Kategoria: Opowiadania
Siedziałem w obrotowym fotelu z nogami wyłożonymi na przykryty szybą blat biurka. Krople deszczu uderzające o blaszany parapet okna prowadzącego do studni podwórka powodowały u mnie senność. Wybitnie nie miałem dziś melodii do pracy. Nakryłem więc głowę płachtą rozpostartej gazety, z której krzyczał mały kuternoga, że żydowskie paszporty tracą ważność bez czerwonej pieczęci z literą „J”. Znudził mnie więc zamknąłem oczy. Zrobiło mi się błogo. Brakowało wyłącznie poduszki pod głową. Nie mam pojęcia ile trwał ten letarg. Może godzinę, może trzy. W każdym razie dzwoniący telefon, zanim przywrócił mnie do żywych spowodował, że strąciłem kubek z ołówkami, a gazeta sfrunęła ku podłodze niczym jakiś wielki, prehistoryczny ptak albo chiński latawiec bez wiatru. Przytknąłem słuchawkę do ucha i zanim zacząłem tradycyjną regułkę na przywitanie pokonał mnie oschły głos dobiegający z czyjejś przepitej gardzieli.
– Pan Knocke? – Zdążyłem jedynie chrząknąć na potwierdzenie. – Prywatny detektyw Knocke?
– Tak. Przy telefonie. Czym mogę służyć?
– Będzie mówił reżyser Eduard Saal. Przekazuję słuchawkę. – Coś zaszeleściło po drugiej stronie przewodu, a ja zmarszczyłem czoło w przeszukiwaniu pamięci i próbie przypomnienia sobie czy wymienione przed chwilą nazwisko powinno zrobić na mnie kolosalne wrażenie, czy raczej niekoniecznie. Po pewnym czasie sapania, trzasków i szurania w końcu zostałem zaszczycony:
– Panie Knocke. Liczę gorąco, że moje nazwisko nie jest panu obce. – Zawiesił głos w oczekiwaniu.
– Owszem. – Przytaknąłem gdyż w międzyczasie udało mi się skojarzyć je z twarzą dość znanego, jakiś czas temu, reżysera filmowego. Trafiło mnie, że czytałem ostatnio w którejś z gazet o jego obecności w Breslau z okazji kolejnej produkcji jaką tutaj realizuje. – W czym mogę pomóc?
– Byłby pan tak uprzejmy i mógłby się pofatygować tu do nas do hotelu Savoy[1]? Miałbym dla pana jedno małe zlecenie. Jeśli jest pan oczywiście zainteresowany pracą dla mnie.
– Nie mam aktualnie nic ważnego do roboty więc może się pan mnie spodziewać nawet za piętnaście minut, jeśli to nie problem. – Uznałem, że jakikolwiek pretekst do wyjścia z biura będzie lepszy od bezczynności.

– Doskonale. Czekam więc niecierpliwie. Ponieważ mamy całe piętro wynajęte to proszę zgłosić się na recepcji. Wprowadzą pana. Już daję im znać, że mają pana oczekiwać.
– Zbieram się więc. – Odłożyłem słuchawkę tak cicho jakby była ze szkła i bałbym się ją stłuc. Pracować dla kogoś z branży filmowej to byłoby coś. Jakby się jeszcze dało nakłonić tego Saala do wspomnienia tu i tam, że to właśnie ja dla niego pracuję to już do końca świata nie musiałbym cierpieć na brak zleceń. Uśmiechnąłem się do samego siebie i porwałem z wieszaka prochowiec oraz znoszone borsalino w kolorze zwiędłego liścia dębu. Do Savoy’a nie było daleko więc szalik pozostawiłem na haku.
Dobrze nasmarowane, ciężkie, drewniane drzwi z ogromnymi taflami szyb, prowadzące do hotelowego hallu, otworzył mi młody chłopak w wiśniowej marynarce ze stójką pod szyją. Jego szerokie usta układały się w uśmiech, który powodował, że mógłby jadać banany wkładając je sobie w poprzek, a nie wzdłuż. I wcale by mu nie zawadzały o kąciki. Hall nie robił na mnie wrażenia przytulnego pomimo intensywnych starań dekoratorów wnętrz. Masywne kolumny o kwadratowym przekroju swoimi żebrowanymi, pionowymi sztukateriami powodowały, że nawet wiele, grubych, miękkich dodatków i obfitych żyrandoli nie sprawiło aby całość wyglądała nawet odrobinę mniej ascetycznie. Pewną tego konsekwencją były krzesła, których kształty zawierały wyłącznie kąty proste. Panował tu niemożebny zaduch i ścisk. Wszelkie dostępne wolne miejsca zajmowali zmęczeni faceci w znoszonych marynarkach, z notesami w rękach i kartonikami licencji prasowych wetkniętymi za otoki kapeluszy. Ponieważ niedawno przestało padać ich ciała i ubrania parowały. Było prawie pewne, że zaraz zacznie się tu zbierać mgła. Przedarłem się przez ten tłumek i dobiłem do wysokiego kontuaru z polerowanego, czerwonego marmuru. Tuż obok głośno krzyczała śliczna, drobna dziewczyna z blond bubikopf’em[2] na głowie i kolczykami w kształcie kolorowych motyli. Żądała wpuszczenia na górę do pana von Hannsmana. Twierdziła, że jest jego dobrą znajomą i akurat ją, ten „powszechnie szanowany aktor”, na pewno przyjmie z niezwykłą rozkoszą. W rozkosz nie wątpiłem, ale to przyjęcie mogło być co najmniej utrudnione jeśli wzięło się pod uwagę opór obsługi hotelowej. Co za świat, wszystko kręci się wokół filmu, a ludzie małpiego rozumu dostają jak tylko uda im się znaleźć na jego orbicie. Nachyliłem się przez ladę do smutnego, małego facecika z wąsami jak u Clarka Gable, który przewracał od niechcenia jakieś papiery. Pasowały mu jak kurwie biały welon. Te wąsy oczywiście.
– Willi Knocke do pana Saala. – Szepnąłem mu do drobnego uszka. Spojrzał na mnie przekrwionymi oczami o bezrzęsnych powiekach. Przewrócił bladymi tęczówkami jakby był znudzony całą sytuacją i machnął na boya kręcącego się w okolicy popielnicy wielkości małego jeziora. Ten, gdy skończył wyrównywać w niej piasek za pomocą specjalnej tacki, przybył niespiesznie do nas i mały Gable wskazując na mnie odezwał się głosem cienkim jak bibułka:
– Zaprowadzisz tego pana pod dwunastkę. Turkowi powiesz, że był anonsowany i ma być wpuszczony na górę. Rozumiesz? – Chłopak skinął głową, odstawił narzędzia do wyrównywania popielnic, wsadził sobie w usta pogiętą wykałaczkę i skinął na mnie. – Chodź pan. – Ruszyłem posłusznie za nim.
Wspinając się na szerokie schody dobiegły mnie dźwięki narastającej awantury przy kontuarze gdyż panienka nie mogła przyjąć do wiadomości, że mnie na górę wprowadzono, a jej nie. Zignorowałem to bo na półpiętrze drogę zagrodził nam wielki facet o wąsach tak obszernych i gęstych, że do ich uporządkowania musiał co rano zużywać ciężarówkę pomady. Wciśnięty był w gładki, czarny garnitur z prawie przezroczystego materiału kiepskiej jakości. Ręce skrzyżowane trzymał na wydatnym brzuszysku, co powodowało, że wyglądał jak jeden z czterdziestu rozbójników. Tylko niestarannie zawiązany krawat nie wyglądał jak zakrzywiony saraceński miecz. W niedużym czako spoczywającym na jajowatej głowie sprawiał wrażenie faktycznie przedstawiciela narodu tureckiego, tym bardziej, że śniada cera, poprzetykana gdzieniegdzie ciemniejszymi plamkami mogła być uznana na pierwszy rzut oka za opaloną. Po bliższym przyjrzeniu traciło się to przekonanie na rzecz odrazy wobec pozostałości po ospie. Tuż nad butonierką przypiął sobie dumnie plakietkę z napisem: „Detektyw hotelowy”. Uchyliłem uprzejmie kapelusza, a on zaczął warknięciem – Coś za jeden?
– Wilhelm Knocke, do pana Saala. Byłem anonsowany. – Ubiegłem boya w wyjaśnieniach. Turek spojrzał na niego swoimi czarnymi jak smoła oczami. Młody skinął na potwierdzenie i grubas przesunął się o pół kroku w bok. Zasapał się przy tym jak zdezelowany parowóz tuż przed złomowaniem. W postawionej przestrzeni ledwo zdołaliśmy się zmieścić. Po dotarciu na piętro ruszyliśmy po prążkowanym dywanie korytarzem po którego obu stronach były drzwi do numerów. Niektóre z nich były pootwierane, a między nimi kręciło się kilka osób. Bębenki w uszach atakowały skoczne dźwięki puszczonego na cały regulator radia. Akurat ekipa Otto Stenzla wytrąbiała „Wo die Stranpromenade zu Ende Geht”. Ująłem boya za ramię i skinieniem głowy zwolniłem z obowiązku odprowadzenia mnie do samych drzwi. Żadnych słów w tym hałasie i tak by nie usłyszał. Zawrócił w miejscu bez sprzeciwu. Ruszyłem dalej przekraczając jakąś podstarzałą kobiecinę w kapeluszu z pawimi piórami, która zalana w trupa pół siedziała, pół leżała pod ścianą. Jej nogi szeroko rozłożone na boki obejmowały udami pustą butelkę. Rozerwana sukienka sprawiała, że można się było zapoznać z jej staromodnymi majtkami sięgającymi prawie kolan. Tuż obok facet w pidżamie w czerwone słonie zaciągał się dymem ze skręta prawie tak grubego jak moje udo. Zanim go minąłem zdążył poczerwienieć na twarzy. Przestraszyłem się, że w tym narkotycznym zapamiętaniu jego łeb eksploduje uwalniając zgromadzony we wnętrzu opar. Z pokoju po prawej wyszła dziewczyna w samym gorsecie, koronkowych, czarnych majtkach i rajstopach. Niosła srebrną tacę z pojemnikiem na lód. W środku schładzała się butelka szampana. Inną tacę oblegało trzech młodych, pryszczatych jeszcze, wyrostków w lśniących, czarnych garniturach z lśniącymi wyłogami. Kłębili się wokół stolika stojącego przy załomie muru. Wyglądali jak bliźniacy w jednakowych fryzurach starannie zalizanych do tyłu. Wspólnie też raczyli się rozsypanym białym proszkiem wciągając go do nosów przez zwinięty w rurkę banknot dwudziestomarkowy. Smutne, że niektórzy za taką kwotę muszą przetrwać cały tydzień. Dziewczyna ruszyła w kierunku otwartych na oścież dwuskrzydłowych drzwi wprawionych w ścianę na samym końcu korytarza. Dopiero idąc krok w krok za nią dotarłem do ich progu i zdołałem dostrzec przybitą tu dwunastkę. Niepewnie wszedłem do środka. Na foteliku z cienkim oparciem stojącym pod oknem leżał rozwalony facet w atłasowym szlafroku o czerwonych lamówkach i puchatych kapciach rodem z jakiejś dziecięcej bajki. Miał zamknięte oczy i sprawiał wrażenie martwego. Prawe przedramię miał zawinięte w biel gipsu sięgającego od nadgarstka powyżej łokcia. Przy stojącym po lewej dużym barku z marmurowym blatem stał drugi facet. Ten wpasował się w jasny, błękitny garnitur z fularem starannie zawiązanym pod szyją. Mieszał jakiegoś drinka. Gdy skończył, wziął szklankę z grubego, rżniętego szkła i wyszedł bez słowa przez kolejne dwuskrzydłowe, rozsuwane drzwi prowadzące do sypialni po lewej. Usiadł na łóżku tuż obok śpiącej tam, chrapiącej głośno, dziewczyny z nagimi plecami. Sięgnął po słuchawkę rozłożonego na nocnej szafce telefonu i rozpoczął nakręcanie numeru. W salonie zaś, pod wiszącym po prawej lustrem, ustawiono sofę, którą w większości zajmował facet z wąsami a’la Chaplin, ale o przynajmniej trzy razy większej objętości organizmu. Ciemnogranatowa marynarka, z której z trudem można by wykroić mały spadochron, zalegała na oparciu, a z obszernych, oblepiających go spodni wyrastały szelki gotowe w sam raz na linę cumowniczą Titanica. Czarna koszula rozpięta pod szyją ukazywała małe, kręcone włoski na piersi, a podwinięte rękawy skrywały mocne ramiona zakropione kolejną porcją futra. Przestraszyłem się, że gdyby zdjął to co ma na sobie, mógłby uchodzić za jakieś archaiczne zwierze, w niewielkim tylko stopniu skrzyżowane z człowiekiem. Na sztywnym oparciu sofy siedziała dziewczyna o jasnej cerze i starannie wyskubanych brwiach, owinięta futrem z jasnego lisa. W jednej ręce trzymała wysoką szklankę z przezroczystym płynem i kostką lodu. Paliła papierosa osadzonego w długiej, porcelanowej, ręcznie zdobionej kwiatami, lufce. Przed nią, na niskim stoliczku ze szklanym blatem, stała puszka Laurensów[3]. Idące przede mną dziewczę niosące tacę postawiło ją obok ukazując swe kształtne pośladki, gdyż nie zgięło nóg w kolanach. Zasadniczo nie miał bym nic naprzeciw gdyby dane mi było zawrzeć z nimi bliższą znajomość. Z pośladkami ma się rozumieć. Musiałem jednak poświęcić się czynnościom służbowym, dla których mnie tu sprowadzono. Wydobyłem z wewnętrznej kieszeni wizytówkę i zastukałem jej krawędzią w drzwi.