Kłamałem… – 7

Kategoria: Opowiadania

Bilke zderzył się z tramwajem. To było proste. Tylko jakim i gdzie? Niewiele linii przekraczało Oder[1] tak aby można było na nie najechać gdzieś nad wodą. Praktycznie w grę wchodziła czternastka i dwadzieścia cztery, które jeżdżą przez Hindenburg Brücke[2] do pętli przy Heinrich von Korn Straβe[3] oraz piętnastka jadąca do cmentarza miejskiego przy Oswitzer Straβe[4]. Obsługa tych linii odbywała się z dużej zajezdni przy Weisenburger Straβe[5]. Koniecznie musiałem pogadać z kimś kto zajmuje się tam malowaniem wozów.

Jadąc od południa, minąwszy kamienicę gdzie mieszkała niesławna Lola, z której majtek tak niefortunnie wyprowadzał się Hans Gittman, skręciłem w lewo i po jakichś dwustu metrach zatrzymałem opla niemal naprzeciw szerokiej bramy wjazdowej. Przecinały ją cztery nitki połyskujących w słońcu szyn tramwajowych przecinających chodnik. Szerokie, obite blachą skrzydła rozwarto zapraszająco więc skorzystałem i wszedłem na duży plac manewrowy. Ażurowe słupy sieci trakcyjnej udające drzewa, wyrastały ze skąpanego w ostatnim ciepłym słońcu bruku, ułożonego z dokładnie dopasowanych granitowych kostek. Nikt na mnie nie wołał. Sielanka. Kręciło się tu paru facetów w granatowych, roboczych portkach i podkasanych rękawach. Nie zwracali jednak na mnie specjalnie uwagi. Minąłem, rozłożony na ubitej ziemi po prawej, magazyn akcesoriów torowych oraz elementów słupów podtrzymujących sieć trakcyjną i ruszyłem ku nowoczesnej bryle hali postojowej. Równo poukładane w pryzmy szyny, podkładki, uchwyty i wszelkiej maści inne detale tramwajowego świata sprawiały wrażenie jakby tu przyszły na defiladę. Spomiędzy rozchylonych drzwi sięgających wysoko, aż ponad druty trakcji wystawał przód gospodarczej Beroliny[6] z otwartym pomostem, pod którym ktoś rozłożył jakąś szmatę i próbował się tam wczołgać. Żarłoczny tramwaj sprawił, że wystawały tylko nogi w podkutych trzewikach roboczych z grubej, czarnej skóry. Podszedłem i z uprzejmością lekko wnerwionego tygrysa szturchnąłem w wystający but.

– Co?

– Lakiernika szukam.

– Coś za jeden? – spod wozu wynurzył się umorusany niczym górnik dołowy facet w okolicy sześćdziesiątki. Jego skóra wyglądała na doskonale zakonserwowaną stałą pracą na świeżym powietrzu. Lekko przyprószone siwizną krótkie włoski były równo przycięte na całej powierzchni głowy, a lekkie załamania skóry w okolicy oczu spodobać by się mogły niejednej kobiecie. Jeśli bowiem się akurat nie uśmiechał można było stwierdzić jak mocno jest opalony. Wnętrza tych szczelin było znacznie jaśniejsze. Spojrzał na mnie lekceważąco swymi przenikliwymi oczami o tak intensywnie niebieskiej barwie, że pomyślałem iż stoję nad brzegiem najczystszego jeziora Alp.

– Lakiernika szukam – powtórzyłem starając się zachować spokój.

– To już wiem. Pytam coś za jeden, boś jest tu obcy. Wlazłeś jak do siebie i myślisz, że każdy ci tera czerwony dywan rozwinie?

– Sprawę mam. Szukam uszkodzonego wozu.

– A co? Odszkodowanie jest do wzięcia?

– Noooo…

– Panie, tu co tydzień jakiś wóz jest uszkodzony – machnął ręką od niechcenia.

– Tak że go malować trzeba?

– No aż tak to nie każdy – uśmiechnął się, a ja podałem mu dłoń i facet podniósł się najpierw na kolana, potem je wyprostował i otrzepał. – Palisz pan co?

Podałem mu pudełko Pall Mall’i, które wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wydłubał sobie jednego i wepchnął za ucho po czym otarł dłonie o piersi. Rozklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Sięgnąłem więc po swoją aby przypalić zarówno jemu jak i sobie.

– Szukam kogoś kto mi będzie w stanie wskazać motorowego co to jakieś dwa miesiące temu został uderzony z boku przez ciężarówkę Klockner-Deutz’a malowaną na szary, wojskowy kolor[7]. W nocy to było. Ciemno znaczy się.

– Panie, mówiłem już. Tu nie ma tygodnia aby który wóz nie dostał. Nie wszystkie do malowania idą od razu bo byśmy na farbę nie wyrobili. Ja tu tylko mechanikę robię. Chodź pan, pójdziemy do dyżurki. Może tam coś będą wiedzieć.

Poprowadził mnie starannie wysprzątaną halą, między zatopionymi w betonie szynami, kanałami rewizyjnymi przykrytymi grubymi na dłoń deskami i masywnymi, betonowymi słupami. Minęliśmy dwie odstawione letnie doczepy, kilka pantografów opartych o ścianę i z dwa tuziny tablic kierunkowych zawieszonych na hakach po lewej . Drzwi do pomieszczeń socjalnych były zapraszająco otwarte na oścież, ale facet zatrzymał mnie dłonią uniesioną do pionu.

– Czekaj pan tu – rzucając niedopałek w szczelinę między szynami sam ruszył dalej, mnie zaś owinęła brutalna wymiana zdań okraszona dosadnie słowami, których bałbym się użyć w obecności rodziców jeszcze pięć lat temu. Ktoś kogoś rugał od najgorszych absolutnie nie przejmując się żadnymi konwenansami. Fontanna wyzwisk zatrzymała się w pół zdania. Widocznie mój przewodnik znalazł się w jej zasięgu. Przestraszyłem się, że dostanie rykoszetem i nie będę miał już z niego pożytku. Wrócił jednak po chwili, a symfonia ponownie urosła do swojej poprzedniej normy.

– Musimy poczekać. Szef rypie czwórkę bo mu nie dowieźli zestawów kołowych.

– Czwórkę? – aż tak zaznajomiony z nomenklaturą tramwajową nie byłem.

– Zajezdnia przy Straβe der SA[8] ma numer cztery.

– Aaaa – podałem mu raz jeszcze pudełko, z którego skorzystał ochoczo jednego wsadzając sobie do ust, a drugiego za ucho. Uznałem, że taka inwestycja może się opłacić więc nie oponowałem. Dorzuciłem napiwek w postaci zapalniczki. – Myślałem, że macie tu zimniej. Na dworze będzie jakieś pięć stopni, a tu rozbierać się można.

– Popracuj pan z narzędziami w ręku dziesięć godzin to będziesz pan inaczej śpiewał.

– No tak. Ma pan rację – wulkaniczna erupcja wyzwisk umilkła. Wieszczyło to rychłe przybycie chmury gradowej.

Nie myliłem się. Po chwili wyszedł do nas niski, przysadzisty jegomość ze znoszonym melonikiem na niewielkiej głowie o kształcie zbliżonym do idealnej kuli. Miał na sobie białą koszulę z odpinanym kołnierzykiem oraz kamizelkę z grubego, czarnego materiału, z którego mógłbym zrobić sobie namiot i zamieszkać w nim w zimie na śniegu. Bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu. I znalazłoby się w nim odrobina miejsca dla mojego samochodu. Zamiast krawata, pod szyją miał zawiązane coś co na pierwszy rzut oka przypominało wyciągniętego z wody i wypatroszonego węgorza na diecie.

– Sie sind mir auf den Sack gegangen…[9] Dawaj szluga – zwrócił się do mojego kompana, ale to ja podałem mu palenie wraz z ogniem. Zdaje się, że po dzisiejszym dniu będę musiał uzupełnić zawartość pudełka. Przypalił i odchyliwszy się na piętach do tyłu długo delektował się smakiem tytoniu. – Czego chcieliście? – odezwał się w chwili kiedy już straciłem nadzieję, że będzie to w stanie kiedykolwiek uczynić.

– Ten facet szuka lakiernika – zostałem wskazany kciukiem.

– W celu?

– W celu znalezienia wozu, co to jakieś dwa miesiące temu został trafiony przez ciężarówkę Klocknera – powtórzyłem swoją regułkę.

– Kiedy, mówisz pan? – podrapał się po potylicy zsuwając melonik na czoło.

– Jakoś przed piątym września. Zjeżdżała z góry. Po deszczu było. Szofer nie wyhamował i trafił w jeden z waszych wozów. Dogadał się z motorowym, dał mu kasę i się rozjechali w zgodzie.

– We wrześniu, powiadasz pan… – mały karakan ciągle bujając się na piętach pokręcił papierosem między palcami. Pstryknął nim do stojącego przy ścianie wiadra z sypkim piaskiem do piasecznic. – Daj pan jeszcze jednego.

– Scheiβe[10]. Nie macie własnych?

– Mamy, ale to pan coś chcesz od nas więc możesz się pan poświęcić. – Niemo przyznałem mu rację. Miałem tylko nadzieję, że siła napędowa i sprawcza zawartości niebieskiego pudełka za szybko się nie skończy.

– To gdzieś nad wodą było – dorzuciłem kolejny szczegół.

– Jak, nad wodą? Nasze wozy to nie kaczki.

– Wiem, ale od miejsca gdzie to się stało nie mogło być daleko do wody.

– Oder znaczy?

– Tak sądzę.

– Patrzcie go: tak sądzi! – zakpił ze mnie mały człowieczek, którego miałem coraz większą ochotę wziąć na obcasy. Zamilkł. – Nie – uzupełnił po głębszym namyśle. – Nic takiego u nas nie miało miejsca. We wrześniu malowałem dwa wozy, ale jeden wyskoczył nam tutaj na zajezdni bo motorowy za szybko wziął nawrót, a drugi wpadł na omnibus[11] przy Kleinbahnhof[12]. Więc to chyba nie bardzo pasuje do pańskich wymagań.

– Nie bardzo – zmartwiłem się przyznając mu rację.

– Ejże! – ożywił się jednak jakby mu się coś przypomniało. – Czekaj pan. Coś sprawdzę – odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Słychać było, że znów klnie jak szewc. Szczęknęła rzucona na widełki słuchawka.

– Chodź pan – wrócił do nas pełen energii. Popatrzyłem na mojego przewodnika, ale ten skinął tylko głową na zachętę więc nie pozostało mi nic innego jak udać się w ślad za właścicielem melonika, który bardzo zwinnie potrafił używać języka ojczystego, w zakresie którego nie powstydziłby się najbardziej zdeprawowany recydywista. Wyszliśmy na zewnątrz przez dwuskrzydłowe drzwi malowane na brązowo. Tuż za nimi rozejrzał się przezornie czy nic nie jedzie na torze ułożonym równolegle do ściany i ruszyliśmy w prawo.

– Byłem tydzień temu na piwie z dyspozytorem z trójki.

– Trójka, czwórka, zaczynam się gubić – nasze kroki głośno odcinały się od ciasnych przejść między halami, ceglanymi murkami i ścianami sąsiednich kamienic, którymi wędrowaliśmy.

– Każda zajezdnia ma swój numer. Sporo ich to mają numery. Ta nasza, z wjazdem od Weisenburger Straβe, ma numer dwa, ta obok, z wjazdem od Trebnitzer Platz[13] ma numer trzy. Oni obsługują piętnastkę. Między innymi.

– I co z tym dyspozytorem?

– Wspominał mi, że jakiś czas temu motorowy odstawił wóz nic nie mówiąc, że go ktoś zatarł. Zanim się zorientowali to była już północ i żeby zdążyć na rano musieli walczyć z nim całą noc. Były wtedy jakieś atrakcje na mieście więc podwajali obsadę linii i każdy wóz im był potrzebny. Nawet dwa od nas pożyczali bo rezerwę mieli niewystarczającą.

– No i?

– No i wściekły był. Musiał do jego pomalowania dwóch ludzi dać aż do samego rana.

– Pomalowali? – skręciliśmy w niezwykle wąskie przejście między jakimiś składami, garażami czy magazynami, a zbudowaną z brudnej cegły ścianą hali postojowej kolejnej zajezdni. Miała stelaż ze stalowych dźwigarów, które wyglądały jak szyny kolejowe ustawione na sztorc i bardzo dużo wysokich okien z mnóstwem małych, zakurzonych szybek. W środku widać było za nimi jakiś wagon. Deptaliśmy po śliskiej i lepkiej glinie wypełniającej każdy zakamarek bruku. Liczne plamy oliwy, smarów poprzetykane kolorowymi kałużami, wypełniały bowiem niemal całą szerokość przejścia. Nad głowami zwieszał się cały las drutów. Trakcyjny był jeden bo też i jeden tor zmieścił się wzdłuż ściany. Za to powyżej, na osobnych stelażach, rozwieszono mnóstwo przewodów telegraficznych, telefonicznych i zasilających lampy mające w nocy oświetlać to miejsce. W oddali zamajaczył spadzisty dach jakiegoś budynku z wysokim kominem, zza którego wystawała wieża przytułku fundacji Claassena[14].

Zobacz także