Dwa razy to samo – 1

Kategoria: Słowniki i kalendaria

1.

Z błogiego, letniego letargu, spędzanego w odchylonym fotelu biura, wyrwało mnie namolne brzęczenie telefonu. Bakelitowa słuchawka podrygiwała na aparacie niczym podpięty do sieci elektrycznej clown. Z trudem uniosłem się z wygodnej pozycji i sięgnąłem na biurko.

– Knocke. Detektyw. Prywatny. Słucham.

– Jak żyjesz przystojniaku?

– Sonia?

– A jest w tym mieście ktoś jeszcze, kto do ciebie mówi „przystojniaku”?

– Nie.

– No właśnie. Co więc aktualnie porabiasz?

– Wybudziłaś mnie z poobiedniej drzemki.

– Drzemka? W pracy? Jak możesz! Trudno się dziwić, że nie masz klientów skoro przesypiasz ich wizyty.

– Bez przesady. Aż tak źle to nie jest.

– Mnie się nie zdarzyło spać w biurze.

– Bo ty nigdy nie pracowałaś w biurze. – Zauważyłem uszczypliwie.

– Fakt. Ojciec zawsze mnie rozpieszczał nie pozwalając się specjalnie przemęczać.

– Stać go było na to. Co tam słychać u ciebie, piękna nieznajoma?

– Słyszałam, że lubisz tańczyć.

– Jeżeli moje wielbłądzie podrygi nazywasz tańcem. Pamiętasz przecież, że mi muzyka w tańcu zupełnie nie przeszkadza…

– Dobra, dobra. Nie przesadzaj. Wiesz, że w Breslau bawi kazachski książe Talgat Issinbayew? Słyszałeś coś o nim?

– W Breslauer Neuste[1] pisali ostatnio. – Przyznałem przygryzając zdezelowaną końcówkę ołówka kopiowego, który bezpańsko leżał na blacie biurka. Przygarnąłem go.

– Więc pewnie wiesz, że książę jak co piątek, wynajmuje salę winiarni w hotelu Vier Jahreszeiten[2] i urządza tam boskie potańcówki.

– Słyszałem o tym. Ale nie stać mnie na Vier Jahreszeiten więc tam nie bywam.

– Właśnie. Wpuszczają tylko na indywidualne zaproszenia, więc pewnie i tak byś się nie dostał. Chociaż kto cię tam wie. Stłukłbyś ochroniarza i roztrzaskał w drzazgi drzwi aby wejść do środka. Gdyby tylko ci się chciało.

– Bardzo śmieszne.

– Bądź gotowy na siódmą wieczór. Podjadę po ciebie.

– Ale ja nie umiem tańczyć… – Oponowałem bez specjalnego przekonania.

– Potrzebuję męskiego towarzystwa. Nie dyskutuj. Będę punktualnie pod twoją kamienicą więc wespnij się na wyżyny swojej wytworności i bądź gotów.

– Zobaczę co da się zrobić. – Moje zęby zatrzasnęły się na końcówce ołówka i wydały na nią wyrok. Wyplułem ją przez okno w czeluść studni podwórka.

– Do zobaczenia przystojniaku. – Odłożyła słuchawkę, a ja ze swoją zostałem w ręku. Wpatrywałem się w nią jakby bakelit właśnie mnie polizał. Powoli odłożyłem ją na widełki. Miałem wrażenie, że mogłaby się stłuc. Zaskoczyła mnie. Sonia oczywiście. Była żoną człowieka, który stał się przedmiotem jednej z moich poprzednich spraw. Jakiś czas temu wsadziłem go do więzienia, a ona w myśl zawartego ze mną układu była właśnie w trakcie rozwodu. Postanowiłem wtedy, że dotrzymam jej towarzystwa w tych trudnych chwilach. Gdyby ewentualnie ponownie była do wzięcia. Spotykaliśmy się może ze trzy razy na kawie. Byliśmy też raz na filmie w Capitolu[3]. Nie pozwalała sobie jednak nigdy na więcej niż położenie dłoni na mym ramieniu, gdy szliśmy po trotuarze. Wyjście na miasto z tak szykowną babką, jaką była niewątpliwie Sonia, każdego normalnego faceta mogło przyprawić o żywsze bicie serca. Mnie przyprawiło niemal o zawał. Aby się przed nim uchronić musiałem się napić. Wydobyłem z szafki segregatorowej butelkę Rettib’a[4] od Schirdewana. Podjeżdżając do góry zaklekotała wąskimi deszczułkami drewniana żaluzja. Nalałem sobie kieliszek. Koił moje skołatane nerwy niczym najznamienitszy balsam. Odchyliłem się w fotelu do tyłu umieszczając buty na blacie biurka. Moje myśli zaprzątała zgrabna figura Soni. Byłem ciekaw w jaki skrawek materiału wciśnie swoje kuszące kształty.

Spojrzałem na zegarek. Druga po południu. Zgodnie z tym co kazałem wymalować na szybie wprawionej w drzwi do biura miałem jeszcze dwie godziny na urzędowanie. Postanowiłem zrezygnować z tego obowiązku. Zyskany czas lepiej będzie poświęcić na odpowiednie przygotowania. Wymiętą, granatową marynarkę przerzuciłem sobie przez bark, kapelusz wcisnąłem na czubek głowy i machając szeroko ramionami wyszedłem na rozpaloną słońcem Schweidnitzer Straβe[5]. Ruszyłem w kierunku Ringu[6] aby wsiąść tam w tramwaj wiozący mnie do domu.

Wiązałem właśnie biały krawat przed lustrem w przedpokoju gdy przez otwarte okno dobiegł mnie dźwięk klaksonu. Wsunąłem ręce w rękawy grubej, białej, wytwornej marynarki z delikatnymi, czarnymi prążkami. Stopy wsunąłem w wingtipy i wachlując się śnieżnobiałym borsalino wyszedłem na chłodną klatkę schodową. Zbiegałem jak na skrzydłach o mały włos nie pozbawiając życia starej Grety Kirdegran, mojej sąsiadki z piętra. Popukała się chudym palcem w środek czoła.

Przy krawężniku parkował tak ogromny kabriolet BMW w kolorze kości słoniowej, że można by z niego zbudować cały Taj Mahal. Czerwona tapicerka gościła blond boginię o lokach opadających na nagie ramiona, w typie tych co to trzeba koniecznie legitymować się w kieszeni kastetem, gdy się z nimi wychodzi na tańce. Na jej głowie wylądowało rozłożyste, czarne ptaszysko, którego pierzasty ogon falował delikatnie w rytm wieczornych podmuchów wiatru. Miała na sobie obcisłą, czarną, atłasową sukienkę kończącą się tylko kawałeczek powyżej sutków. Fragmenty krótkich rękawków przymocowane były wąskimi paskami do marszczonego materiału skrywającego wzgórki skromnych piersi. Uśmiechnęła się i zapuściła silnik. Zająłem miejsce w fotelu obok. Otaksowała mnie wzrokiem, który wyliczał należną za mój ubiór stawkę podatku. Ująłem smukłą dłoń spoczywającą na gałce zmiany biegów aby ją pocałować na przywitanie. Zręcznie wysmyknęła się i pogładziła mnie po policzku. Ujęła moją brodę między palec wskazujący i kciuk. Usta w kolorze dojrzałej truskawki odbiły się na moich. Momentalnie spociłem się na plecach. Nie oczekiwałem takiego obrotu sprawy.

– Za tydzień wyjeżdżam do rodziny za ocean. – Nasze wargi na moment straciły ze sobą kontakt, ale cały czas trzymała mnie za żuchwę. Drugą dłoń położyła mi na policzku. – To prawdopodobnie ostatni wieczór jaki będę mogła ci poświęcić.

– Rozumiem. – Ponownie dała posmakować jak smakuje.

– Dziś dostałam podpisane papiery rozwodowe. Traktuj to jak spłatę ostatniej raty twojego honorarium.

– Rozumiem.

– Powtarzasz się przystojniaku. – Uśmiechnęła się i kolejny raz spróbowałem jak miękki ma język.

– Ślicznie wyglądasz. – Nie była to wyszukana odpowiedź.

– Tobie też nie można nic zarzucić.

– Starałem się.

– I bardzo dobrze. – Jej dłonie zsunęły sukienkę zakrywając nagie kolana. Okrasiłem to jękiem zawodu.

– Jedziemy. – Zaordynowała.

Przez Lessing Brücke[7], Ohlauer Stadtgraben[8] i Bahnhof Straβe[9] dojechaliśmy do zatłoczonej Garten Straβe[10], przy której stał masywny budynek hotelu Vier Jahreszeiten. Był to jeden z najdroższych, a z pewnością najwytworniejszy, hotel w mieście. Cały kompleks składał się z trzech budynków. Od frontu zlokalizowano drogie sklepy z biżuterią i konfekcją damską wprost z Paryża. Na piętrze zaś znajdowały się sale balowe, restauracje i kawiarnie. Zresztą, pomieszczenia te tworzyły ze sobą tak skomplikowany układ, że gościom hotelowym rozdawano małe planiki z wyrysowanymi ważniejszymi obiektami. W skrzydłach umieszczono luksusowo wyposażone pokoje. Pomiędzy nimi, na dziedzińcach, były ogrody restauracji i winiarni. Przed wejściem głównym, nad chodnikiem rozstawiono specjalną markizę, która miała za zadanie chronić gości od żaru słońca. Poustawiane w około donice z kwiatami starannie wypielęgnowano i regularnie podlewano świeżą wodą. Drzwi głównego wejścia ochraniały, niczym starożytni wojownicy, dwa potężne wiadra ze stalowymi opaskami, w których rosły przycięte w kule ozdobne klony. Gdy Sonia zatrzymała wóz przy krawężniku, pod dachem z materiału w biało-zielone pasy, poczułem się jak w tropikalnej dżungli. Boy odebrał kluczyki, a nas owionęły duszące opary storczyków. Podałem jej ramię i przejąłem bolerko z czarnego miękkiego futerka jakie wyciągnęła z tylnej kanapy auta. Gdy weszliśmy przez wiatrołap do sali recepcyjnej, podszedł do nas sztywny gnom w liberii.

Zobacz także