Kategoria: Opowiadania
Byłem już zmęczony całym tym intensywnym, dzisiejszym dniem więc gdybym nie był umówiony z Polakami to z pewnością sięgnął bym po jakąś butelczynę ze spiżarki i z dziką rozkoszą wyłączył się z obiegu na sofie tuż przy radiu w salonie. Niestety, o ile czułem, że alkohol zasili dziś jeszcze moje żyły to do kojących pieszczot poduszek było mi jeszcze niezmiernie daleko. Niewiele brakowało abym na spotkanie spóźnił się znacząco. Ruszając spod domu natknąłem się na maszerującą Adalbert Straβe[1] zmęczoną i z pewnością skacowaną kolumnę brunatnych chłopców. Wracali w polowych mundurach z pełnym uzbrojeniem z kilkudniowych ćwiczeń na poligonie na północy miasta. Ubłocone trzewiki nie wydawały już tak butnych dźwięków trzaskając o bruki jak wtedy gdy widziałem ich maszerujących w przeciwną stronę. A może to nie byli ci sami? Ciekawe, czy będą tak samo ochoczo i wyrywnie pchali się do kolejnej wojennej awantury fundowanej nam przez pana Hitlera. Na tyle tupetu i odwagi to im chyba nie starczy. Choć kto wie?
Sodowe lampy zawieszone na linach nad jezdnią już dawno zdołały się rozgrzać i dawały pełnię karmelowego światła. Karoseria mego wozu wyglądała w nim na znacznie staranniej napastowaną niż była w rzeczywistości. Minąwszy wyłączoną już fontannę na placu przed dworcem niespiesznie zawinąłem przez całą szerokość Siebenhufener Straβe aby ustawić się równolegle do krawężnika tuż bok wejścia do hotelu Waldenburger Hof. Spomiędzy kolumnady Feriburger Bahnhof[2] niewielkimi grupkami wychodzili obładowani plecakami i nappompowani wełnianymi swetrami turyści co to właśnie przyjechali ostatnim dzisiaj pociągiem z Hirschbergu[3]. Nad wejściem leniwie powiewała czerwona płachta z czarnym krzyżem wpisanym w biały okrąg.
Nad wąskimi drzwiami kamienicy z numerem cztery zwieszał się masywny, mosiężny baldachim, w który wprawiono podświetlany, zapalony już szyld wskazujący, że tędy należy wejść jeśli się chce zanocować. Bladą poświatą raczył zmoczony deszczem trotuar. Jedna z żarówek mrugała. Ktoś niezbyt dokładnie zabezpieczył jej elektryczne połączenia przed spływającą z góry wodą. Z głuchym warkotem pracującego na najwyższych obrotach silnika przejechała wyładowana węglem ciężarówka MANa z wymalowaną na skrzyni reklamą składu opałowego Karaβ’a spod numeru czterdziestego siódmego. Zanim umazała mnie sadzą ze spalin skryłem się w cieniu zadaszenia i wszedłem po wyślizganych, granitowych stopniach do szerokiego westybulu. Mieścił wąski blat recepcji i kilka zakurzonych foteli z czerwonego pluszu. Zaspanego, starszego portiera wyrwałem z otępienia pytaniem o tylne wyjście z Bierkeller. Generalska legitymacja umożliwiła mi zdobycie odrobiny jego zaufania. Mijając przeszkloną klatkę schodową wskazał ciasne i cuchnące wymiocinami przejście przez zaplecze na klaustrofobiczne podwórko oddzielone od sąsiednich kamienic niewielkim płotkiem. Kazałem mu otworzyć lichą furtkę z kłódki i wracać do swoich obowiązków zapominając o mojej tu obecności. W uchylonych, zagłębionych poniżej poziomu gruntu, drzwiach od zaplecza, całkowicie pozbawionych farby, stał facet opasany poplamionym fartuchem i w niedbałej pozie palił papierosa. Obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem, a trzymany dwoma palcami niedopałek cisnął w ciemność. Gasnący ognik żaru wykonał starannie zaplanowany łuk i zgasł z cichym sykiem w jakiejś kałuży. Z dachów okolicznych kamienic spadały ciężkie krople deszczu, które dudniąc, odbijały się echem od ścian ciasnego podwórza. Gość obrócił się na pięcie i wrócił do swoich zadań pozostawiając mnie samemu sobie. Zajrzałem jeszcze tylko do kuchni piwniczki przez niewielkie, okratowane okienko i wróciłem na trotuar Siebenhufener Straβe. Dołączyłem do zaniedbanych tui wypełniających dwie kamienne donice coraz rzęsiściej podlewane deszczem stojących po bokach schodów.

Minąłem dwa kwadratowe okna, których parapety wyniesiono ponad poziom chodnika nie więcej jak o grubość mego obcasa i wszedłem przez otoczone betonowymi imitacjami kolumn szerokie, niskie drzwi do wnętrza piwnicy. Było tu duszno i gęsto od papierosowego dymu. Stałem jeszcze na schodach gdy przybił do mnie nalany jegomość w przyciasnej kamizelce ściśle oblepiającej jego tors przypominający raczej spasiony koński zad niż człowieczy element fizjonomii.