Kategoria: Opowiadania
Obudziło mnie trzaskanie talerzy w niewielkiej kuchence. To pani domu przygotowywała nam śniadanie. Pochłonęliśmy je i ruszyliśmy na podbój miasta. Wysłałem Dominica przodem na ulicę aby mi powiedział czy moje mieszkanie dalej jest obserwowane. Było. Przed wejściem do bramy stał czarny citroen. Pewnie ten sam, którym mnie tu wczoraj przywieźli. Woleliśmy nie ryzykować i przez podwórka poprzegradzane skomplikowaną siatką murów, płotków i przepierzeń wyszliśmy na Paul Straβe[1]. Ostrożnie wyglądnęliśmy zza rogu na Hirsch w poszukiwaniu kogoś kto mógłby chcieć nas gonić. Nie było nikogo takiego więc ruszyliśmy dziarsko w kierunku Keiser Straβe[2], gdzie pod kościołem Marcina Luthra mieliśmy zamiar wsiąść w tramwaj, który zawiezie nas niemal pod sam dom rodziców, jak zapewniał Dominic. Po dziesięciu minutach oczekiwania wsiedliśmy do drugiego wagonu dziewiątki, na którego burcie wisiała tablica z wymalowanym napisem: „Zimpel, Sportfeld”. Powiózł nas przez obszerny Scheitniger Stern[3], Pass Brücke[4], mijając po lewej liczne czerwone, ukryte w zrzucających liście kasztanowcach, budynki kliniki uniwersyteckiej. Zostawiając za sobą Scheitniger Park[5] wjechaliśmy w sielski krajobraz nowoczesnego osiedla identycznych domów podobnych do przerośniętych klocków małego chłopca. Wybudowano je sporym nakładem środków i zaprojektowano tak aby z lotu ptaka przypominał naszego śląskiego orła. Nie umiem latać więc nie wiem czy faktycznie tak było. W każdym razie po paru minutach dostojnie wtoczyliśmy się na ostatni przystanek. Tramwaj nurkował między sięgającymi okien żywopłotami oddzielającymi torowiska od ulicy i chodników. Ze zgrzytem hamulców zatrzymał się na zakręcie przy niewysokim budynku o ścianach z drewnianych listewek ułożonych w rodzaj harmonii, tak że jodełką zachodziły jedna na drugą. Zeskoczyliśmy z pomostu na piaszczystą ziemię. Między krawężnikiem, a szyną wiatr nawiał mnóstwo niewielkich, brązowych listków, które pospadały z okolicznych drzew. Ruszyłem ku budzie pomalowanej przesadną ilością zielonej farby by kupić papierosy. Na stojącym po środku okręgu torów zegarze zamkniętym w prostej, stalowej skrzyni, kątem oka, dostrzegłem, że dochodzi już jedenasta przed południem. Dominic poprosił mnie abym kupił i jemu paczkę. Moje sumienie podpowiedziało mi, że źle robię, ale zostało zignorowane zignorowałem.
Poprowadził mnie alejkami wysadzanymi klonami wzdłuż ciągu jednakowych budynków. Żółte i czerwone liście zaścielały chodniki i ulice. Nie wyglądało na to aby ktoś miał zamiar je sprzątać. Byłem ciekaw czy doczekają tak do wiosny. Młody wybił z paczki swojego Aviatica[6] i przypalił niezdarnie. Ukrył papierosa w zwiniętej w rurkę dłoni jakby bał się, że zostanie przyłapany przez kogoś znajomego. Równym krokiem stukaliśmy obcasami o chodniki, które wyłożono płytkami ze sztucznego granitu. Starannie układały się w romby. Mijaliśmy kolejne, ciche ulice o nazwach związanych z ptakami. Z narożnego ogródka, ze zwieszającej się nad uliczką jabłoni, zerwaliśmy po czerwonym, malutkim jabłku. Na moje pytanie czy nikt nas za to nie obsztorcuje, usłyszałem, że tu i tak nikt nikogo za coś takiego nie goni. Dotarliśmy w końcu do wąskiej uliczki o bruku ułożonym z maleńkich kostek granitowych. Trotuary, niewiele szersze niż ramiona dorosłego człowieka, od wypielęgnowanych ogrodów oddzielały drewniane płotki o szerokich sztachetkach sięgające do pasa. Mniej więcej w połowie ulicy, po prawej stronie, stał jakiś samochód z włączonym silnikiem. Kawałek dalej stała wysoka taryfa. Chmura spalin unosiła się i targana jesiennym wiatrem ulatywała nad dachami domów mieszając się z dymami ich kominów. Przy aucie stał mundurowy i palił ręcznie kręconego papierosa. Minęliśmy go bez słowa i popychając przed sobą, skrzypiącą niemiłosiernie furtkę weszliśmy na minimalistyczną ścieżkę prowadzącą do dwóch sąsiadujących ganków na raz. Pod tym po lewej, na słupie którego powieszono emaliowaną tabliczkę z wymalowanym granatową farbą numerem szesnaście, czekało na nas dwóch kolejnych mundurowych. Zanim dotarliśmy do schodów ułożonych z betonowych, prefabrykowanych bloków, drzwi się otworzyły i stanął w nich jeszcze jeden mundurowy. Wyjął spod pachy czapkę i nałożył na głowę. Odwrócił się do tego kto go odprowadzał i zasalutował.
