Kategoria: Opowiadania
Musiałem przejechać niemal przez całe miasto z północy na południe. Tuż przed Hauptbahnhof, pod wiaduktem kolejowym trafiłem na zator. Noga za nogą wlokła się jakaś kolumna wojskowa, ale nie było słychać żadnej orkiestry więc nie była to oficjalna atrakcja dnia. Pstrokatą kawalkadą pojazdów wjechaliśmy na Lohe Straβe[1] w takim tempie, że nawet rowerzyści bez trudu sforowali się do przodu. Sznur samochodów musiał jednak jechać bardzo powoli bo wyprzedzić ich się nie dało. Z przeciwka permanentnie coś nadjeżdżało, albo taksówka, albo tramwaj, albo ciężarówka ze spóźnioną dostawą. Wszyscy trąbili przeciągle i rzucali wyzwiskami przez okna, wygrażając przy okazji pięściami uniesionymi nad dachami samochodów. Moja cierpliwość skończyła się gdy między kamienicami Nachod Straβe[2] dostrzegłem strzelistą wieżę St. Salvator Kirche[3]. Z piskiem opon skręciłem w prawo i zaraz w lewo by przez Neudorf[4] dotrzeć do Augusta. Tu, przepuszczając wóz asenizacyjny Mercedesa ze spłaszczoną beczką na grzbiecie oraz kołami z lanych z gumy opon, skręciłem w lewo i dojechałem prawie do skrzyżowania z Lohe, przez którą wciąż leniwie przelewała się kawalkada trąbiących pojazdów. Mój cel był po lewej, północnej, stronie ulicy, drugi od skrzyżowania. Zaparkowałem pod wydatnym balkonem zajmującym niemal połowę szerokości kamienicy. Gdzieś wyżej powierzchnię podłogi obficie spłukiwała wodą paniusia w koronkowym czepku na głowie. Z niewykręconej szmaty lało się fontanną i trafiało wprost na trotuar. Odczekałem w wozie kilka chwil, aby mnie ominęła ta wątpliwa przyjemność. Niebo zaszło ciemnymi, szarymi chmurami. Był to moment w sam raz na zebranie myśli i wypalenie papierosa. Chodnik pomiędzy pralnią po lewej, a zakładem szewskim pana Gottlieba Wagnera po prawej, zamiatał wąsaty cieć w zakurzonym płaszczu z dawno nie pranej flaneli. Uchyliłem okienko aby wydmuchiwać dym i to go zwabiło.
