Kategoria: Opowiadania
Zarozumialec próbował nadążyć za mną na klatce, ale przeskakiwałem po dwa stopnie więc nie bardzo mu to wychodziło. Najwyraźniej arystokratom nie wolno korzystać w taki sposób ze schodów. Z dziką satysfakcją, na sam koniec, bezczelnie zatrzasnąłem mu drzwi na Zwinger Platz[1] przed samym nosem. Nasuwałem właśnie rękawiczki stojąc po środku trotuaru gdy on pokonał niesforną klamkę z zacinającym się zamkiem. Wyszedł na zewnątrz, prychnął jak kocur bez jąder i skomplikowanym gestem przywołał słusznej wagi szofera, który w zielonym, sukiennym mundurze podpierał wyoblony błotnik wielkiej limuzyny Horcha cumującej przy krawężniku. Chłopak zerwał się i otworzył usłużnie drzwiczki prowadzące do tylnej kanapy, na którą wtoczył się Hauptmann. Nie czekając na rozwój wypadków wprowadziłem się na miejsce pasażera przy kierowcy i zatrzasnąłem od środka aby mnie za mocno nie zdewastowały igiełki chłodu rozbestwione na dworze. Nie padało, ale zimne powietrze jakie zwiastowało nadchodzącą zimę było niezwykle dojmujące. Kierowca obiegł wóz, co zajęło mu nieco więcej czasu niż Jessiemu Owensowi[2] pokonanie stu metrów, i wturlał się za czarną, mahoniową obręcz kierownicy. Spojrzał na mnie po przyjacielsku wciskając przycisk startera. Jeśli silnik ożył to nic o tym nie wiedziałem. Przygazował, wbił pierwszy bieg i z dostojnością wycieczkowca Kraft durch Freude[3] odbiliśmy od krawężnika. Zakołysało delikatnie na boki kiedy leniwie włączaliśmy się w ruch Schweidnitzer Straβe[4] kierując się na północ. Odruchowo rozejrzałem się za jakąś szalupą czy kołem ratunkowym.
– To Horch 670? – zagadnąłem.
– Tak. Karoseria pullman limusine – wycharczał jakby miał permanentną awarię migdałków. Dopiero po chwili dostrzegłem na jego szyli, tuż nad litzenami[5], jakąś szeroką bliznę.
– Verdammtes Arschloch[6].
– Dwanaście cylindrów, sześć litrów pojemności. Jest się czym wozić – uśmiechnął się przyjaźnie.
– Jak przyciśniesz mocniej to rwie papę z dachu i trzeba się za beret na łbie trzymać?
– Patrz i podziwiaj… – dodał gazu, a ciężki , szeroki tył zarzuciło tak, że przez moment jechaliśmy niemal bokiem. Bez trudu zdołałem z tłumu przechodniów wyłowić przerażone oczęta jejmości z gatunku tych co to trzeba je od nakrytego stołu odrywać buldożerem. Akurat wpatrywała się w jakąś przesadnie wystrojoną girlandami wędlin witrynę na wysokości Gerstelhaus[7] gdy ryk silnika zmusił ją do obejrzenia się za siebie. Faktycznie moc robiła wrażenie nie mniejsze niż opanowanie przez szofera potęgi silnika. Spojrzał na mnie ponad pagonem felwebla[8] z niejaką wyższością. Miał do niej prawo. Mój opel mógł w tym towarzystwie służyć za podnóżek. W szybę za nami zastukał kłykciem von Stromheimer.
– Wierzę, że to przez przypadek.

– Jawohl Herr Hauptmann! – potwierdził poharatany młodzian zza kierownicy i skoncentrował się na przebiciu się przez zatłoczone skrzyżowanie z Ohlauer[9]. Akurat wyłączono sygnalizator ze światłami dyndający ponad siecią trakcyjną dla tramwajów. Ktoś, korzystając z samochodowego podnośnika, wieszał na drutach kolejne porcje czerwonych flag z połamanymi krzyżami.
– Dokąd jedziemy? – zwróciłem się przez plecy do mumii, którą wieźliśmy w szklanej witrynie.
– Zobaczy pan.
– Tajemniczy niczym pieprzona Mata Hari – zakpiłem wydymając usta.
– Słucham?
– Nic szczególnego – odwróciłem się aby kontemplować mijane elewacje wysokich kamienic zwieszające się szponami balkonów nad wąskim wąwozem ulicy.