Kategoria: Opowiadania
Poranne igraszki z Gretą wyszły mi na zdrowie o tyle, że wykorzystałem ją jeszcze niecnie w sposób przybliżający mnie do rozwiązania zagadki zniknięcia pana Klinnera. Gdyby nie ona, nie byłbym w stanie dostać się do mieszkania Bilkego. Na szczęście udało się, a ta eskapada mocno posunęła mnie do przodu. Po wszystkim odwiozłem ją pod dom udając szofera generała. Żałowałem tylko, że nie byłem w stanie nakłonić jej na pożegnalnego buziaka. Na całe szczęście nie miała nic naprzeciw abym w czasie jazdy trzymał wolną, od zmieniania biegów, dłoń na jej kolanie. Wzbraniała się tylko strasznie przed wręczeniem dwudziestu marek, o których wspominała przez telefon. Uznałem jednak, że jeśli cała bajka ma mieć znamiona prawdy, to powinna je ode mnie dostać. Bynajmniej wcale nie dlatego, że za usługi seksualne przyzwyczaiłem się płacić. Nic z tych rzeczy. Nie chciałem aby miała przeze mnie jakiekolwiek kłopoty więc uznałem, że tak będzie po prostu lepiej. Oczywiście zakupioną u Bilkego bieliznę zostawiła na tylnym siedzeniu mojego wozu. Stwierdziła, że będzie musiała wymyślić jakiś pretekst aby bez podejrzeń męża przynieść ją do domu. To dawało nadzieję, że będę miał okazję ją jeszcze kiedyś zobaczyć.
Było już dobrze po południu gdy podjechałem na Zwinger Platz[1]. Pod drzwiami biura czekała brązowa koperta z legitymacją. Rozerwałem ją i przyjrzałem się zdjęciu. Moja gęba nigdy mi do munduru nie pasowała, ale ktoś zadał sobie całkiem sporo trudu aby wyretuszować zdjęcie jakie ode mnie dostali i wkleić je w podobiznę jakiegoś hauptmanna. Nie wyglądało to najgorzej w tym znaczeniu, że ktoś się mocno postarał aby dobrać podobne do siebie ujęcia jeśli idzie o światło i cienie. Od kiedy przestałem być policjantem nabrałem jakiegoś rodzaju alergii na wszelkiego typu stroje formalne. Może kiedyś mi przejdzie. Kartonik wsunięty był w plastikową oprawkę z celuloidowym okienkiem tak że można było go dokładnie obejrzeć z każdej strony i nie był narażony na zniszczenie. Umieściłem go w wewnętrznej kieszeni płaszcza, zamknąłem drzwi za sobą i pomaszerowałem w kierunku Schuhbrücke. Do barbiera nie miałem daleko więc wóz został na swoim miejscu, a że z niskich chmur nic nie miało ochoty padać uznałem, że dobrze będzie zrobić kilka kroków pieszo. W ostatniej chwili coś mi jednak podpowiedziało, że dobrym pomysłem będzie zabranie ze sobą parasola.
Do pokonania miałem nędzny, stary dziedziniec na zapleczu palarni kawy Stieblera[2], brukowany kocimi łbami pamiętającymi jeszcze oblężenie Breslau przez francuzów oraz podwórko obskurnej kamienicy przy Kleine Groschen Gasse[3]. Nie minęło jednak dziesięć minut gdy zatrzymałem się naprzeciw nowoczesnego, przeszklonego jak akwarium, domu handlowego Petersdorffa[4]. Wsparty łokciem o słup ze znakiem zakazu parkowania zapaliłem papierosa i czekałem. Do szesnastej brakowało jeszcze dziesięć minut i bardzo chciałem aby pani generałowa nie miała w zwyczaju przychodzić przed czasem. Ruch panował całkiem spory. Co chwilę musiałem ustępować miejsca jakiemuś przechodniowi. A to wychudzony młodzian biegł ze spiętymi skórzanym paskiem książkami przerzuconymi przez ramię, a to jakaś matrona wyprowadzała wyleniałego kundla na spacer, a to obwieszony tablicami reklamowymi bezrobotny dorabiał do darmowej zupy. Dwa razy podszedł do mnie jakiś penner[5]. Posłałem go w krótkich słowach do wszystkich diabłów więc przeszedł na drugą stronę ulicy i zaczął polowanie przy wielkich oknach wystawowych skrytych w cieniu wysuniętego nieco poza obrys całego budynku pierwszego piętra. Pech chciał, że nad moją głową kusząco zwieszał się okrągły szyld małej piwiarni serwującej całą gamę produktów koncernu Schutlheissa. Zajrzałem tam przez wąskie okno sięgające od sufitu do wysokiej podłogi, co wypadało mniej więcej na poziomie mojego pasa. Ponieważ do środka wchodziło się po czterech wydeptanych schodkach pozbawionych farby widziałem tylko nogi gości siedzących przy blatach wprawionych w ściany. Dla lepszego opanowania w trakcie trudnej, jak się spodziewałem, rozmowy z panią generałową stwierdziłem, że bezpieczniej będzie jak ograniczę się do kawy. Niestety żaden z okolicznych lokali serwujących ten napój nie chciał mieć witryny z widokiem na przybytek pana Kwoitka. Musiałem zatem wziąć się w garść.

Nowe dzwony zawieszone na szczycie wież Maria Magdalena Kirche[6] wybiły cztery razy. Chwilę później przed znakiem zatrzymała się czarna taksówka, a szofer na wąski chodnik wyprowadził mój cel. Miała na sobie szykowne, białe futro i kapelusz wielkości całkiem sporej miski na pranie. Spod zwierzaka wystawała powłóczysta sukienka w kolorze wygrzanego na plaży piasku skrywająca nawet kostki. Zapłaciła po czym weszła do zakładu brzęcząc dzwonkiem zawieszonym nad drzwiami. Zastanawiając się jak ją podejść przespacerowałem się jeszcze dwa razy tam i z powrotem pod oknami udając, że na kogoś czekam. Za pierwszym razem widziałem jak zostawia palto na drucianym wieszaku przybitym do boazerii na ścianie. Za drugim, z małą gumowaną pelerynką zarzuconą na ramiona, pracownica wyprowadzała ją do jakiegoś pomieszczenia w głębi. Najpewniej w celu zapewnienia luksusu kąpieli jej mysim włosom. Zdjęcie jakie ciągle spoczywało w mojej kieszeni nie oddawało poprawnie tego koloru. Ta scena podsunęła mi pewną myśl więc wszedłem do środka.