźba Hitlera ze stycznia 1939 roku nie dawały już możliwości do fałszywej interpretacji.“

I na koniec moim zdaniem najważniejszy cytat z tej pracy (str. 367):

“Fakt, że aż do 1938r. Żydom w dużych miastach oszczędzono na ogół fizycznych napaści, tłumaczy się także w pewnym stopniu obawą reżimu przed rozbudzeniem zagranicznych podejrzeń lub obrazą do narodowej skłonności do porządku. Stosunkowo mała liczba aktów gwałtu przeciwko Żydom przed pogromem listopadowym nie może być jednak w żadnym stopniu traktowana jako dowód masowej odporności na antysemityzm.” (podkreślenie ASZ)

Powyżej przytoczone cytaty oraz analiza zagadnienia w innych źródłach dała mi podstawy do takiego, a nie innego przedstawienia rzeczywistości w ówczesnym Breslau. Pozwala mi to, moim skromnym zdaniem, na wytłumaczenie dlaczego w opowiadaniach opisujących wydarzenia z lata 1938r. pozwoliłem sobie odpuścić obrazy związane z pogromami Żydów. Zatem teza postawiona przez Marcina w jego opinii, jakoby “mój Breslau” został wyjęty z pewnych ram” jest zasadniczo błędna i nie mogę się z nią zgodzić. Owszem – od każdej zasady może znaleźć się wyjątek, ale w tym wypadku uznałem, że człowiek stojący w opozycji wobec tamtej władzy będzie chciał uniknąć takich konfrontacji, które będą od niego wymagały zajęcia czarno-białego stanowiska w przedmiotowej kwestii.

Temat ucisku żydowskiej ludności Niemiec pojawi się jednak w opowiadaniach kolejnego tomu przygód Wilhelma, kiedy to przyjdzie mu się zmierzyć z ostracyzmem i działającą “oficjalnie” władzą. Uważni czytelnicy mogli zwrócić uwagę na pewien wątek zawarty w opowiadaniu “Gryzący dym wspomnień“. Chodzi o “Sprawę Klinnerów”, która wtedy zostaje zapoczątkowana. Jej to dotyczą brakujące rozdziały w opowiadaniach, które dostali do czytania moi zaufani czytelnicy,a o które mnie często pytają. Łączyć się one będą w dodatkowe, piąte, opowiadanie zbioru, które jednak nie zostanie zaprezentowane na niniejszej stronie internetowej i będzie dostępne wyłącznie w wydaniu książkowym.

Marcin wprowadził swoją opinię, jednak pojawiła się też pierwsza prawdziwa recenzja “Gniewnego lata”, co dokonało się na ważnym dla mnie portalukryminalnym.pl. Tutaj bowiem p. Marta Zagrajek pokusiła się o ocenę moich wypocin. Tym dla mnie cenniejszą, że pozytywną i bardzo ciepłą, za co serdecznie dziękuję. Odniosę się do tego tekstu tylko w jednej kwestii. Moja żona oraz kilka innych czytelniczek moich opowiadań (o, zdaje się, bardziej pruderyjnym podejściu do pewnych tematów) zwracała mi uwagę na fakt częstego pojawiania się w treści książki kobiet. Niestety, nie da się ukryć, że społeczeństwo ówczesnego Breslau nie składało się tylko z samych facetów, ale od czasu do czasu pojawiała się tam też jakaś babka. Te śliczniejsze przedstawicielki ludzkiego rodu darzone są szczególną atencją przez Willego, co powoduje, że ich szczególne opisy trafiają także do jego wspomnień. Czy to źle? Niektóre panie mówią, że to seksistowskie i nie bardzo już dzisiaj “trendy” (czy jak się to tam pisze). Na to samo zwraca uwagę p. Marta pisząc:

“Liczba kobiet pojawiających się na kartach tej książki i ich dokładne opisy mogą wydawać się denerwujące, ale jeśli to upodobanie do płci pięknej przyjmiemy za charakterystyczną cechę prywatnego detektywa, nabierają trochę innego wyrazu.“

Nie byłbym sobą gdybym nie zabrał w tym miejscu głosu. Okazuje się bowiem, że p. Marta niezwykle trafnie odczytała to co sobie zamierzyłem od samego początku. Konstrukcja psychiczna Wilhelma powstawała na długo zanim powstało pierwsze opowiadanie, które jest częścią zbioru “Gniewne lato”. Wszystko zaczęło się od pewnego wypadku niewidomego, emerytowanego dróżnika kolejowego dożywającego swoich dni przy torach prowadzących do Jeleniej Góry (tak – to Hirschberg był wtedy :-D). Bohater mój, jego podejście do życia, jego poglądy, jego upodobania (między innymi do piwa, o którym pisze Marcin), jego charakter czy owa “szczególna atencja wobec płci pięknej” zostały gruntownie przemyślane i wybrane, wcale nie po to aby komukolwiek dopiec, sprawić przykrość czy zrobić na złość. To świadomy zabieg mający trochę wyjść ponad ramy wszechobecnej dzisiaj poprawności. Wysłuchałem kiedyś pewnego wywodu, którego autorka dowodziła, że takie właśnie postawienie sprawy będzie powodowało odpływ ode mnie czytelników spośród przedstawicielek piękniejszej płci. Wierzę jednak, że tak się nie stanie, tym bardziej, że p. Marta (będąca bądź co bądź przedstawicielką tej nacji) dowodzi mojej tezy że kobiety także będą w stanie również polubić Willego dokładnie takim jakim on jest, czyli takiego troszkę pociesznego, troszkę niezdarnego, a troszkę szarmanckiego “psa na baby”, który jednak doskonale wie jak się przy nich zachować i jak się dla nich poświęcić. Tutaj uchylę rąbka tajemnicy. W pierwszym opowiadaniu “zimy” Wilhelm pozna “wybrankę swojego serca” i zakocha się bez pamięci… 🙂

Co ciekawe, p. Marta umieściła treść swojej recenzji pod opinią Marcina na portalu lubimyczytać.pl

Dziś zajmiemy się czymś co chodziło mi po głowie już jakiś czas temu. Sprawcą zamieszania i tym, który wywołał ten temat jest jeden z moich zaufanych czytelników, którzy dostają opowiadania do recenzji jako jedni z pierwszych, zanim one pojawią się tutaj. Dopytywał się dlaczego taką rolę przykładam do tych aspektów ówczesnego życia społecznego, które dzisiaj są już niemal zapomniane (no, może z małymi wyjątkami). Tak się obecnie składa, że w sytuacji gdy metroseksualni „faceci” w rurkach na ogolonych nogach, z powłóczystymi szalikami na alabastrowych szyjach zobaczą kogoś w klasycznym kapeluszu na głowie to pukają się po swych wypielęgnowanych, nakremowanych czołach zagiętymi palcami o lakierowanych paznokciach. Nie żebym coś miał do dbających o siebie facetów, ale facet to facet i czasem musi śmierdzieć, czasem musi drapać nieogoloną brodą, czasem jego testosteron musi wylewać mu się zza kołnierza. Dlatego między innymi wybrałem na czas akcji moich opowiadań okres kiedy każdy prawdziwy facet miał sznyt, pachniał piżmem, nosił grube, kosztowne garnitury i szyję owijał wełnianym szalem pasującym idealnie do kapelusza z szerokim rondem, a jak wyprowadzał swoją Panią na miasto to poza odpowiednim portfelem dysponował odpowiednią siłą argumentów aby przekonać każdego „grubego Otto z Schultheiβ Palast” do swoich racji. Dziś omówimy więc kilka pojęć, które dla współczesnych mogą być tak mentalnie odległe, że aż zapomniane. Nie jestem fachowcem w kwestiach strojów i ogólnie pojętej mody. I nie chcę być, postaram się Wam dziś jedynie przybliżyć jedynie te rodzaje kapeluszy jakie pojawiają się w moich opowiadaniach.

Kapelusze jakie można spotkać w „Gniewnym lecie” są odzwierciedleniem moich upodobań w tym zakresie (o czym niżej). Facet w kapeluszu to… No brakuje mi argumentów. To po prostu facet. Taki z jajami gdzie trzeba, z kastetem w kieszeni gdy trzeba i z miękkim ramieniem dla jego kobiety, gdy ta akurat ma chęć się wypłakać. Trzeba jednak przyznać, że wybór nakryć głowy wtedy był dość spory. Poniżej oczywiście znajdziecie listę ich rodzajów, choć oczywiście ówcześnie było ich znacznie więcej to tutaj koncentruję się na tych, które albo się pojawiają, albo dopiero się pojawią w prezentowanych treściach przeze mnie w najbliższym czasie.

Do niedawna kapelusz służył, nie tylko jako ozdoba, ale również jako funkcjonalna część męskiego ubioru, mająca chronić od słońca, deszczu i wiatru. Stąd wziął się jego klasyczny kształt. Większość takich właśnie modeli kapeluszy składa się z tych samych części, różniących się najczęściej kątami i proporcją poszczególnych elementów:

Poza rozmiarem (mierzonym w centymetrach obwodzie głowy ponad uszami i po czole do potylicy) poszczególne modele kapeluszy różnią się między sobą kształtem korony i ronda. Kolory to kwestia drugorzędna, choć jaśniejsze barwy „zmierzały” w kierunku wersji sportowych, czy raczej mniej zobowiązujących. Klasycznym przykładem takiego procesu jest kwestia wingtipów – czyli pierwotnie butów do gry w golfa, które z czasem stały się popularnym obuwiem noszonym na co dzień, przez niektórych traktowanym jako szczególny rodzaj elegancji.

Zobacz także