Odwrócenie – 2

Kategoria: Opowiadania

Wziąłem się w garść bo nic innego mi nie pozostało. Wsunąłem kopertę do kieszeni płaszcza. Dla pozorności z hukiem trzasnąłem klapą o muszlę i spuściłem wodę, która z siłą wodospadu zleciała powyginaną rurą z żeliwnego zbiornika zawieszonego wysoko pod sufitem. Urynał okupował jakiś podchmielony jegomość próbujący z trudem utrzymać pion wspierając się dłonią o ścianę. Kolorowy, zrobiony na drutach szalik plątał mu się frędzlami między kolanami mimo, że miał go ze trzy razy owiniętego wokoło chudej szyi. Czknął głośno gdy myłem ręce nad umywalką, ale nie przerwał czynności która go tutaj przysłała. Kiwał się tylko w przód i w tył niemal całkowicie bez kontroli. Wolałem być gdzieś daleko jakby grawitacja miała zamiar go ostatecznie pokonać. W takiej sytuacji, z wystawionym na widok publiczny interesem, nie mógł się spodziewać, że mu będę skory do pomocy. Zsunąłem na kark moją ulubioną fedorę i wyszedłem na salę, w której przybyło gości, a natężenie hałasu jeszcze bardziej wzrosło. Szeroko wachlując połami płaszcza na boki minąłem kolejny raz leniwego gościa ściętego na zapałkę i nie pytając nikogo o zgodę odsunąłem krzesło z wygniecionym, skórzanym siedziskiem stojące naprzeciw Amerykanina. Zaskrzypiało niebezpiecznie gdy obdarzyłem je ciężarem swego ciała. Jeśli gość się zdziwił to zupełnie nie dał tego po sobie poznać zaś jego dziewczyna wpatrywała się we mnie wielkimi, szeroko otwartymi, niemal błękitnymi oczami. Oboje milczeli oczekując jakiejś reakcji z mojej strony.

– I’ve been asked to give you this[1] – wyciągnąłem z kieszeni płaszcza kopertę ważąc ją w dłoni przez krótką chwilkę, którą spożytkował na wpatrywanie się w nią wzrokiem mogącym zabijać całe, niewinne rodziny pełne malutkich dzieci. Położyłem ją przed sobą na wypolerowanym do połysku blacie stołu, ale powstrzymałem się jeszcze przed popchnięciem w jego stronę. Przeniósł spojrzenie na moją twarz sięgając jednocześnie cygarem w kierunku szklanej popielnicy stojącej pomiędzy nami.

– Mówię po niemiecku więc nie musi się pan trudzić – wycedził powoli przez zęby. – To pańska sprawka? – Jeśli pan pyta o to czy sprawiłem, że panu zginęła zawartość tej koperty to odpowiedź brzmi „nie”. Jestem tylko posłańcem.

– Ale zna pan tego kogoś kto za tym stoi? – otaksował mój wygląd krytycznym spojrzeniem szczególną uwagę poświęcając mokrym kolanom i brudnym plamom na płaszczu czy spodniach.

– Niestety nie. – Zmartwił się. Już miał sięgnąć pod połę lnianej marynarki bardziej pasującą do jakiegoś żigolaka niż faceta po pięćdziesiątce jakim z pewnością był, gdy na jego ramieniu wylądowała gładka damska dłoń.

– Papo, przecież to nie jest normalne, aby płacić złodziejowi za to co ukradł. Musimy wezwać policję – wyszeptała po angielsku. Miała wesołe, silnie niebieskie oczy okolone firanką czarnych, gęstych rzęs i wyrzeźbioną w alabastrze figurę skrytą pod udrapowaną w małe wałeczki sukienką ze zwiewnego tiulu. Dumnie dźwigała przed sobą perfekcyjnie wyoblone, dorodne piersi, od których oderwanie wzroku groziło starokawalerstwem. Zdecydowanie mogła być z nich dumna i bez wątpienia miała tego pełną świadomość.<p/p>

– Proszę mnie nie obwiniać o to co państwa spotkało – też przeszedłem na ten język. – Miałem tylko to dostarczyć i odebrać pieniądze.

– Nie policja tu będzie potrzebna, a ambulans – uniósł się z krzesła z szybkością o jaką bym go nigdy nie podejrzewał. Schylił się nad stołem sięgając w kierunku mojego kołnierza swoimi wielkimi łapami, ale w porę zdołałem się uchylić zawadzając przy tym kelnera niosącego nad głową tacę zastawioną pustym szkłem, które zadzwoniło niebezpiecznie wytrącone z równowagi. – Już do pana podchodzę – wychrypiał przepalonym przez tytoń głosem wyglansowanego pederasty. Zanim mój oponent przebił się przez stół zdołałem z kieszeni na piersi wysupłać kartonik wizytówki i położyć przed jego nosem. Zignorował go w pierwszej chwili.

– Niech się pan nie unosi. Takie dostałem zadanie. – Postukałem w lakierowany na wysoki połysk blat palcem, a on od niechcenia powiódł za nim wzrokiem. Przyłączyła się do niego dziewczyna wprawiając jednocześnie swoje uwodzicielskie loki w przyjemne dla oka wibrowanie. Sięgnęła i przysunęła sobie bliżej wizytówkę by zapoznać się z treścią.

– Papo. Usiądźmy – pogładziła go po włochatym policzku przypominającym jakąś mocno zużytą szczotkę do szczotkowania wełnianych płaszczy. Niechętnie, z zaciśniętymi pięściami opuszczonymi wzdłuż ciała, wykonał to o co go poprosiła. Miała niezwykle namiętnie wyrzeźbione usta umiejętnie podkreślone delikatnymi muśnięciami szminki. Odniosłem wrażenie, że przez ułamek sekundy próbowała obdarzyć mnie jakimś uwodzicielskim uśmiechem. Niewiele brakowało, a byłbym dał się za niego pokroić.

– Se pan życzy? – kelner przyfrunął stukając cienko podkutymi obcasami. – Pilsa mi przynieś – rzuciłem za ramię. – Doliczyć? – zwrócił się do Amerykanina.

– Jeszcze czego – ten warknął i byłby ponownie się wyprostował gdyby nie szybka reakcja dziewczyny, która wzbudzała swym wyglądem dość żywe zainteresowanie wśród tutejszej klienteli. Zgarbieni przy okolicznych stolikach faceci raz po raz rzucali w jej stronę tęskne i ukradkowe spojrzenia wypełnione mieszanką podziwu i uwielbienia. Panienka zdołała złapać swego ojca za kark usadzając tym samym na skrzypiącym krześle i machnięciem dłoni odesłała kelnera w kierunku baru.

– Mówi pan, że jest prywatnym detektywem? To w tym kraju takimi rzeczami zajmują się detektywi? – zakpiła, ale w taki sposób, że mógłbym jej kpin słuchać calutką noc. Filuternie zmrużyła kąciki oczu układając je w wąskie szparki.

– Powiedzmy, że nie miałem wyjścia proszę szanownej pani – starałem się być grzeczny i dobrze ułożony, niczym jakiś starannie wytresowany ogier pełnej krwi.

– Wy, Niemcy nie przestaniecie mnie zadziwiać – wydęła pogardliwie karminowe usteczka i zwróciła się do ojca. – Daj mu po co przyszedł. Nie sądzę abyśmy coś mogli osiągnąć. – Facet niechętnie sięgnął pod kamizelkę i wyrzucił na stół dwa niebieskie banknoty z Justusem Liebigiem[2].

– Bierz i spieprzaj gnoju – warknął zaciskając krótkie zęby na ogryzku cygara, które zaczęło śmierdzieć jakąś dawno niesprzątaną stajnią. Zanim zdołałem popchnąć w jego stronę kopertę zza ramienia wyłonił się kufel z językiem mięsistej piany spływającym po ściance. Rzuciłem kelnerowi dwie chłodne, aluminiowe dziesiątki wydobyte z kieszeni i gestem nadgarstka kazałem wracać do pozostałych obowiązków. Wziąłem leżące bezpańsko na blacie pieniądze, wstałem i upiwszy spory łyk nachyliłem się nad stołem w jego stronę. – Niech pan poczeka jeszcze moment – musiałem podnieść głos żeby mnie zdołali usłyszeć. Z tej odległości trudno było przekrzykiwać rozmowy przy pozostałych stołach.

– Na co mam czekać? – warknął rozrywając kopertę. Wypadł z niej na blat gruby, skórzany portfel z włożonymi w środek paszportami w granatowych okładkach, na których wytłoczono w złocie amerykańskiego orła.

– Niech pan zamówi jakieś piwo i dopije je do końca. Może być na mój koszt – zgodziłem się uprzejmie. – Za moment wracam.

– Po co? – zdziwił się unosząc krzaczaste brwi.

– Nie lubię jak się mnie robi w balona – rzuciłem wymijająco przez ułamek sekundy zatrzymując wzrok między blond loczkami. Ruszyłem do wyjścia walcząc o przestrzeń w wąskim przejściu do sąsiedniej sali. Drogę na ulotną chwilę zagrodził mi facet z trudem umieszczony pod nadwyrężonymi szelkami ze znoszonej gumy próbującymi ostatkiem woli utrzymać portki na wielkim tyłku tak aby nie zsunęły się w kompromitujący sposób. Rzęził niczym zroszona parą, zdezelowana lokomotywa rozglądając się niewielkimi oczkami w poszukiwaniu swoich kompanów, których najpewniej stratował w trakcie poprzedniej wędrówki w kierunku klozetu. Zawijając się płaszczem wyszedłem na ulicę zostawiając za sobą w przedsionku wysokiego, chudego gościa palącego fajkę. Niewątpliwie znałem go skądyś, ale w tej ciemnej przestrzeni zignorowałem to zupełnie. Z czarnego nieba właśnie zaczął padać jakiś drobny śnieg zlepiający się w kołtuny po wylądowaniu na posypanym solą trotuarze. Dwie gazowe lampy zawieszone między oknami dawały niewiele światła. Wyciągnąłem z kieszeni pudełko i przypaliłem papierosa rozglądając się w poszukiwaniu bramy, w którą polecono mi wejść. Wrzuciłem zapałkę w donicę szczupłej choinki stojącej przy progu i zgodnie z poleceniem skręciłem w lewo. Minąłem sklep z importowanymi cygarami Pfeifera i w następnej kamienicy odnalazłem adres gdzie chciano bym skręcił. Między uśpionymi witrynami sklepu z konfekcją damską, a remontowanej właśnie gospody pana Brausera chłodem zionęła przestrzeń przejścia na śmierdzące stęchlizną podwórko. Wsunąłem dłoń do kieszeni gdzie wymacałem zwinięte banknoty. Zaszeleściły w miły dla ucha sposób. Nie miałbym absolutnie nic naprzeciw gdyby zechciały zadomowić się w mojej kieszeni na stałe. Niestety trzeba je będzie oddać. Wszedłem.

Zobacz także