Gryzący dym wspomnień – 1

Kategoria: Opowiadania

Nie masz czasu na czytanie?

Posłuchaj:

Raczkowałem tuż pod granicą świadomości. Odpychałem się zwiędłymi dłońmi od jej głębszych partii, ale nie byłem w stanie ostatecznie przebić się na powierzchnię. Co chwilę pochłaniał mnie, niczym jakiś nieograniczony lej, czarny całun bezpamięci. W różnych odstępach czasu docierały do mnie dźwięki i zapachy, ale funkcja wzroku długo jeszcze nie była w stanie wrócić do działania zgodnie z zasadami natury. Leżałem na brzuchu z ramionami wyciągniętymi wzdłuż tułowia. Tyle podpowiadały mi moje stawy. Podłoże było twarde i chłodne. Przejmująco chłodne. Tak chłodne, że raz po raz targały mną dreszcze. Jakbym cierpiał na jakieś monstrualne przeziębienie. Czułem je wszędzie. Pod włosami na głowie w szczególności. Wysunąłem ostrożnie kołkowaty język spomiędzy spękanych warg. Dotarł do chropowatej, słonawej powierzchni. Była zimna i twarda. Smakowała strachem. Mocno wciągnąłem nosem powietrze. To był błąd. Śmierdziało ludzkimi odchodami i stęchlizną na podobieństwo jakieś zawilgoconej piwnicy, albo co najmniej rynsztoku. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałem, że będę wymiotował. W ostatniej chwili zdołałem się jednak powstrzymać. Mój biedny, obolały nos wyłowił ostry zapach tandetnego bimbru. Pachniało nim wszystko wokoło. Jakbym pływał w tym gównie całą noc. Niestety nie byłem sobie w stanie przypomnieć niczego co mogłoby się wiązać ze mną pływającym w bimbrze. Na tym etapie mojej świadomości nie byłem w stanie stwierdzić czy to dobrze, czy też źle.

Nasłuchiwałem. Ciszę przerwało głośne klaśnięcie. Zaszeleściła jakaś firanka. Nagle moje zbolałe bębenki w uszach zaatakowała detonacja. Tuż po niej ktoś wylał wodę do umywalki. Kropelki długo jeszcze uderzały o siebie i jej porcelanowe ucho. Przynajmniej tak to brzmiało. Jak umywalka. Znów coś wybuchło obok mnie aż zatrzęsły się okoliczne ściany. Później dałbym sobie obciąć rękę, że gdzieś w oddali słyszałem szyby wypadające z ram okiennych i rozpryskujące się z grzechotaniem po bruku. Kolejny grzmot zabrzmiał jakby ktoś próbował odpalić zdezelowany silnik, a ten rzęził i stawiał opór. Był długi i przeciągły, raz po raz wzmagał się powodując nieprzyjemne wibracje.

Gdy w końcu odważyłem się otworzyć powieki, ukazała mi się granitowa ława, z której płatami odchodziła niestarannie położona, szara farba. Nos w nią wciśnięty wykrzywił się i był spuchnięty. Bolał, więc uniosłem lekko głowę, aby mu ulżyć. Znajdowałem się w niewielkim, prostokątnym pomieszczeniu, w którego ściany wprawiono właśnie takie niewygodne, kamienne ławy. Leżałem twarzą do dołu na jednej z nich. Na wprost przede mną zamiast ściany była gruba, zardzewiała krata. Jej mocowanie niknęło w mroku pod łukowato sklepionym sufitem, spod którego, na niczym nieosłoniętym kablu, zwisała żarówka rozrzucająca w około żółtawe światło. Ściany pomieszczenia poryte były wydrapanymi znaczkami i napisami. Dokładnie tak jakby komuś zabrakło przyborów do pisania, a nieopuszczająca inwencja zmuszała do notowania myśli na każdym dostępnym skrawku przestrzeni. Że też nie stać go było na porządny notatnik i ołówek?

Ostrożnie obróciłem głowę w kierunku środka pomieszczenia. Miało podłogę ułożoną ze spękanych płytek nieokreślonego koloru, który i tak dawno stracił swoją świetność. Zresztą, w tym świetle to i wzorzyste japońskie kimono wyglądałoby jak zeżarta i wyrzygana przez stado klaczy szmata umorusana dodatkowo ich łajnem. Zresztą, ciekawe jak wygląda rzygająca klacz. Przecież one tego nie potrafią. Ponoć. Po środku ściany przeciwległej wobec kraty, między dwa krótsze fragmenty granitowej ławy, wprawiono obramowanie sięgające nieco wyżej niż do pasa. Tworzyło małą świątynię dumania. Problem polegał na tym, że zajmował ją spocony i nieogolony grubas z wąsem jak u suma i nic nie robił sobie z mojego towarzystwa. To on był źródłem dobiegających mnie dźwięków i większości zapachów. A dokładniej, jego pośladki, między którymi z trudem przepychały się gazy gnilne powstające w zwalistych trzewiach. To te trzepoczące pośladki wydawały dźwięk podobny do kaszlu rozregulowanego diesla. Gość najzwyczajniej w świecie ordynarnie walił kupsko wprost do wiadra ustawionego za tym przepierzeniem. Nie było więc finezyjnej porcelany, a jedynie wieśniackie, blaszane wiadro. Metalicznym klaśnięciom o jego dno wtórowały kaskady rozbijających się o ścianki kropelek wody. Ponownie zrobiło mi się niedobrze.

Facet skończył swoje dzieło, wstał, z dumą spojrzał na nie do wnętrza wiadra i naciągnął pocerowane portki ze zwisającymi bezpańsko skórzanymi szelkami na brązową pod pachami koszulę. Spojrzał na mnie i zdechł jak sflaczała dętka na ławie naprzeciw. Zajął się czytaniem skrawka gazety jaki mu pozostał po symbolicznym geście higieny na jaki się zdobył wobec swojego dupska. Przeciągnął cielsko aż zatrzeszczało.

Spuściłem nogi na podłogę i skonstatowałem, że ktoś mi wyjął z butów sznurowadła. Nie wiem, czy zrobił to z troski abym nie miał się o co potknąć, czy może po to abym sobie nie zrobił nimi krzywdy w jakiś inny sposób. Ciekawe jaką krzywdę miałbym sobie zrobić? Chyba tylko zatkać dziurki w nosie. Ująłem obolałą głowę w dłonie i próbowałem dojść do tego, jakie wydarzenia sprowadziły mnie w to odpychające miejsce. Było to nieco kłopotliwe, bowiem głowa zdecydowanie nie chciała ze mną współpracować.

Ciszę przerwało zgrzytanie klucza w wyrobionym zamku i na korytarz, oddzielający kratę od reszty budynku, wszedł mundurowy w przyciasnej kurtce. Jej guziki ostatnimi nitkami trzymały się w dziurkach na opiętym brzuchu. Stanął na przeciw nas i z kartki, którą trzymał w lewej dłoni odczytał:

– Knocke! Do wyjścia! – Jakby się tuman nauczyć na pamięć jednego nazwiska nie potrafił. W końcu było krótkie i tylko jedno. Bardziej prawdopodobna wydała mi się w tej chwili jego chęć pochwalenia się, że w ogóle umie czytać.

Dźwignąłem się do pionu, ale zaraz klapnąłem na ławę. Zakręciło mi się w głowie i uznałem, że najlepiej by było jakbym mógł odpocząć. Zmobilizowałem się jednak i wstałem jeszcze raz. Klucznik w tym czasie wysupłał z pałąka zawieszonego na długim łańcuchu odpowiedni klucz i wsadził go w otwór tam gdzie trzeba. Przeskoczyła zapadka i skrzypiąc niczym rozstrojona trąbka trębacza grającego po pijaku, krata została odsunięta robiąc przejście dla mnie, w które z trudem zdołałem trafić. Podparłem się na policyjnym pagonie zdobiącym ramię o szerokości Lessing Brücke[1], ale strzepnął mnie niczym niechcianego owada. Zatrzasnął furtę za mną i kazał iść przodem. Ten za nami rozkasłał się jakby miał zejść na suchoty. Nie zareagowaliśmy. Zostałem poprowadzony smutnymi korytarzami pełnymi smutnych ludzi o twarzach zmęczonych życiem. Przemykali chyłkiem, jakby się nas bali. Nie zwracałem na nich uwagi. Oni na mnie także nie. Całą drogę usiłowałem przypomnieć sobie, co się ze mną wczoraj działo. Jednakże bez jakiegoś specjalnie oszałamiającego efektu.

W końcu dotarliśmy do szerokich, stalowych drzwi z małym zakratowanym okienkiem na wysokości oczu, na których powieszono kartkę z napisem: Verhöhnung Raum[2]. Milczący do tej pory mundurowy kazał mi wejść do środka i zamknął je za mną. Znalazłem się w niewielkiej salce gdzie jedynymi sprzętami był zdezelowany drewniany stół o pękniętym blacie z lichych desek jeden raz niedbale pomalowanych na szaro, dwa krzesła oraz mosiężna spluwaczka stojąca na wygiętej, gumowej podstawie. Na ścianie wisiało lustro w niestarannie spasowanej ramie z nieoheblowanych desek. Umieszczone wysoko pod sufitem okno z kratą ktoś zakleił papierem w taki sposób, że wpadające tutaj światło rozpraszało się w niezliczoną liczbę małych promyków. Usiadłem jak mi przykazano i czekałem. Dopiero później doszedłem do wniosku, że mogło mi się przysnąć. Nie miałem zegarka, więc nie byłem w stanie określić ile czasu to zajęło. Całkiem możliwe, że trzydzieści sekund. Ale równie dobrze mogło to być pół godziny. W końcu jednak zostałem zaszczycony czyjąś obecnością. Drzwi za moimi plecami otworzyły się i do środka wszedł szczupły, wysoki facet o pociągłej twarzy z wklęsłymi policzkami. Miał na sobie pomięty, brązowy garnitur w delikatne różowe prążki i trzeszczące, starannie wypastowane trzewiki. W kąciku ust trzymał niedbale zwieszonego grubego, krótkiego Gauloises’a. Nie wyjmował go z nich nawet gdy ze mną rozmawiał. Wyglądał jak wyliniały, stary, zmęczony życiem, kanałowy szczur, na którego żaden kocur z okolicy z litości już nie poluje.

Zobacz także