Gryzący dym wspomnień – 2

Kategoria: Opowiadania

Nie masz czasu na czytanie?

Posłuchaj:

– Nie wierzysz mi?

– Jakoś nie specjalnie, przyznam szczerze. – Kurt kwaśno uśmiechnął się znad splecionych pod brodą dłoni.

– Cholera, zawsze mogłeś mi ufać. Dlaczego tym razem nie jesteś w stanie?

– Już ci mówiłem. W zasadzie wszystko świadczy przeciwko tobie. Nie dostrzegasz tego?

– Czy ja mówię po chińsku, że nie łapiecie tego, co mam wam do przekazania? Przecież tłumaczę jak chłop krowie na rowie, że ktoś mnie wrabia.

– Być może, ale musiałbyś to nam jakoś udowodnić żebym faktycznie uwierzył w to, co gadasz. Daj mi coś, co spowoduje, że zaczniemy brać pod uwagę także twoją wersję.

– Ciekawe jak mam to zrobić, jak mnie tu trzymacie?

– Zaproponuj coś.

– Muszę się wykąpać, przebrać w coś czystego. Jeżeli pozwolisz mi wrócić na chwilę do domu to pomogę ci wyjaśnić, co tam się wtedy działo. Pojedziemy do tego hotelarza i go dokładnie przepytamy, obejrzymy pokój i możemy pojechać też do Mankowskiego.

– Reinharda Mankowskiego? Tego Mankowskiego? – Chudy odkleił się od ściany strzykając gęstą od tytoniu śliną w kierunku spluwaczki. I tym razem nie trafił. Spłynęła ociężale po jej nodze zostawiając lśniący ślad jak ślimak.

– No tak. Mówiłem przecież, że to z nim mieliśmy się rozmówić w sprawie tego kamyka.

– I myślisz, że przyjmie nas jak starych kumpli z czasów wojny światowej? A tak na marginesie, to nie mówiłeś, że o niego chodzi.

– Nie czepiaj się. Jeżeli obiecasz, że facetowi nie zrobicie krzywdy za ten kamyk to może będzie chciał z nami gadać.

– Nie powiesz mi, że wierzysz w to co mówisz.

– Gość go nam oddał, zatem de facto nie możecie się do niego o to przypiąć, byłoby moje słowo przeciwko jego. Poza tym chyba nie mam specjalnie innego wyjścia w obecnej sytuacji. Prawda, Kurt?

– Chyba masz rację. – Chudzielec nachylił się nad uchem mego adwersarza i powiedział kilka zdań. Ten pokiwał powoli głową i w zamyśleniu przygryzł ołówek.

– Dobra. Pojedziesz do domu się przebrać. Pojedzie z tobą komisarz Walther Dörr. – Wskazał niedbale chudzielca. – I jego partner, którego miałeś okazję już poznać. Bądź więc grzeczny, aby nie musieli pokazywać co znaczą dobre maniery. Rozumiemy się?

– Oczywiście. Będę grzeczny jak dobrze ułożona pensjonarka.

Musiałem poczekać z dziesięć minut na samochód przyprowadzony przez grubasa i zeszliśmy na oblewaną delikatną mżawką Schweidnitzer Stadtgraben[1]. Na schodach Kurt sprzągł mi nadgarstki zimną stalą kajdanek i poklepał po ramieniu.

– Ufam, że mnie nie zawiedziesz chłopcze. Robię to tylko przez wzgląd na twojego ojca. Nie chciałbym abyś sprawił, że musiałbym zmienić zdanie o tym jak cię wychował.

– Rozumiem. Dam z siebie wszystko, aby wyjaśnić całą tę sytuację.

– Trzymam cię za słowo. – Pogroził palcem jak jakiemuś szczeniakowi, który powywlekał odpadki ze śmieci na środek kuchni.

Przytulił mnie grubas na wysłużonej i zakurzonej, tylnej kanapie czarnego citroena. Zapachniało stajnią. Taką, w której nie przykłada się szczególnej wagi do higieny, czystości i porządku. Szczególnie w zakresie uprzątania nawozu. Walther wsunął się za kierownicę zrobioną z cieniutkiego, giętego i polerowanego drewna i ruszyliśmy w kierunku mojego mieszkania przez zmoczone ulice centrum Breslau przepełnione popołudniowym ruchem. Spuściłem wzrok na stopy próbując zebrać myśli i znaleźć jakiś sposób na wyplątanie się z tej sytuacji. Znikające w tyle kamienice zupełnie mnie nie interesowały. Dopiero mijający nas, dudniący o bruk Lessing Brücke[2], trzywagonowy skład dziesiątki spowodował, że zdałem sobie sprawę, iż dotarliśmy do narożnego sklepu Malteusera z importowanymi cygarami i skręciliśmy w prawo w moją Scheitniger Straβe[3]. Dörr zatrzymał wóz pod bramą kamienicy z numerem dwadzieścia. Doskonale wiedział, że tutaj, na drugim piętrze, zajmowałem trzypokojowe mieszkanie. Trzymając dłoń wsuniętą za połę marynarki, ujął mnie pod łokieć i wysupłał na trotuar. Rozejrzał się wokoło i poczekał chwilę na grubego, który sapał za moimi plecami obchodząc wóz z drugiej strony. Ruszyliśmy w kierunku ciemnej i chłodnej czeluści wejścia. Zanim przekroczyliśmy próg odezwałem się nieśmiało:

– Panowie, moglibyście nie robić mi wstydu? Może zdjęlibyście te bransoletki? Jak mnie ktoś na klatce zobaczy to będzie to nieco kłopotliwe, że się tak wyrażę.

– Wyrażaj się jak chcesz, ale nabroiłeś chłopie to się teraz wstydź. – Odezwał się swoim świńskim basikiem grubas.

– Nie bądź wredny, Rolf. Gdzie nam zwieje? Zdejmij mu. – Walther skarcił swojego partnera. Ten mrucząc coś niecenzuralnego pod nosem w końcu wydobył grubymi paluchami z małej kieszonki przesadnie kraciastej kamizelki niewielki kluczyk i przekręcił go niechętnie pomiędzy moimi nadgarstkami. Zaterkotał mechanizm i natychmiast rozmasowałem skórę na kostkach. Spojrzałem do góry, w kierunku mojego balkonu i pchnąłem ciężką połać bramy. Tuż za mną podążał Walther. Gdy cały byłem już w środku, a on dopiero jedną nogę postawił na kaflach posadzki, drugą mając jeszcze na zewnątrz, do głowy wpadła mi szalona myśl.

Błyskawicznie odwróciłem się w miejscu i z całej siły rozpędziłem uchylone drzwi z powrotem kierunku framugi. Nie zdążył zabrać stopy, w którą z ogromnym hukiem trafiły. Zawył z bólu i musiał upaść do tyłu, bo jego noga zniknęła za wysokim progiem. Natychmiast ponownie naparłem barkiem, aby ostatecznie zatrzasnąć masywne skrzydło w starym, rozklekotanym zamku. Dobiegła do mnie siarczysta wiązanka przekleństw pomieszana z jękami cierpienia. W końcu zapadka szczęknęła na języku i drzwi znieruchomiały. Wyrwałem z kieszeni krawat i zawiązałem go na gruby supeł na klamkach. Musi mi to dać chwilę na odskoczenie. Tupiąc głośno w płytki posadzki trzewikami bez sznurówek pobiegłem w kierunku wąskiego przejścia prowadzącego do piwnicy, z którego, przez odrapane schodki wychodziło się na głęboką studnię wewnętrznego podwórka. Wpadłem do podziemia i zatrzasnąłem za sobą kolejne drzwi. Z ulicy dobiegł mnie huk wystrzałów, którymi torowali sobie drogę próbujący mnie dogonić policjanci. Ślizgając się na mokrym błocie wybiegłem na niewielki ogródek warzywny odgrodzony nierównymi sztachetami od wybrukowanej kocimi łbami przestrzeni podwórka. Z niego, przez tunel bramy sąsiedniej kamienicy, miałem prostą drogę na Hirsch Straβe[4]. Przeskoczyłem przez płot i rozrywając sobie rękaw marynarki ruszyłem ku ocienionemu przejściu, w którym migali przechodnie. Wypadłem w wąską czeluść ulicy i minąłem w pełnym pędzie ciecia wynoszącego wiadra z obierkami z sutereny. Szerokim łukiem pogoniłem przez tory tramwajowe uskakując zwalniającej przed przystankiem jedenastce. Głośne dzwonienie i stalowy zgrzyt hamulców tramwaju przerwane zostało głośną kaskadą obelg motorniczego. Nie przejąłem się tym, tylko odpychając przechodnia czytającego rozpostartą płachtę gazety wpadłem przez szerokie drzwi do wnętrza Pod białym bocianem, lokalu mojego przyjaciela, Heinricha Schulmbacha, który dla wybornej, domowej kuchni i sielskiej atmosfery odwiedzałem niemal codziennie.

Miałem tylko kilka sekund na wymyślenie co robić dalej. Na szczęście o tak wczesnej porze w pomieszczeniu nie było gości. Jedynie Magda, pulchna żona właściciela, polerowała wymiętą szmatką wazę do zupy stojąc za kontuarem baru.

– Powiedz im, że przeleciałem przez wasz bar na podwórko… – Krzyknąłem do niej i z poślizgiem na czarno-białych kaflach podłogi zanurkowałem pod jej obszerną spódnicę. Chciała zaprotestować, ale wcisnąłem się w kącik między nią, a szafką z kuflami, przez którą przebiegały przewody dystrybutora do piwa. Położyłem wymownie palec na ustach. Zdziwiona Magda ruszyła swoje spore ciało w kierunku szerokich drzwi prowadzących do zaplecza. Zniknęła wchłonięta przez kuchnię jak mucha przez rosiczkę. Tak wielka rosiczka musiałaby zjadać codziennie małe stado słoni na śniadanie aby się utrzymać przy życiu. Po chwili na zapleczu coś szklanego spadło na podłogę, a w ślad za tym poleciała soczysta fontanna rynsztokowych epitetów.

Zobacz także