Od dawna chciałem to zrobić – 7

7.

Wprowadzono mnie od zaplecza, obskurną klatką schodową niemal wprost do gabinetu na piętrze. Z przyjemnością kolejny raz zanurzyłem stopy w puszystym dywanie i zapadłem w fotelu z zielonej, lakierowanej skóry. Zanim zamarłem, śliczne dziewczę o przesadnie wymalowanej twarzy wsunęło w mą dłoń szklankę z dżinem i tonikiem, sprężynką cytryny oraz grzechotką lodu. Bruno niezmiennie trzymał swoją łysą łepetynę w błękitnej chmurze spalin wielkiego cygara. Wydawało mi się, że przez to mniej wyraźnie go widzę. A może to było złudzenie wywołane zmęczeniem?

– Czego chcesz? – Wysapałem upiwszy słuszną działkę.

– Miałem gości.

– Często miewasz gości. To jakby nie nowina.

– Tak. Szczególnie jeśli są związani z twoimi interesami. Bywają wtedy niezapowiedziani.

– To ci twoi ostatni goście mają jakiś związek ze mną? – Zdziwiłem się.

– Zgadza się.

– No więc proszę o garść szczegółów i zabieram się do spania. – Ziewnąłem rozdziawiwszy gębę wcale jej przy tym nie zasłaniając.

– Lubię cię chłopie bo jako jeden z niewielu masz jaja i trochę oleju w głowie. – Uniósł się zza biurka wspierając dłonie na wykładanych skórą podłokietnikach krzesła, na którym siedział. Skrzypnęło. Wysunął się na środek pokoju i oparł pośladki o blat. Wpatrywał się we mnie swoimi małymi oczkami tak jakbym mu wytłukł połowę rodziny deską do prasowania.

– Do rzeczy proszę.

– Dziś po południu miałem tu gości. Zamówili dużo, bawili się z dwoma moimi dziewczynami i zaczęli je szturchać nieco za mocno. Grzecznie Otto ich poprosił, aby przenieśli się na górę, do jednego z moich saloników… – Musiałem zrobić zdziwioną minę, bo zawiesił głos. Zmienił wątek dla wyjaśnienia: – Mam tu na górze kilka apartamentów dla szczególnych gości gdzie mogą się odprężyć i pobawić w sposób nieco mniej skrępowany.

– Masz tu burdel? – Autentycznie byłem zaskoczony.

– Nie przesadzaj. To co robią moje dziewczyny to jest ich indywidualna sprawa.

– Jasne, a ty tylko pobierasz od nich opłatę za wynajem pokoi. Nie ma co. Całkiem wesoło. – Znów upiłem nieco ze szklanki. – A dostanę jakiś rabat? – Spojrzałem na niego przez kostki lodu.

– Jak przestaniesz wciskać te swoje durne komentarze.

– Hmm. Będzie to ode mnie wymagało nie lada wysiłku, ale postaram się.

– Będziesz wreszcie cicho? Skup się i słuchaj, bo to ważne. Zamknęli się tam z nimi i po pewnym czasie tak mi je stłukli, że musiałem interweniować. Wiele razy już tak bywało, że moi goście bili dziewczyny, ale nie w taki sposób. Jak już zaczęli się szarpać z moimi ludźmi to taki jeden chudy i wysoki zaczął mi rozpieprzać wyposażenie. Laską stłukł lustro, zniszczył witrynkę z porcelaną i podpalił firany. Uwierzysz? Myślał, że może tu sobie zrobić pieprzone fajerwerki. Wtedy nie wytrzymałem, ale zaskoczyła mnie jego reakcja.

– Zaczyna być ciekawie. – Naszło mnie dziwne uczucie po tym co powiedział, więc poprawiłem się w foteli aby lepiej słyszec.

– Teraz będzie jeszcze lepiej. Gość stanął na środku i wydziera się do mnie, że on ode mnie będzie teraz pobierał kasę za opiekę nad dziewczynami i całym lokalem. Ode mnie! Rozumiesz? Od Bruno Eckerta! – Huknął pięścią w blat za sobą.

– Wiesz, na tym rynku to zawsze jest ktoś taki, kto lubi rozpychać się łokciami.

– Ale bez przesady. Jak go wyśmiałem to wyjął pistolet i zaczął strzelać do żyrandola.

– Do ciebie, jak widzę, nie trafił. Kiepską przyszłość mu wróżę w takim razie.

– Nie wydurniaj się. On specjalnie to zrobił, żeby mnie uciszyć. Później stwierdził, że jako przedstawiciel Camorry przejmuje Breslau pod swoją opiekę i od teraz wszyscy mają jego słuchać i jemu płacić jeśli chcą mieć spokój.

– Ciekawe. Czyli jednak włoska mafia…

– No właśnie, a po całej akcji, jak już wyszli, jeden z moich chłopaków mówi mi, że widział cię wcześniej na promenadzie nad fosą, jak sobie wesoło gaworzyłeś z tym facetem. Powiesz mi coś na ten temat?

– Przyznaję, miał miejsce taki epizod. – Skończył mi się dżin więc ta sama panienka w kabaretkach przyniosła kolejną szklankę. Pustą wyjęła z mej dłoni w taki sposób, że byłem w stanie ocenić rozmiar jej stanika. Rozbawiła mnie myśl, że Bruno musi tu mieć gdzieś w pobliżu hodowlę takich stworzeń. Chętnie bym został tam kimś w rodzaju pastucha.

– No więc właśnie. Rozmawiałem z paroma ludźmi na mieście powiem ci, że cała ta sprawa śmierdzi.

– Tyle to i ja wiem bez zdejmowania kapci.

– Mam raczej na myśli to, że nikt ich tu nie chce, a tym bardziej nie ma zamiaru im płacić. Byli bowiem w paru innych lokalach. Wyglądali na doskonale poinformowanych.

– Nie sądzisz chyba, że to ja im sprzedałem taką wiedzę?

– Ja nie.

– Ale…?

– Są ludzie na mieście, którzy mogą nie podzielić mojego zdania na ten temat.

– To powiedz im jak jest naprawdę.

– Chyba kpisz. Doskonale wiesz, że moja lojalność do ciebie tak daleko nie sięga.

– Daj spokój. Pogadaj z kim trzeba. Ja nie mam z tymi facetami nic wspólnego.

– Błagam. Ty naprawdę jesteś zmęczony i gadasz od rzeczy. Wróćmy jednak do poprzedniego wątku. Możesz więc mieć pewne problemy gdy się okaże, że twoje z nimi kontakty rozejdą się po mieście. Paru panów będzie ci chciało zrobić małe kuku w takiej sytuacji. Dobrze ci radzę. Daj sobie z nimi spokój. Nie wyjdzie ci to na zdrowie.

– Ja nie mam z nimi żadnych kontaktów o jakie mnie podejrzewasz. Nie jestem u nich chłopcem na posyłki. Możesz mi wierzyć.

– Yhmymm – Przypalił przygasłe cygaro.

– Prowadzę sprawę dwóm idiotom co to przeholowali i zdaje się wpakowali się w niezłą kabałę. Dokładniej rzecz ujmując: prowadziłem. Zrezygnowałem jak doszedłem do tego, że chcieli mną zagrać jak nie przymierzając jakiś clown gościem z cyrkowej widowni. Mam swoją dumę. Ale tak się złożyło, że pan Rufus Luciano, którego miałeś okazję poznać, posłał swoich pomagierów aby mnie do niego przytargali. On chciał się podłączyć do pasztetu tych dwóch kretynów i nieco z niego uszczknąć dla siebie. Albo dla Camorry? Kto wie? Chcąc nie chcąc musiałem pojechać i z nim pogadać, bo by mnie przerobili na karmę kotów. Wtedy musiał mnie widzieć twój przydupas jak z nim gadałem. Nic mnie z facetami nie łączy. – Słuchał ze skupieniem na twarzy. Gdy skończyłem to przez chwilę się nie odezwał puszczając kółka z dymu. Chyba kontemplował tę wersję.

– Chciałbym abyśmy się dobrze zrozumieli. W zasadzie można powiedzieć, że działamy w podobnej branży.

– Ja nie stręczę kobiet do nierządu. – Wtrąciłem mu się w wywód znad szklanki.

– Obaj doskonale wiemy, że jakbym wykonał telefon do prezydium w kilku twoich sprawach to panowie granatowi mieliby z tobą używanie. – Olał moją zaczepkę.

– Lepiej nie chciej abym ja wykonał taki telefon z troski o ciebie. – Odparowałem bezczelnie.

– Nie rozpędzaj się, bardzo cię proszę, mam ważną wiadomość do przekazania. Skup się.

– Zamieniam się w słuch. – Rzuciłem z sarkazmem wydobywając papierosa z wymęczonej paczki. Chciało mi się spać i gorąco liczyłem na to, że pozwoli mi on zwalczyć to uczucie.

– Moi dobrzy przyjaciele, a to ludzie, którym na sercu leży dobro, ład i porządek tego miasta…

– Acha. Ład i porządek. – Uśmiechnąłem się pod nosem bo jakoś mnie ta wizja nie przekonywała.

– Nie przerywaj! – Ponownie wbił swą okrąglutką pięść w blat, który by się pewnie mógł od tego złamać gdyby tylko chciał. – No więc ludziom na mieście nie bardzo podobają się twoi nowi przyjaciele. Ja do tego nic nie mam. Lubię cię zasadniczo. – Ujął spoconą szklankę z czymś białym i mętnym w środku. – Im się to nie podoba i na razie proszą grzecznie, żebyś się z tymi gośćmi pożegnał. Jeżeli oczywiście chcesz dalej pracować w Breslau. – Zawiesił głos w sposób wskazujący na dwuznaczność jego wypowiedzi. Upił sążny łyk.

– A jeśli ci powiem, że nie za wiele mam tu do powiedzenia i w zasadzie zmuszono mnie do tej „szorstkiej przyjaźni”?

– To bez znaczenia. Jeśli nie chcesz mieć kłopotów, to powinieneś wiedzieć co robić.

– Chyba dla ciebie nie ma to znaczenia. Czego konkretnie ode mnie oczekujesz?

– Nie udawaj durnia.

– Nie udaję. Próbuję ci i tym twoim przyjaciołom przekazać, że ja mogę chcieć się z nimi rozstać, jak powiedziałeś, ale sęk w tym, że oni nie koniecznie mogą chcieć tego samego ode mnie.

– To nie mój problem. Ja wiadomość przekazałem. Co z tym zrobisz to już twoja sprawa. – Ponownie przypalił przygasłe cygaro szeroko zawijając ręką aby zgasić zapałkę. Poszybowała pewnym łukiem do porcelanowej popielniczki, która by na moim biurku zajęła pół blatu, a tutaj miała po kilometrze do każdej krawędzi.

– I co ja mam teraz zrobić? – Zmartwiłem się.

– Nie wiem. Rób co chcesz, byle mi to szkody nie narobiło. – Powiało chłodem jakbym się przytulił do lodowego igloo.

– Łatwo powiedzieć. Jeśli nie masz do mnie nic więcej to pozwolisz, że już sobie pójdę.

– Nie mam. – Ruszyłem więc przez morze jego dywanu ku drzwiom, Zanim zamknąłem je za sobą zauważyłem, że niezwykłe zjawisko w kabaretkach zabiera moją pustą szklankę i dolewa Brunowi kolejną porcję pozwalając mu zaglądać w dekolt tak głęboko, że z pewnością był w stanie policzyć jej piegi w okolicy pępka.

<< Przejdź do rozdziału 6; Przejdź do rozdziału 8 >>

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *