Od dawna chciałem to zrobić – 3

Kategoria: Opowiadania

Tak jak obiecałem Saalowi wczoraj, na dworcu zjawiłem się punktualnie. Zostawiłem wóz na parkingu przed bocznym wejściem do tunelu pod peronami i pognałem wprost w objęcia podziemi. Zacinała lekka mżawka więc nie specjalnie zdążyłem zmoknąć, ale chłód dostał się pod postawiony do pionu kołnierz płaszcza co wywołało u mnie dreszcze. Nie lubię deszczu więc cieszyłem się, że perony mieliśmy tutaj zadaszone. Dawało to nadzieję, że i wiatr będzie mniej dokuczliwy. Zegar zawieszony nad wejściem wskazywał dokładnie pół do dwunastej. Rozpierała mnie duma z powodu punktualności. Granitowe progi schodów pokonywałem po dwa. Przyklejony do, kafelkowanej kremowymi kwadratami, ściany mijałem licznych podróżnych zmierzających w dół. Niemal wszyscy byli obarczeni pakunkami, walizkami i plecakami. Na trzeci peron musiał wjechać właśnie jakiś pociąg bo cisnąca się ciżba wypełniała prawie całą szerokość przejścia. Trochę się porozpychałem i w końcu zdobyłem bramę zamontowaną nad szczytem schodów informującą podróżnych białą tablicą, na który peron zmierzają.

Nie zdawałem sobie sprawy, że Hannsman. jest tak wysoki. Gdy odkleił się od swojego fotela, pozostawionego w hotelu, okazało się, że przynajmniej o pół głowy przewyższa wszystkich podróżnych w nieładzie wysypujących się z długiego sznura oliwkowych boczniaków. Chorągiew jego twarzy dała mi znak gdzie mam szukać filmowców więc tam skierowałem swoje kroki. Okupowali półokrągły, granitowy blat kiosku w kształcie nadbudówki okrętu podwodnego, który stał przy zachodnim zejściu do podziemi. Brakowało tylko typowo okrętowych bulajów. Dostępne, zamiast nich, okna witryny oferowały podróżnym niezliczone gazety, marki papierosów, drobne upominki i przekąski powtykane w druciane uchwyty. W niewielkiej przestrzeni uchylonego okienka dostrzegłem obszerną sprzedawczynię, która właśnie podawała Saalowi trzy ciemne butelki piwa. Podszedłem do nich i przywitałem się podając uprzejmie dłoń każdemu po kolei. Büsche, odziany wciąż w ten swój błękitny garniak, jedną z butelek wcisnął w moją rękę i reżyser musiał nachylić się do okienka po raz kolejny. Zamówił też następną porcję, którą zapakował do trzymanej w ręku skórzanej teczki ze stalowymi okuciami na rogach. Oparłem się o stojący tuż obok słup, na którego szczycie zamocowano tabliczkę okoloną filigranowym stelażem. Informowała, że wprawiona w bruk peronu pompa stojąca krok dalej dostarcza wodę całkiem zdatną do picia. Uwierzyłem jej na słowo.

– Jak nastroje? – Zapytałem nie wiedząc w jaki sposób rozpocząć konwersację. Wydawali mi się nieco przygaszeni. Jakby zgubili coś ważnego i pomimo intensywnych poszukiwań nie byli w stanie tego zlokalizować.

– Bywało lepiej. – Büsche niemal nie oderwał ust od szyjki. Saal z przesadną dbałością o symetrię ustawił sobie teczkę między nogami, a Hannsman był nieobecny. Unosząc wysoko głowę obserwował przeganiające się z miejsca na miejsce gołębie, które hasały pod sklepieniem dachu wspartego na plątaninie stalowych wsporników. Gdzieś w oddali zagwizdał przeciągle parowóz. Skład, który przyjechał gdy wchodziłem na peron zbierał się do odjazdu. Obsługa zamykała wszystkie pootwierane drzwi i po chwili, na znak uniesionej w górę chorągiewki, odjechał w kierunku grupy torów postojowych.

– Macie kasę? – Zwróciłem się do Saala. Ten bez słowa poklepał się po piersi kiwając głową. Peron powoli opróżniał się z ludzi i zostaliśmy sami. Jedynie kawałek bliżej granitowych schodów prowadzących do głównego przejścia podziemnego stała starsza pani w powłóczystej, czarnej sukni z falbanką zakrywającą kostkę. Na ramionach miała narzucone niewielkie futerko. Wypatrywała kogoś intensywnie na dole. Służąca zatopiona w lekturze podniszczonej książki w miękkiej, taniej oprawie siedziała na skórzanej walizce opodal. Kawałek dalej, wokół swojej bony skakał żwawy chłopiec o ciemnych lokach.

– W sumie to nie wiem po co nas tu tyle. Nie sądzicie, że wystarczyłbym sam?

– I tak nie mamy co robić więc mała wycieczka dobrze nam zrobi. – Saal jako jedyny zabrał głos odpowiadając na moje pytanie. W zasadzie trudno się z nim było nie zgodzić. Z pewnością ich organizmy wymagały przerwy w notorycznym dewastowaniu przeróżnej maści używkami. Choć muszę przyznać, że od samego początku nie bardzo mi się podoba forma załatwienia przez nich sprawy. Chciałem dać temu wyraz, ale zdaje się, że lepiej by było gdybym się w ogóle nie odzywał, gdyż i tak wiele nie miałem tutaj do powiedzenia. Wyjazd w tak licznym gronie i w takim celu też był moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. Zacząłem się zastanawiać jaki cel przyświecał im w wynajęciu mojej skromnej osoby do tej roboty. Na nic nie miałem wpływu, za nic nie byłem odpowiedzialny. Dziwne to było uczucie. Ale być może będą to najłatwiej zarobione przeze mnie pieniądze w życiu? Siedziałem więc cicho.

Gdy tak w milczeniu poświęciłem się rozmyślaniom peron powoli zaczął zapełniać się pasażerami. Do damy w czerni dołączyła niewysoka dziewczyna o twarzy bardzo przypominającej rozdeptany naleśnik. Mógłbym się założyć, że jej tusza powodowała brak skali na wadze gdy próbowała ją ocenić. Musiała mieć wykupione dwa miejsca w przedziale aby posadzić na nich swój szeroki tyłek. Albo wręcz zarezerwowany osobny wagon. Bagażowy. Platform do składów osobowych raczej nie włączano. Odwróciłem się zniesmaczony. Z drewnianej budki dyżurnego peronowego, stojącej mniej więcej w połowie długości peronu, wyszedł zapięty pod szyję przedstawiciel DRG[1] z czymś co wyglądało jak duży lizak z białą tarczą i zielonym otokiem. W ręku trzymał jakieś urzędowe pisma i druki. Odniosłem wrażenie, że skinął głową w kierunku Saala. Pociąg musiał być już całkiem niedaleko. Nie myliłem się. Nie minęło pięć minut i z sykiem ulatującej z cylindrów pary oraz mlaskaniem skąpanych w smarze stawideł i wiązarów, powoli pod dach hali wtoczył się parowóz ciągnący za sobą sznur oliwkowych wagonów pulmanowskich. W drzwiach budki maszynisty stał umorusany palacz w niegdyś granatowym kombinezonie. Szczupaki[2] ociekały ze swych długich, szarych dachów wilgocią. Ich pęd powodował, że roztaczały przez to chmurę niewielkich kropelek wokoło. Spod lokomotywy zagwizdał układ hamulców ulatującym powietrzem i żeliwne klocki zostały dociśnięte do obręczy wydając jęczące brzmienie. Prędkość spadała równomiernie, bez szarpnięć czy zgrzytów, po czym poznać było doświadczonego maszynistę. Od monotonności reszty składu odciął się krwistoczerwony wagon restauracyjny z żółtymi napisami. Uciekł mi i schował się za plecami oczekujących pasażerów więc z trudem zdążyłem odczytać nazwę jego właściciela: „Mitropa”[3].

Zobacz także