Kategoria: Opowiadania
Na chodnikach zbierały się już grupki młodych ludzi. Wsłuchiwali się w płynące z głośników radiowych rozwieszonych na skrzyżowaniach słowa niewysokiego kuternogi, a później samego najwyższego z najwyższych. Facet mówił, że jeśli dojdzie do porozumienia w sprawie okręgu Sudetów to nasz kraj nie będzie wysuwał żadnych kolejnych żądań terytorialnych. Ciekawe czy sam w to wierzył?
Pstrokaty tłum falował w ekscytacji i podnieceniu. Ludzie trzymali w dłoniach niezapalone jeszcze pochodnie i krwiste flagi z białymi okręgami. Powoli robiło się coraz ciemniej. Szykował się kolejny idiotyczny przemarsz facetów w brunatnych koszulach. Musiałem zdążyć do Glocke przed nimi bo inaczej miałbym problem aby przebić się przez gęstniejącą ciżbę. Kawałek było do przejścia bo knajpa zajmowała niewielki lokal aż za Christophori Platz[1] więc musiałem intensywnie lawirować między obnośnymi sprzedawcami gazet, licznymi paniami w kwiaciastych sukienkach z płaszczami zarzuconymi tylko na ramiona aby łatwo było podnosić ramiona ku niebu i różnej maści szlifierzami bruków. Zatopiony w myślach przeskakiwałem pomiędzy coraz liczniejszym gronem amatorów darmowych atrakcji. Nie było łatwo. Z tyłu zostawiłem gorseciarnię braci Lewandowski przy wąskiej Weintrauben Gasse[2] i dom handlowy pana Juiliusa Sckeyde[3]. Chwilę później to samo stało się z Cafe Silesia zajmującą narożną kamienicę Taschen Straβe[4] oraz jej okrągły, niczym wielka beczka, szyld zwieszający się wprost nad głowami przechodniów.

Uskakując przed skręcającą w prawo do Hauptbahnhof[5] szesnastką, po kilku krokach dotarłem przed witrynę piwiarni ozdobioną trzema odrapanymi z farby imitacjami kolumn. Nad drzwiami zwieszała się staromodna lampa z kulistym, przezroczystym kloszem, z którego wymontowano palnik gazowy i wstawiono żarówkę. Już została zapalona rozrzucając niemrawe, żółtawe światło wokoło. Ze słomką w popękanych ustach, oparty o ścianę stał jakiś facet przyglądający się przygotowaniom do parady. Jeśli pracował tu jako wykidajło to ja nie chciałem podpaść nikomu w środku. W barach był dwa razy szerszy ode mnie, a spod podwiniętych rękawów wystawały ramiona o obwodzie cysterny do wywozu szamba. Ot, taki spec od trepanacji gorących głów taboretową nogą. Zajrzałem do środka przez duże okno, na którym ktoś wymalował niechlujnie serwowane tu gatunki piw wraz z cenami. Mieli komplet. Postanowiłem jednak spróbować. Drzwi były otwarte więc wszedłem. Rozdając razy łokciami przecisnąłem się przez całkiem gęsty tłumek okolicznych amatorów lagerów, pilznerów i innych napojów wyskokowych, porozsadzanych na trzeszczących i pozbawionych lakieru krzesłach z giętej sklejki. Udało mi się w końcu dotrzeć do niewielkiej, przeszklonej lady sklepowej służącej tu za bar. Wewnątrz poukładano na przetłuszczonych i poplamionych kawałkach papieru pakowego odwrócone do góry dnem kufle z grubego szkła. Tuż obok, przemieszane ze słoikami ogórków czy zawiniętymi w zgrabne ruloniki płatami śledzi z cebulką, leżały jakieś ciasteczka, które przydatność do spożycia straciły wraz z wyjściem Żydów z Egiptu. Przede mną niewielką szerokość wyświechtanego blatu z drewna zajmowała gruba baba z zadem szerokości małego samochodu i z wyrzyganym przez wieloryba czymś co miało imitować kapelusz z woalką. Musiałbym być mocno znieczulony aby przyznać, że to co miała na głowie nadawało się do założenia chociażby przez najmniej pruderyjną wykonawczynię jednego z najstarszych zawodów świata. Całkiem spory barman bez zęba na przedzie, za to w słomkowym kapeluszu z granatową kokardą zamiast otoka, z hukiem postawił przed nią dwie duże wódki i przegnał machnięciem szmaty o kolorze bardzo odbiegającym od białego. Brudnym rękawem przetarł cieknący nos i spojrzał na mnie załzawionymi oczami o przekrwionych białkach.