Kategoria: Opowiadania
Całe poniedziałkowe popołudnie nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Łaziłem bez sensu z kąta w kąt. Ciągle myślałem o Grecie i jej ponętnych pośladkach, które tak przyjemnie leżały w dłoni. Nie bez znaczenia była też pogoda. Momentami, wyglądając przez okno, z trudem można było rozróżnić szczegóły elewacji sąsiedniej kamienicy. Upiorna mgła wciskała się w każdy zakamarek miasta. Gdy zbliżyła się północ z ulgą zbiegłem na dół, wsiadłem do wozu i ruszyłem w drogę. Bierne wyczekiwanie ewidentnie nie było moją mocną stroną, ale to wiedziałem już od dawna.
Jadąc Matthias Straβe[1] zwolniłem na wysokości willi dawnego właściciela browaru, pana Carla Scholza. Przetoczyłem się powoli przez skrzyżowanie z Pinder Straβe[2] spoglądając, między drzewami porastającymi lewy skraj jezdni, na skrzydła bramy. Oczywiście były zawarte, choć w głębi, na placu pod wieżą, zapalono lampy. Taplając się we mgle rozrzucały naokoło tylko skromne stożki jasności. Przy tak nikłej przejrzystości powietrza powodowało to, że widać było znacznie mniej niż gdyby w ogóle ich nie było. Mimo uchylonego okna nie bardzo było co słuchać. Najwyraźniej opar tłumił wszystkie odgłosy pracy zakładu. Dojechałem do ostatniej przecznicy przed Hindenburg Brücke[3], wyboistej Mittelfeld Weg[4] i skręciłem w prawo między porastające pobocze krzaki jeżyn. Zatrzymałem wóz, zgasiłem silnik, światła i czekałem. Do północy brakowało jeszcze dziesięciu minut. Wydłubałem z kieszeni płaszcza pomiętą paczkę Rarität’ów nr 200. Zapaliłem wydmuchując dym przez uchyloną szybę wpuszczając jednocześnie nieco chłodu do kabiny. Po wczorajszym deszczu pozostały tu błotniste wspomnienia poprzegryzane śladami wąskich kół furmanek albo wózków transportowych. Wydobyłem się na zewnątrz, postawiłem kołnierz płaszcza pod uszy i starannie omijając kałuże wyszedłem na bruk Matthias Straβe. Gdzieś w oddali, o stalowy most, zahurgotał skład węglarek pogoniony przeciągłym gwizdem parowozu. W samotnej kamienicy stojącej na rogu, tuż przy przyczółku mostu, nad wejściem do klatki schodowej paliła się pojedyncza żarówka bez klosza. To był dobry znak, choć poza niestarannie rozstawionymi wzdłuż chodników latarniami był to chyba jedyny ślad aktywności człowieka w tym rejonie. Przez mgłę z trudem po prawej można było dostrzec łukowe przęsło po drugiej stronie rzeki. Zdusiłem niedopałek obcasem i ruszyłem w kierunku bramy. Moje kroki głośno odcinały się od ścian okolicznych budynków. Szedłem wzdłuż pomalowanego na zielono ogrodzenia z kutych prętów zakończonych niczym włócznie starożytnych rycerzy. Kraty były śliskie i lepkie od rosy, a bezlistne już w większości drzewa rozkładały swe milczące cienie wokoło powodując, że czułem się jak w tunelu kolejowym. Stanąłem pod furtką dwie minuty przed czasem. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś dzwonka po masywnych, ceglanych słupach krytych klinkierową cegłą. Niestety nie pomyślano o nim, a ja nie chciałem hałasować. Jednak zanim wpadłem na jakiś sensowny sposób na dostanie się do środka, z małego okienka drewnianej wartowni wielkości mięsnej budy sprzed Rathaus[5], stojącej tuż za płotem, wysunęła się kosmata burza tłustych, czarnych loków. Musiano tam usłyszeć jak tupię. Po chwili zapiszczały zawiasy i poprawiając pas na wydatnym brzuchu wyszedł do mnie wąsaty przedstawiciel straży przemysłowej w przekrzywionej czapce ze skórzanym daszkiem.
