4.
Jesienny deszcz aktywnie walczył o wpuszczenie go do środka. Do wnętrza sali bibliotecznej Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Jednakże grube, poniemieckie mury z piaskowca oraz podwójne szyby z masywnymi kratami stawiały zacięty opór. Skutecznie. Po stronie deszczu stanęły nawet gałęzie pobliskiej lipy. Bijąc o framugi okienne i stalowe pręty zasypywały okno i parapet odłamkami kory i pożółkłymi liśćmi. Przez Most Pomorski ze zgrzytem przetoczył się ogórek 102Na z tablicą kierunkową: Osobowice. Na czołownicy, w aluminiowych ramach wisiał numer 24. Wojtek Stojak siedział za starym, odrapanym i drewnianym biurkiem, jednym z 12 innych jakie wypełniały to pomieszczenie. Pracownik archiwum na małym wózeczku przywiózł mu cztery opasłe tomiska oprawione w grube, tekturowe okładki. Na jednej nich odciśnięto: Januar – April 1945 – SS-JägerGebirgs Abt. No. 142 – Fürstenstein[1]; Personlisches akten. Rozsznurował je i rozłożył na blacie. Cieniuteńkie kartki, pożółkłe od wieloletniego zalegania na półkach przykrytych kurzem, niemal rozsypywały się w palcach. Zawierały tabele osobowe z ręcznie wykaligrafowanymi danymi członków pułku strzelców górskich SS o numerze 142, który stacjonował na zamku Książ od lutego 1944 do końca wojny. Równo wypisane były imiona i nazwiska poborowych, numery ewidencyjne, ich miejsca i daty urodzenia, adresy zamieszkania, rodziny, daty przyjęcia na stan, wykreślenia ze stanu, adnotacje urzędowe i wiele innych ważnych dla kwatermistrzostwa informacji, ba – nawet zgodnie z rozporządzeniem Reichführera SS Heinricha Himmlera – grupy krwi.
W pierwszej kolejności sprawdzał daty wykreślenia ze stanu. Z 1091 żołnierzy i oficerów jacy figurowali w spisie w badanym okresie ubyło 67. Sprawdził przyczyny. 35 zostało oddelegowanych do zadań wartowniczych w obiektach Riese – zmieniono im przydział na odpowiedni: Allgemeine SS, Totenkopffarbende.
– Ach ta niemiecka dokładność. – Pomyślał.
Kolejnych 26 wypisano na rozkaz pułkowego lekarza. Nie nadawali się do pełnienia swoich obowiązków ze względów zdrowotnych. Tak oczywiście obwieszczał wpis w kolumnie nr 9 przy nazwisku każdego z nich. W końcu SS przykładało duże znaczenie do kwestii zdrowotnych. Pod koniec wojny zasady te zdecydowanie rozluźniono, ale na pewno nie w oddziałach górskich. Tu musiały służyć twarde, górskie chłopy.
Jego uwagę zwrócił wpis w uwagach dotyczący przyczyny wykreślenia czterech nazwisk ze stanu: Prace górnicze i niewyraźny dopisek ołówkiem: Rsch. Brzmiało to jak nazwa szybu albo sztolni w jakiej prowadzono prace. Wszystkie cztery nazwiska zostały skreślone z listy tego samego dnia: 28 lutego 1945r. Uruchomił komputer przenośny stojący obok. Wywołał plik z informacjami o podziemiach odkopanych w maju. Sprawdził czy któryś z chodników nie nosił takiego skrótu. Nic nie znalazł. Nikt nie użył tego określenia w odniesieniu do żadnego z pomieszczeń pod zamkiem Książ. Zapisał go sobie na żółtej karteczce z klejem. Przylepił ją do klawiatury. Zajął się następnie nazwiskami tych żołnierzy. Pasowały do dokumentów jakie znaleziono przy każdym z zastrzelonych w wagonie pociągu specjalnego, stojącego w tunelu. A więc przynajmniej ta część układanki pasowała na swoje miejsce.
Adolf Bachmann, Bruno Loopp, Theodor Kreutz i Maximilian Schiltz. Aż sam się zdziwił, że tak szybko i prosto udało mu się odkryć tę zależność. Wyciągnął z kieszeni koszuli na piersi aparat cyfrowy. Zrobił każdej stronie, z każdym z tych nazwisk, zdjęcie.
– Będzie dowód. – Pomyślał.
Przez Most Pomorski przetoczył się kolejny tramwaj. Gałęzie platanów zza okna odstąpiły od szturmu. Musiały zająć się atakującym je porywom wiatru. One dla nich były ważniejsze.
Jakieś 10 minut później znalazł jeszcze dwa nazwiska, które zostały wykreślone z listy żołnierzy pułku nr 142.
Ernst Winkelman – kapitan, i drugi: Guido von Rausch – Pułkownik.
– Ciekawe, ciekawe. – Mruknął do siebie, gdy spojrzał na daty wykreślenia ich ze stanu. Były identyczne, tak jak poprzednich czterech. Ostatni dzień lutego w 1945r. Jeszcze ciekawsza była adnotacja w uwagach: Geheim aktion <Verbergen>. To już Wojtka zafascynowało zdecydowanie mocniej. Tajna akcja… Brzmiało doprawdy interesująco! Szczególnie dla kogoś takiego jak on, który ze szczególną atencją podchodził do tematów związanych z niemieckim słówkiem Geheim. Dokładnie obfotografował wszystkie dokumenty, co ważniejsze fakty zapisał w osobnym pliku w komputerze. Jak pies gończy, złapał woń gorącego tropu i uchwycił go mocno by już nie puścić. Rozparł się możliwie wygodnie na drewnianym oparciu skrzypiącego krzesła, zaczął się nawet bujać na nim, na jego tylnych nogach, ale niestabilna wykładzina podłogowa kazała mu przestać. Zastanawiał się czy te wszystkie zaobserwowane fakty mogą go do czegoś konkretnego doprowadzić? Tych czterech w wagonie dopasował bez żadnej wątpliwości, ale co mogą oznaczać te dwa dodatkowe nazwiska? Nie znaleźli ich w podziemiach, a przeczesali każdy zakamarek, dokładnie. Nigdzie więcej nie natrafili na ludzkie szczątki. Jakie było rozwiązanie tej zagadki?
Skoro byli to oficerowie, to może oni nadzorowali całą akcję?
Tak, to wielce prawdopodobne! To nawet bardziej niż prawdopodobne!
Na tę myśl natychmiast podniósł ekran komputera. Wsunął w otwór złącza antenę i połączył się z Internetem. Uruchomił program pocztowy. W otwartym nowym oknie rozpoczął pisanie listu do przyjaciela. Przyjaciela, który mieszkał na co dzień daleko od Wrocławia, mieszkał jednak na tyle blisko zachowanych archiwów wojskowych Niemiec z II wojny światowej, że bez trudu był w stanie, w przerwie na lunch, przejść się tam i sprawdzić dla Wojtka to i owo. Bez trudu był w stanie odszukać w ogólnie dostępnych spisach wojskowych te dane, o które Wojtkowi chodziło.
Szybko skończył i nacisnął jednocześnie dwa przyciski: CTRL i Enter, a program pocztowy zamknął okno listu wysyłając go w drogę.
Tydzień później Wojtek siedział na ganku swojego domu. Deszcz przed momentem przestał padać. Jednak z pozostałych na drzewach liści zsuwały się ogromne krople zebrane z nieba. Z głośnym klaskiem spadały na betonową podłogę wyłożoną niewielkimi kawałkami skał. Była śliska i lśniąca. Na stoliku kawowym ze szklanym blatem stał otwarty komputer. Czekał niecierpliwie na mejla.
W końcu przyszedł:
Drogi Wojtku,
Niestety, pomimo usilnych starań i sprawdzenia wielu miejsc źródłowych, włącznie z głównym archiwum w Norymberdze nie udało się mi natrafić na jakikolwiek ślad pułkownika SS, Guido von Rausch’a ani na ślad kapitana SS, Ernsta Winkelmana. Bardzo mi przykro, ale żadne dostępne archiwa niemieckie nie zawierają informacji na temat tych osób, a w szczególności na temat ich powojennych losów, czyli tego co Cię najbardziej interesowało.
Pozwoliłem sobie na pewną samowolę i wysłałem zapytanie do centralnego archiwum Bundeswehry. Ono też nie zawiera danych osobowych na ich temat. Jedynie to samo do czego udało Ci się dotrzeć we Wrocławiu. Próbowałem także odszukać ich za pomocą Biura meldunkowego, również bezskutecznie. Można zatem wysnuć wniosek, że obaj nie przeżyli wojny, a do dziś są uznawani za zaginionych. Tę tezę potwierdzałoby także to, że, niezbędnik o numerze jednego z nich, tego Winkelmana, pojawił się ostatnio na jednej z aukcji internetowych. Wystawcą był jakiś Czech. Poszedł za całkiem niezłą nawet sumkę. Jak zdobędę jego adres pocztowy to Ci podeślę.
Bardzo mi przykro, ale nie jestem Ci w stanie pomóc.
Z poważaniem
…
Zasępiona mina nie wróżyła nic dobrego. Żona przyniosła mu gorącą, parującą herbatę w wysokiej szklance z uszkiem. Położyła dłoń na jego ramieniu. Wiedziała, że w takich momentach jak ten, lepiej żeby Wojtkowi nikt nie przeszkadzał. Intensywny proces myślenia jaki zachodził w jego szarych komórkach wymagał spokoju i skupienia. Wiedziała, że mimo wszystko lepiej wycofać się i dać mu myśleć. Zamknęła za sobą drewniane drzwi. Wojtek rozhuśtał nogi i wprawił w ruch bujany fotel, na którym siedział. Proces myślowy wkroczył w najważniejszą fazę.
W wyszukiwarce internetowej wpisał nazwisko Szymona Wiesenthala. Znanego poszukiwacza i tropiciela zbrodniarzy niemieckich z okresu II wojny światowej. Jakiś czas temu wymienili kilka listów w sprawie jednego z nadzorców w obozie Gross-Rossen, ale było to w dobie gdy Internet był tylko nierealną jeszcze mrzonką amerykańskich wojskowych, a komputery zajmowały wielkie szafy, czy pokoje wręcz.
Wyszukał stosowną opcję i rozpoczął pisanie zapytania/prośby o pomoc. Opisał ze szczegółami znalezisko gdyż nie próbował nawet przypuszczać, że dość intensywnie opisywane w prasie polskiej odkrycie jakiego dokonał, zostało także opisane w Wiedniu. Przedstawił zatem swoją wersję wydarzeń i listę nazwisk jaką udało mu się do tej pory zebrać i wszelkie odkryte do tej pory informacje. Po godzinie list był gotowy do wysłania.
Tydzień później przyszła odpowiedź. Listem poleconym. W kopercie z monogramem, nadrukiem i na oficjalnym papierze Centrum:
| Szanowny Panie Wojtku, |
| Na wstępie chciałem Panu pogratulować wielkiego sukcesu jakim w Pańskiej wspaniałej karierze było odkrycie nieznanych do tej pory podziemi pod zamkiem Fürstenstein. Wydarzenie to szeroko było opisywane tutaj w lokalnej prasie nie tylko w Wiedniu, ale także na terenie Niemiec. Szczególnym zainteresowaniem Pańskie działania „cieszyły” się wśród dawnych niemieckich żołnierzy służących zapewne na tym terenie.
Oczywiście pamiętam także nasze poprzednie kontakty, o których Pan wspomina. Mam nadzieję, że i tamtą sprawę uda się nam któregoś dnia doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Wracając jednak do Pańskich pytań. Moi pracownicy dokonali przeglądu naszej dokumentacji i przedstawili mi taką oto kwerendę na temat obydwu poszukiwanych panów: Ernst Winkelman – urodzony 11 stycznia 1911r. w Kolonii, syn nauczyciela akademickiego i aktorki teatralnej, kończył studia prawnicze na uniwersytecie w Heidelbergu, od 1939r w Wehrmachcie. Służył w Polsce, brał udział w kampanii Norweskiej gdzie sprawdził się jako doskonały narciarz. Od 1943r jako nauczyciel w szkole Strzelców Górskich w Garmisch-Partenkirchen. W lipcu 1944 przeniesiony na Dolny Śląsk jako zastępca pułkownika von Rauscha, szef sztabu 142 pułku Strzelców Górskich. Od 28 lutego 1945r. uznany za zaginionego, choć nie ma żadnej wzmianki aby brał udział w jakichkolwiek walkach czy starciach bojowych. Do dziś poszukuje go rodzina. W naszych archiwach nie znaleziono żadnych wzmianek na temat dokonanych przez niego zbrodni wojennych. Nie oznacza to jednak, że ich nie dokonał, na co wskazywać mogą Pańskie odkrycia. Obecnie nie jest ani przez nas, ani przez żadne inne władze wojskowe, jak i cywilne poszukiwany z zamiarem skazania. Guido von Rausch – urodzony w kwietniu 1905r. w Hamburgu jako syn rzeźnika, zakończył edukację po szkole średniej, którą najprawdopodobniej przeszedł z wyraźną pomocą pieniędzy ojca. Początkowo terminował w zakładzie rodzinnym, później, w wieku 24 lat wstąpił do NSDAP, a następnie przyjęty do SS. Romansował ze znaną baronową Mariettą von Lokwitz, której spłodził syna pod nieobecność jej męża. Próbował doprowadzić do rozwodu, bezskutecznie. Prawdopodobnie doszło do ugody w wyniku której otrzymał znaczną sumę pieniędzy oraz wątpliwe prawo do noszenia tytułu „von”. Karierę w SS rozpoczął od ochraniania partyjnych zjazdów. W 1936 roku służył w załodze obozu w Dachau, by w 1937 zostać przeniesionym do Głównego Zarządu obozów koncentracyjnych w Oranienburgu. Po rozpoczęciu wojny brał czynny udział w eksterminacji ludności cywilnej, w tym ze szczególnym uwzględnieniem ludności żydowskiej. W marcu 1942r rozpoczął służbę w Sobiborze, gdzie zasłynął ze szczególnej okrutności wobec kobiet. Po otwarciu getta w Rydze został jego komendantem. Aktywnie uczestniczył w konstruowaniu komór gazowych na kołach. Na krótko przeniesiony latem 1944r do Wrocławia, gdzie był komendantem obozu przejściowego i obozu pracy zlokalizowanego przy Bergstrasse, za zapleczu dworca Freiburger Bhf. Następnie przeniesiony do 142 pułku Strzelców Górskich, którym kierował do 28 lutego 1945r. Pułk ten stacjonował w zamku Fürstenstein. Jego głównym celem było jednak nadzorowanie pracy robotników przymusowych z podobozu „Fürstenstein” obozu Gross-Rossen, drążących podziemia pod zamkiem oraz inne konstrukcje wojenne w ramach projektu „Riese”. Od 28 lutego 1945r. uważany za zaginionego, choć także brak wzmianki o uczestniczeniu w jakichkolwiek działaniach wojennych. Po uniezależnieniu się Łotwy od ZSRR władze w Rydze postawiły go zaocznie (podobnie jak 17 innych zbrodniarzy hitlerowskich) przed sądem. Został skazany na karę śmierci. Znajduje się na 27 miejscu najbardziej poszukiwanych przeze mnie oprawców niemieckich z czasów wojny.
Liczę, że zebrane przez moich pracowników informacje przydadzą się Panu w prowadzonych badaniach. Gdyby udało się ustalić nieco więcej na temat dalszych losów obu tych ludzi, będziemy niezwykle zobowiązani gdyby zechciał się Pan z nami podzielić swoją wiedzą, podobnie jak miało to miejsce poprzednim razem.
Pozdrawiam serdecznie życząc następnych sukcesów Pozostaję oddany Szymon Wiesenthal |
Niestety, od otrzymania tego listu przez kolejne pół roku wszelkie poszukiwania i próby rozwiązania zagadki spełzały na niczym. Brak było jakiegokolwiek śladu, jakiegokolwiek strzępka informacji, praktycznie nic. Jedynie po długich poszukiwaniach, głównie za pomocą Internetu, udało się trafić do człowieka, który wystawiał na aukcję nieśmiertelnik Winkelmana. Okazało się, że był to syn pracownika torowego kolei czeskich. Jego ojciec pracował przy remoncie mostu na linii kolejowej łączącej Tanvald z Harrahovem. W czasie prac ziemnych odkopano pozostałości po jakiejś zniszczonej lokomotywie i wśród szczątków był właśnie ten niezbędnik. Ponieważ syn interesował się takimi trofeami dostał go w prezencie od ojca. Po pewnym czasie wystawił go na aukcję. Co ciekawe, nieśmiertelnik ten nie był przełamany, co by znaczyło, że albo właściciel go zgubił, albo – co bardziej prawdopodobne, ze względu na miejsce odkrycia znaleziska, nie został nigdy pochowany.
Wydawać by się mogło, że temat definitywnie zostanie zamknięty, pomimo zastanawiającego miejsca znalezienia tego skarbu, jakim niewątpliwie była blaszana informacja o tym, że gdzieś w szczątkach zniszczonej lokomotywy znajdowało się ciało jednego z poszukiwanych. Nic jednak mylnego.
Byłoby niesprawiedliwością gdyby powiedzieć, że ten konkretny wyjazd w góry odbył się bez przyczyny. Przyczyna była prozaiczna: narty. Ten rok zaś był wyjątkowy i tym się różnił od wielu poprzednich, że w górach wreszcie spadł porządny śnieg. Nie taki co to zalega na chodnikach maksymalnie trzy dni, a później zamienia się w bezładną breję rozdeptywaną podeszwami przechodniów. Ten był inny. Gruby, pulchny, ale i miękki. I co najważniejsze – było go dużo. Bardzo dużo. Wielokrotnie zima zaskakiwała drogowców w tym kraju, ale tym razem to była kompletna porażka. Pługi odśnieżały wyłącznie drogi krajowe, a i to nie zawsze z należytą starannością. Boczne były kompletnie zasypane, autobusy wszędobylskiego PKSu niestety nie docierały tam gdzie miały dotrzeć i jedynym względnie pewnym środkiem komunikacji pozostał oczywiście pociąg. Jak mogłoby być inaczej. Sęk w tym, że kolejarze usilnie starali się od lat dowieść, że zatrudnienie 120 tysięcy pracowników jest w zupełności wystarczające do obsłużenia tylko i wyłącznie trasy Warszawa – Katowice i Warszawa – Poznań. Można by nawet wnosić, że niektórym pracownikom tej, jakże ważnej instytucji, absolutnie do utrzymania się, nie mówiąc już o szczęściu, nie są potrzebne żadne pociągi, lokomotywy, tory czy stacje. Niestety, zupełnie inaczej myśleli ludzie, którzy chcieli się dostać do takich miejsc jak Kudowa Zdrój, czy Szklarska Poręba. Oferta przewozowa dostosowana do przewozów pracowniczych dla pracowników kolejowych niemal zupełnie nie odpowiadała potrzebom. Z jednym małym wyjątkiem. Odjeżdżający rano z Wrocławia kibel[2] docierał do celu, jakim była Szklarska Poręba Górna, w sam raz o takiej porze aby zdążyć na pierwsze drgnięcie krzeseł zawieszonych na stalowej linie ciągnącej się hen ma Szrenicę. Z tego połączenia korzystało zatem mnóstwo pasażerów dokładnie w takim samym celu. Powrót zaplanowany tuż po zmroku powodował, że było to idealne połączenie do wykorzystania na „Express-narty”. Czyżby o nim ktoś zapomniał na Joannitów i nie zdążył zlikwidować, skrócić czy rozkomunikować?
Tym właśnie pociągiem Wojtek wraz z grupką przyjaciół udał się pewnej pięknej niedzieli w góry. I tylko niewielkiemu zbiegowi okoliczności zawdzięczać dziś możemy rozwiązanie do końca naszej zagadki. Około godziny 16:00 wysłużony wyciąg krzesełkowy odmówił współpracy i zatrzymał się. Kilkudziesięciu nieszczęśliwych narciarzy przymarzało do ceratowych powierzchni krzesełek zdanych całkowicie na łaskę bezradnej obsługi. Niektórzy, co stali dopiero w kolejce, przynajmniej nie musieli siedzieć na mrozie i wietrze aż ich ktoś łaskawie sprowadzi na dół. W śród tych ostatnich był także Wojtek z przyjaciółmi. Taki rozwój wypadków spowodował, że zdecydował się wybrać nieco wcześniej w kierunku dworca kolejowego by zająć miejsca siedzące dla całej grupy. Wiadome było bowiem, że pociąg ten, złożony z zaledwie jednej jednostki będzie przepełniony do granic możliwości i całą drogę będzie trzeba stać w okolicach, delikatnie trącącej myszką, ubikacji. Typowe.
Zarzucił więc na ramie spięte ślizgami narty i ruszył w dół niebieskim szlakiem, który wyprowadził go wprost na skrzyżowanie dróg tuż pod dworcem, pozostało tylko wspiąć się krętą ulicą do stacji. W peronach stała już jednostka, gotowa do odjazdu. Tykała sprężarka. Wysokie hałdy śniegu zgarnięto z peronów aby nie utrudniały dojścia do pociągu. W środku siedziało jeszcze niewiele pasażerów. Zajął więc miejsca dla swoich przyjaciół. Położył narty na półce nad oknami i usiadł na twardawej kanapie. Po chwili zrobiło się tak ciepło, że trudno było wytrzymać. W końcu instalacja elektrycznego ogrzewania znajdowała się wprost pod jego siedzeniem. Postanowił więc wyjść na peron, być może uda się coś kupić do picia na drogę. Stanął w rozsuniętych drzwiach wypatrując jakiegoś bufetu, kiosku czy sklepu. Po peronie, obserwując instalacje zawieszone pod ramą wagonu, przechadzał się pracownik kolejowy w granatowym mundurze i okolonej czarnym futrem czapie.
– Przepraszam pana, czy znajdę w budynku dworca jakiś bufet? Chciałem coś do picia na drogę kupić, a bufet w pociągu jeszcze nie został otwarty.
– Niestety nie proszę pana. Przykro mi bardzo, ale najbliższy bufet będzie dopiero w Jeleniej Górze, może tam się coś uda panu kupić. Pociąg będzie tam stał 12 minut. Powinien pan zdążyć.
– Ech. Szkoda. Tak mi się pić chce.
– Przykro mi. – Powtórzył kolejarz.
– Przed wojną byłoby to tutaj nie do pomyślenia. Wyobraża pan sobie, że na każdym większym dworcu była restauracja czy bar?
– Oczywiście, ale czasy się niestety zmieniają. Teraz się nic nikomu nie opłaca. Mniej tu pociągów przyjeżdża niż kiedyś, mniej pasażerów, więc i pewnie zarobek mniejszy.
– Tak, wszyscy wolą stać w korkach na dojeździe do Szklarskiej, niż wygodnie dotrzeć tu pociągiem. Paranoja jakaś.
– Przed wojną tutaj była restauracja. Białe obrusy, porcelana, kelnerzy. Pełen luksus proszę pana.
– Domyślam się, mam kilka widokówek z tym dworcem i zawsze jakiś ruch tu był. A to dorożka z pasażerami, a to pociąg elektryczny gości i kuracjuszy przywiózł…
– A tak. Ma pan rację. Przed wojną już tu elektryfikacja była. Aż do samego Korenova można było dojechać od Wrocławia. Panie – technika to wtedy była na wysokim poziomie. A jak przyszli Polacy ze wschodu to od razu dali wszystko ruskim. Ruski przyszedł, zdjął drut i tyle go widziano. A wcześniej to tu wagony z Berlina nawet przyjeżdżały bezpośrednie.
– Ciekawe, co pan powie…
– A tak proszę pana. I pociągów na dobę było tyle, że jak jeden wszystkich nie zabrał to za godzinę był drugi. Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku.
– Sporo pan wie na ten temat. To nie jest częste wśród kolejarskiej braci dzisiaj.
– Widzi pan, mój ojciec jeździł tutaj na tych niemieckich lokomotywach elektrycznych. Nawet tędy przejeżdżał nie raz. Miał swoją maszynę ukochaną. 17-tkę. Pucował ją, pieścił. Była najlepiej utrzymaną maszyną w oddziale. Zawsze sprawna, nawet w największe mrozy. Ech… To były czasy… Potem, po wojnie zostali tutaj z matką, bo nie mieli gdzie i do kogo wracać do Niemiec. Więc jakoś tak z mlekiem matki chyba to wyssałem – dodał kolejarz z uśmiechem na pobrużdżonej zmarszczkami twarzy.
– Poważnie pan mówi?
– A dlaczego miałbym kłamać? Przecież to nic złego.
– Oczywiście, ale często mam co czynienia z tamtym okresem, jeżeli się tak można wyrazić, i nie często ludzie przyznają się do swojego pochodzenia tak łatwo.
– Mnie to nie sprawia problemu.
– Wojtek Stojak jestem. – Wojtek zeskoczył po ażurowych stopniach na peron i wyciągnął dłoń ku kolejarzowi.
– Ludwik Brock. Jestem tutaj zawiadowcą stacji. Ale rozpoznałem pana. Często oglądam w telewizji pańskie programy. Strasznie ciekawie pan opowiada. Bardzo mi miło. – Skinął głową.
– A wie pan, pan lubi ciekawe historie sprzed lat, powinno pana zainteresować. Ojciec opowiadał mi o wiele razy historię o pewnym wydarzeniu z końca wojny. Nawet gdy był już stary i nie mógł chodzić, to kazał siadać w nogach swojego łóżka i opowiadał mi ją.
– Jeszcze mamy dużo czasu do odjazdu. Niech pan opowiada. – Zainteresował się Wojtek.
– To było w zimie, jak wojna miała się już ku końcowi. Nie wiem, w lutym, może w marcu 1945r. Ruskie już podeszły pod góry, zajęli Świebodzice i pociągi nie dojeżdżały do Wałbrzycha. Wtedy, wie Pan, mieszkaliśmy w Wałbrzychu. Mój ojciec prowadził ciężką lokomotywę ze składem węglarek do Czech. Nocny kurs do Korenova i z powrotem przyprowadzał próżne pod załadunek w kopalni. Na rano miał być w domu. Niestety nie tym razem. Czekał na stacji Wałbrzych Główny na podczepienie do składu ostatnich ładownych węglarek gdy do kabiny wtargnęło dwóch SS-manów. Mówili, że chcą na zachód się dostać. Ojciec oponował, bo wtedy to wie pan, przepis był przepis, nie to co teraz. Ktoś bez uprawnień w maszynie nie mógł jechać. Ale oni się uparli i przystawili pistolet ojcu do głowy. No i zabrał ich w ten ostatni kurs. Ostatni pociąg do Hirschbergu. Tak się wtedy Jelenia Góra nazywała. Pojechali więc przez Jelenią Górę aż tutaj. Znaczy się nie tu, tylko dalej. Wtedy jazdy się kończyło na następnej stacji w górę, w Hucie. Ona była ostatnią stacją w Szklarskiej. – Machnął ręką w kierunku południowej głowicy wyjazdowej ze stacji, niknącej już pod nieodgarniętym śniegu.
Dojechali więc do Huty i tam ich zatrzymali. Okazało się, że jacyś partyzanci czescy zajęli linię i istniało prawdopodobieństwo że most jest po czeskiej stronie zaminowany. Dyżurny zabronił im dalszej jazdy. Bo jak most zaminowany, to jak go rozwalą to linia będzie przerwana, a tyle ludzi czekało na ewakuację. A jak rozminują to byłaby dla nich jeszcze jakaś szansa.
Ale ci SS-mani się uparli i znów bronią sterroryzowali mojego ojca i tego dyżurnego. Kazali wsiadać do lokomotywy i jechać. A semafor Stój pokazywał, zapory nie opuszczone na przejeździe. Panie – tragedia mogła być.
Pojechali dalej jednak, tacy uparci byli. Jak ten niższy, ważniejszy, pułkownik znaczy, zastrzelił tego wyższego, to mój ojciec wyskoczył w biegu z lokomotywy. Ten pułkownik pojechał sam dalej. Niestety, oczywiście wjechał na most, partyzanci most zniszczyli, ukochaną maszynę ojca też i facet zginął. Dobrze mu tak. Zniszczył ukochaną maszynę mojego ojca. Potraktował ją jak zabawkę, a ona była dla niego taka ważna. Nie mógł się z tym pogodzić do końca życia. Zawsze na koniec tej opowieści prosił mnie abym odnalazł tego faceta i pomścił stratę tej lokomotywy za ojca. Ale to pewnie majaczenia starego człowieka były. Jak mam szukać faceta co pewnie zginął w wypadku?
Zapadła dłuższa chwila milczenia. Wojtek szedł kilka kroków z zasępioną miną i wywołanymi tym zmarszczkami na czole.
– A pamięta pan przez przypadek jak się nazywali ci dwaj?
– Tego ojciec nie mógł zapomnieć do końca życia. Młodszy, ten niższy stopniem, ten co zginął, to miał Winkelman na nazwisko, a ten pułkownik to był jakiś szlachcic. Czekaj pan…
– Wiem! von Rausch!
<< Przejdź do rozdziału 3; Przejdź do rozdziału 5 >>
![]()
[2] Kibel – w slangu miłośników kolei, pasażerski zestaw elektryczny, w początkowym okresie malowany w charakterystyczne żółto-niebieskie barwy. Powstało wiele odmian i modeli o różnych oznaczeniach. Dwa podstawowe to EN57 i EN71.