Kategoria: Opowiadania
Dominic nie zdążył się zatrzymać na dobre przy przystanku tramwajowym gdy stawiałem stopę na granitowym krawężniku. Ruszyłem natychmiast w kierunku wysokiej bramy wejściowej. Opasany trzema rzędami białych lamp daszek nad wejściem rozświetlał neon z liter układających się w nową nazwę budynku do którego zmierzałem: AWAG[1]. Jak to się szybko wszystko zmienia – pomyślałem. Jedno ze skrzydeł kraty wyplecionej z grubych prętów było podniesione. Drugie zagradzało chętnym wejście tuż obok. Doskonały znak, że stoiska wewnątrz powoli będą zamykane. W sumie to dobrze, bo w budynku powinno być mniej gości. Bałem się myśleć co by się stało gdyby coś poszło nie tak. Szybkim krokiem, trzymając ręce w kieszeniach, przeszedłem między szklanymi ladami i licznymi wieszakami działu konfekcji zajmującego większą część parteru. Zwieszone z góry żyrandole wyglądające jak skomplikowane konstrukcje przybyszów z obcych planet, błyszczały ciepłym światłem, które odbijało się w wypolerowanych na wysoki połysk drewnianych okładzinach ścian. Nowe, futurystyczne wnętrze raziło ascezą. Uśmiechnąłem się spod ronda kapelusza do kilku eleganckich sprzedawczyń w granatowo-białych mundurkach i wbiegłem na schody zmierzając na górę. Czekała mnie dłuższa wspinaczka, bo restauracja, w której umówiłem się z Mankowskim była na piatym piętrze. Z windy wolałem nie korzystać. Mógłbym tam mieć mało miejsca na obronę gdyby wpadli na pomysł wcześniejszego przybycia na spotkanie. Poza tym nie tak to sobie zaplanowałem. Pokonując po dwa-trzy schody ze sztucznego granitu poprzetykane na podestach drobniutkimi, czarno-białymi płytkami, wpadłem w szerokie, szklane drzwi prowadzące do restauracji. Ober dostrzegłszy mnie ruszył natychmiast z białym ręcznikiem przewieszonym przez wykrochmalone ramię. Ukłonił się uprzejmie jakbym był co najmniej indyjskim radżą i wyszeptał czy może czymś służyć. Wyjaśniłem równie cicho, że mam tu rezerwację na tarasie więc przepchnął mnie między okrągłymi stolikami z szybami przykrywającymi cienkie obrusy na ich blatach. W sali głównej, przy jednym większym stoliku i kilku pojedynczych siedziało razem może z kilkanaście osób. Miękka, beżowa wykładzina w duże kwadraty miło łaskotała podeszwy moich butów. Gdybym faktycznie był radżą to bym kazał taką wyłożyć na podłodze mego haremu. Miło by było wytarzać się w niej będąc przygniatanym przez krągłości jakiejś matrony. Przeszliśmy koło ściany z mlecznego szkła, przed którą ktoś ustawił kolekcję kaktusów jakiej nie powstydziła by się średniej wielkości pustynia w Ameryce i wyszliśmy na wąską nitkę balkonu osłoniętego markizami w kremowo-zielone pasy. Powstawiano nań maleńkie, okrągłe stoliki i po trzy, lakierowane na biało, drewniane krzesła z prostymi prętami wprawionymi w półokrągłe oparcia. Przy każdym blacie dwa zawsze stały równolegle do cienkiego niczym kartka papieru ogrodzenia oddzielającego nas od przestrzeni Tauentzien Platz[2] na dole. Trzecie ustawiono pod kątem prostym co powodowało, że wkraczało ono na niezwykle wąską przestrzeń zarezerwowaną dla wprawnie manewrującej tacami nad głowami. Usiadłem przy drugim od wejścia stoliku i zanim zdążyłem wysupłać z paczki papierosa podstawiono mi ogień. Taki radża to ma dobrze. – Pomyślałem wciągając pierwszy, szczypiący haust do płuc. Zamówiłem herbatę i czekałem kontemplując rozległy widok rozciągający się u mych stóp. Nie pozostało mi nic innego. Słońce zagościło na mocno już granatowym niebie wysyłając w moim kierunku ostatnie ogrzewcze promienie. Zrobiło mi się błogo.
