Gryzący dym wspomnień – 3

Kategoria: Opowiadania

Po powrocie z góry napoili mnie gorąca herbatą, która czekała już w odrapanym, emaliowanym kubku. Schulmbachowie ponarzekali na mój los i sposób prowadzenia, ale tak właściwie to nie za bardzo na mnie krzyczeli. Musiałem się tylko pokłonić przed nimi niczym sztubak sztorcowany przez mało wyrozumiałego nauczyciela. Opuszczałem brodę ku piersi i popijałem drobnymi łyczkami parujący trunek. Moje myśli wędrowały nieprzerwanie ku jakiemuś spoconemu kuflowi przykrytemu aksamitną pianką pękających bąbelków. Trochę niezręcznie było mi ich teraz prosić o nalanie czegoś, co uznawali za główną przyczynę moich problemów. Musiałem się stąd wyrwać aby schłodzić trzewia pod innym adresem.

– Gotowe. – Heinrich wręczył mi marynarkę, po której nigdy bym nie poznał, że miała jakieś uszkodzenia. Muszę przyznać, że mógłby facet zarabiać oferując nie tylko gastronomiczne usługi.

– Dziękuję. – Wsunąłem ją na grzbiet. Magda troskliwie rozprostowała fałdki na plecach i wyszła do sali restauracyjnej bo znów wszedł tam jakiś gość.

– Co teraz?

– Muszę ustalić co się ze mną wczoraj działo. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie odwiedzenie mieszkania Alex. Poszukam tam jakiejś poszlaki, bo do hotelu nie mam co jechać. Znów mnie ktoś uśpi, a wtedy może nie być już tak miło.

– Kto to jest Alex?

– To ta kobieta, która mi zleciła zadanie.

– A nie lepiej będzie jak się zgłosisz na policję i razem z nimi będziesz działał?

– Heinrich… Przecież ja teraz jestem wyjęty spod prawa. Oni mnie szukają jak przestępcę. Czy gdybym w ich mniemaniu nie miał nic na sumieniu to bym im uciekał? Przecież jak wrócę ot tak, to mnie zamkną na dobre i się na pewno z tego nie wykaraskam. Jedyna szansa, że sam do wszystkiego dojdę.

– Nigdy nie byłem w stanie za tobą nadążyć.

– Wiem, ale dziękuję za pomoc. – Położyłem mu dłoń na ramieniu. – Naprawdę nie wiem jak mógłbym się odwdzięczyć. – Czułem jak mi na plecach parowała mokra koszula, którą próbowałem zaprać aby straciła nieco ze swego odpychającego zapachu.

– Na początek nie daj się złapać. – Puścił do mnie swoje wyłupiaste oko przykryte sporej grubości powieką.

Weszła jego żona z kartką zamówienia. Popatrzyła na nas bez słowa, położyła ją na blacie stołu, odwróciła się na pięcie i wyszła. Chyba zrobiło się jej przykro, że nie jestem w stanie spełnić matczynych instynktów jakimi była przepełniona wobec mnie. W końcu nie mieli z Heinrichem własnych dzieci. Dlatego traktowała mnie jak syna. Wzruszyłem ramionami. Ruszyłem w kierunku drzwi na podwórze. Uchyliłem je ostrożnie i wyjrzałem na zewnątrz w poszukiwaniu ewentualnych prześladowców. Nikt mnie nie ostrzelał. Wyszedłem machając do Heinricha wstawiającego wielki garnek z pieczenią na ogień płonący w piecu.

Wewnętrzna studnia otoczona domami była duszna i zakurzona, ale poza goniącymi się małolatami nie było na niej nikogo. Wypluła mnie na wilgotny bruk ulicy wprost w objęcia furmana batożącego swego zmęczonego rumaka. Biedne zwierze nie miało sił ciągnąć wozu wyładowanego jutowymi workami z węglem. Na jego miejscu też bym nie miał. Kupiłem u gazeciarza Breslauer Neuste i zdążyłem pół przeczytać zanim przyjechała jedynka, która porwała mnie przez Ring[1] ku Friedrich Wilhelm Straβe[2], gdzie miałem zamiar wysiąść. Zaschło mi w gardle bo wagon był przepełniony, a w związku z tym okropnie gorący. Ludzkie zapachy mieszały się w nim w mieszankę prawie wybuchową, niczym paliwo lotnicze. Chciałem uniknąć zapłonu, ale nie pomagało nawet zajęcie miejsca w drzwiach. Ciągle w nozdrza wdzierał się gorzki smród potu oraz stęchłych oddechów z zabarwionych próchnicą zębów i dziąseł. Byłbym wymownie pobrudził swoje ubranie, ściany tramwaju, bruk ulicy i pewnie kilku współpasażerów dookoła, gdyby mego wzroku nie przykuł wyszynk serwujący wyroby Schirdewana gdzieś pomiędzy Wacht Platz[3], a Friedrich Karl Straβe[4]. Zeskoczyłem z pomostu wprost pod koła jasnoseledynowego pociągu transportowego Gustava Knauera[5]. Syk instalacji hydraulicznego hamulca otrzeźwił mnie na tyle, że zdążyłem dopaść krawężnika. Wspiąłem się nań uraczony elegancką wiązanką kierowcy.

– Kurwa! Masz szczęście gówniarzu, że skręcam zaraz, bo bym cię rozsmarował po jezdni jak jaką ropuchę! Mam ponad dwadzieścia ton na dyszlu! – Wygrażał mi unosząc zaciśniętą pięść nad głową. Nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy. Ukryty pod długim nosem ryflowanej maski silnik zaryczał niczym zarzynany tępa brzytwą nosorożec i skład przyczep o białych, obłych dachach podobnych do wozaów cyrkowych, ruszył ociężale dalej. Na chwilę skryła go błękitna rzygowina spalin, ale wystarczył moment aby odjechał podążając w ślad za kusym ciągnikiem, który wyglądał jak przerośnięty wóz osobowy o karoserii demi-berlina.

Zobacz także