Raport tendencji – 4

4.

Tym razem poprowadził mnie do miejsca odpoczynku dla kierowców. Zlokalizowano je na parterze, tuż obok schodów prowadzących do biura. Wnętrze było dość ascetyczne w wyposażeniu. Zawierało dwie sterane życiem kozetki i dwa fotele z poprzecieranymi obiciami poustawiane wokoło niewysokiego stołu zajmującego środek pomieszczenia. Ściany podpierały polakierowane na zielono szafki ubraniowe z niestarannie wywierconymi otworami wentylacyjnymi. Farba łuszczyła się na ich krawędziach ukazując poprzednią, jaśniejszą warstwę. Jedyną nie obstawioną nimi ścianę okupowała tablica z gwoździkami, pod którymi wypisano numery rejestracyjne. Tylko na trzech wisiały kluczyki. Poniżej zawieszono wąską i długą półkę z przegródkami oznakowanymi kartkami, na których wykaligrafowano nazwiska. Przy rozpalonym w rogu małym piecyku, oczekując zagotowania wody w czajniku, stał wysoki, raczej chudy facet o zdemolowanym nosie i kalafiorowym uchu. Widać – niespełniony bokser. Skubał furunkuł[1] na prawym policzku. Niestarannie zaczesane, brudne włosy oblepiały mu czubek wysoko sklepionej głowy opadając strąkami ku wydatnym uszom. Na flanelową koszulę w czerwono-białe paski narzucił firmowy uniform z grubego, granatowego sukna. Takaż czapka leżała bezpańsko na stole.

– Pan Knauer… Dzień dobry! – Odwrócił się na skrzypiący dźwięk nienaoliwionych zawiasów.

– To jest pan Arnold Upust. Kierowca o jakim panu wspominałem.

– Dzień dobry. – Skinąłem głową.

– Czym mogę panom służyć?

– Przedstawiam panu Karlowi załogę. Będzie pełnił obowiązki kierownika biura. Ma pan na dzisiaj jakieś zadania? – Wyrzucił jednym tchem ze swej przepastnej klatki piersiowej.

– Jeszcze nic mi nie przekazano.

– Dobrze więc. Proszę sobie nie przeszkadzać. Idziemy dalej zwiedzać. – Knauer skinął do niego głową co odebrałem jako sygnał abym dokładnie sobie tego gościa obejrzał i zapamiętał.

Wróciliśmy na podwórze by podejść do znajdującej się tuż przy bramie stróżówki. Poznałem tu pana Josefa Burghardta, męża sprzątaczki. To on mnie tutaj tak milcząco przywitał na początku. Tym razem był zdecydowanie uprzejmiejszy. Żeby nie powiedzieć, że wylewny do bólu. Okazało się, że mieszkają z żoną na terenie firmy i są cały czas do dyspozycji w razie potrzeby. Przełamawszy lody, czyli po wypaleniu paru moich papierosów, ruszyliśmy z Knauerem dalej. Pozostał nam do obejrzenia wielki zbiornik na paliwo stojący w głębi podwórza, pomiędzy dwoma budynkami garaży. Zapoznałem się z zasadami bezpieczeństwa oraz tankowania pojazdów. Przy tych wywodach natychmiast naszła mnie myśl o palącym tutaj papierosa szoferze. Musiał skurczybyk być ognioodporny. Był też niezwykle szarmancki wobec sekretarki, którą intensywnie adorował gdy wróciliśmy na górę do biura. Knauera wyraźnie to bawiło i niewiele czynił aby ukryć swoją wesołość. Mi także udzielił się ten dobry humor, dlatego zostawiając ich samych próbowałem jedynie resztkami sił powstrzymać się przed wybuchem głośnego śmiechu.

– On zawsze tak? – Zapytałem starannie zamknąwszy za sobą drzwi.

– Biedaczek ciągle ma nadzieję, że coś wskóra. Od kiedy tu z nim przyjeżdżam.

– Optymista. – Rzuciłem z uśmiechem zasiadając w fotelu. Herbata zdążyła wystygnąć więc zająłem się kruchymi ciasteczkami. W sekretariacie rozwrzeszczał się telefon.

– Hmmm… – Zamyślił się splatając dłonie pod brodą. – W zasadzie chyba wszystko panu przekazałem. Jeśli czegoś nie będzie pan wiedział to proszę do mnie dzwonić. Kilka dni spędzę jeszcze w Breslau bo mam do omówienia poważny kontrakt. Zatrzymałem się w hotelu Monopol. Pokój numer 34. Łączą przez recepcję. Tu ma pan numer. – Zostawił na stopie lampy wizytówkę, na odwrocie której wpisał rząd cyfr.

– A przyczepy gdzie trzymacie? – Zapytałem z pełnymi ustami.

– Właśnie. Wynajmuję plac parkingowy przy Frankfurter Straβe 188[2]. Koło Schwarz-Weiss Tankstelle[3]. Wie pan gdzie to jest?

– Tak. Mam tam obok warsztat co mi wóz reperuje.

– Doskonale. Tu w szafie ma pan pudełko z dokumentami. – Wydobył na światło dzienne niewielką, drewnianą skrzyneczkę z przegródkami z cienkiej sklejki. Były w niej powstawiane na sztorc dokumenty rejestracyjne. – Są tutaj wszystkie papiery pojazdów. Każdy kierowca musi mieć je przy sobie jadąc do zlecenia. Wie pan, w razie policyjnej kontroli. – Potaknąłem kiwając głową. Policja bowiem była ostatnio niezwykle upierdliwa w tych sprawach, ale co się im dziwić? Biurokracja wkraczała do każdej instytucji, urzędu czy służby. Niedługo by skorzystać z miejskiego szaletu trzeba będzie dysponować stosownym zezwoleniem opieczętowanym dużą ilością ptactwa w okręgach[4]. – Najlepiej dostarczyć je sekretarce gdy wiadomo już kto ma jakie zadanie danego dnia. Ona wystawia wszystkie stosowne dokumenty przewozowe i komplet przekazuje kierowcy, który jest w stanie to zrealizować.

– Skąd mam wiedzieć jaką przyczepę do jakiego zlecenia mam wybrać?

– Do stałych zleceń to panna Tröpfchen wszystko sama powie. W zasadzie takimi zleceniami nie będzie się pan musiał zajmować. Jedynie jakieś doraźne. Ale na pewno da sobie pan radę. W razie problemów proszę pytać. Albo mnie albo mechaników na dole. Doradzą jakby miał pan jakieś wątpliwości. Mam do nich zaufanie.

– W tej sprawie też? – Upewniłem się.

– Chyba tak, choć to raczej przeczucie mówiące o ich dobrej woli. – Stojący tuż przed nim na biurku telefon zaczął podskakiwać słuchawką. Uniósł ją do ucha i wcisnął czerwony przycisk na obudowie. Odezwał się po chwili milczenia. – Doskonale się składa. Proszę przynieść. – Odłożył ją na widełki, a po chwili drzwi od sekretariatu otworzyły się przepuszczając niewielką postać Anne-Marii. Położyła na biurku tekturową teczkę i wyszła bez słowa. – Proszę podejść. – Knauer zwrócił się do mnie czym przerwał mi kontemplację jej tyłka. Posłusznie stanąłem więc za nim, a on rozłożył przed sobą znajdujące się w teczce dokumenty. Przyjrzałem się im w milczeniu.

– Dostaliśmy jakieś zlecenie? – Dojście do takiego wniosku nie wymagało ode mnie jakiegoś dramatycznego wysiłku intelektualnego gdyż nagłówek pierwszej z kartek informował, że jest to „List przewozowy”.

– Tak. Pokażę teraz panu jak to wszystko działa. Na przykładzie. Ma pan tutaj wypisane przez pannę Tröpfchen zlecenie. To to. – Wyciągnął spod spodu stosowny formularz. – Tutaj napisany jest zleceniodawca, czyli ten kto za transport będzie płacił, komu trzeba wystawić rachunek. Tu jest adres odbioru towaru, adres dostawy, rodzaj ładunku i termin realizacji. Wskazywał poszczególne miejsca palcem.

– To proste.

– Oczywiście. Tutaj ma pan list przewozowy. To musi dostać kierowca wraz z dokumentami przyczepy oraz wozu. Jak pan widzi trzeba przewieźć przygotowany do odbioru w Striegau[5] blok granitu i dostarczyć go do pracowni profesora Jaroslava Vonki[6]. Mają tam przygotować jakąś podstawę pod rzeźbę czy coś. To w oficynie przy Kaiserin Augusta Platz 3[7]. Taki ładunek trzeba transportować platformą, więc kierowca powinien dostać dokumenty takiej właśnie przyczepy. Proszę. Niech pan znajdzie odpowiedni papier. – Podał mi skrzyneczkę, a ja przejrzawszy jej zawartość wybrałem ten komplet, który mi się wydał najodpowiedniejszy. Położyłem go przed nim, a on potwierdził mój wybór skinieniem głowy jakbym był co najmniej jego synem i właśnie oglądał moją wyborną cenzurkę. Można było nabrać przekonania, że jest ze mnie dumny. Ciekawe jak długo będzie trwał ten stan?

– Doskonale. Do tego kierowca musi mieć ze sobą pasy ściągające. Łańcuchy i napinacze są na wyposażeniu przyczepy. Zasadniczo powinien pamiętać i sam je pobrać od chłopców z magazynu. Jest na dole tylko jeden szofer więc wielkiego wyboru nie mamy. Ale to w sumie całkiem dobrze się składa. – Poskładał wszystko starannie do teczki i zaczął się podnosić do pionu. – Chodźmy więc. – Założyliśmy płaszcze bo za oknem padało coraz mocniej, i z teczką pod pachą zeszliśmy na dół. Kierowcy przekazaliśmy zlecenie i zarządziliśmy aby podstawił wóz IK050815 do tankowania. Owinięci szalami, z rękawiczkami na dłoniach kryliśmy się pod niewielkim, czerwonym daszkiem dystrybutora przed zacinającymi płatkami śniegu. Osłona była raczej iluzoryczna choć rozpostarty i trzymany przeze mnie parasol zdołał w jakimś minimalnym stopniu nas przykryć nasze osoby. Upust rozwarł wrota garażu i wyprowadził odpowiednie auto. Knauer wyciągnął z kieszeni płaszcza pęk kluczy ze słowami:

– To są klucze do wszystkich zamków. Ten niewielki otwiera kłódkę zabezpieczającą dystrybutor. – To mówiąc zdjął łańcuch blokujący możliwość uniesienia pistoletu. Ten klekocząc okami ciężko opadł na udeptaną, brudną i wilgotną glebę gdzie wszystkimi kolorami tęczy mieniły się rozlane oka benzyny. Nałożył specjalne, gumowane rękawice i przeciągnął wąż w kierunku pojazdu. Pomiędzy jego osiami wisiał opasany szerokimi obejmami zbiornik paliwa wyglądający niczym znacznie powiększona skrzynka na narzędzia. Knauer odkręcił korek i wsunął wąż do środka. Wrócił do dystrybutora. Ponownie sięgnął do kieszeni i pokazał płaski klucz patentowy, który wsunął w otwór z boku urządzenia. Za ścianą magazynu ożył kompresor.

– Czy to ten zestaw Rahmke zawsze miał przy sobie?

– Tak. Dokładnie. Trzeba poczekać aż ciśnienie będzie odpowiednie. – Postukał palcem w manometr. – Tu na tarczy ma pan zaznaczone. Strzałka musi być między tymi dwoma kreskami. Zanim zacznie pan nalewać trzeba zapamiętać stan liczydła. Trzydzieści tysięcy osiemset sześć i pół litra. – Wrócił do samochodu i nacisnął spust. Cyfry z klekotem zaczęły przeskakiwać. Minęło z pięć minut, w czasie których kierowca przyniósł z magazynu przetłuszczony pęk pasów wyglądających jak gigantyczne, zwymiotowane spaghetti i wrzucił go do szoferki pod nogi miejsca dla pasażera. – Pan podejdzie. – Knauer skinął na mnie głową. Spojrzałem do wnętrza zbiornika. Lustro cieczy sięgało dolnej krawędzi wlewu. – Proszę zawsze tankować tyle, żeby sięgało niemal do krawędzi korka. Widzi pan?

– Do pełna.

– Tak. To bardzo ważne. Musi pan o tym pamiętać.

– Dobrze. – Odwiesił pistolet na dystrybutor, wyjął klucz z boku, kompresor zamilkł, i śliniąc ołówek kopiowy zanotował w dyndającym na sznurku kajecie o drewnianej oprawie wartość wskazywaną przez liczydło. Była wyższa o osiemdziesiąt pięć niż początkowa. Szofer wspiął się do kabiny i uruchomił silnik. Pochłonął nas kłąb niebieskawych spalin.

– Zapamiętał pan ile wlałem?

– Jasne.

– Wie pan gdzie to trzeba odnotować?

– Tak.

– To dobrze. Wierzę, że pan sobie poradzi.

– Cieszy mnie pańska wiara. Tak przy okazji: nie sądzi pan, że byłoby dobrze gdybym pojechał z nim na to zlecenie? – Kiwnąłem głową w kierunku szoferki.

– Właściwie może to nie głupi pomysł? – Zasępił się. Po chwili wstąpił na stopień i otworzył drzwi od strony pasażera. Krzyknął do środka na Upusta by ten dołączył do nas. – Pojedzie pan z panem Karlem. Niech zobaczy jak pracujemy w terenie. – Zwrócił się do niego.

– Dobrze. – Zgodził się raczej bez specjalnego entuzjazmu.

– Proszę zaczekać. Za chwilkę wracamy.

Poszliśmy do sekretariatu skąd po wydano mi dokument potwierdzający zatrudnienie w firmie, dostałem też firmowy uniform i czapkę oraz zaliczkę na poczet wydatków związanych z delegacją. Po dopełnieniu formalności zająłem miejsce w szoferce obok zmartwionego Upusta i podskakując na krawężnikach wytoczyliśmy się na Friedrich Karl Straβe. Pojechaliśmy w milczeniu na wspomniany parking zabrać przyczepę. Następnie wróciliśmy do centrum aby przez Straβe der S.A.[8] wyjechać na autostradę. Zbliżała się godzina trzecia po południu gdy dotarliśmy na miejsce po ładunek. Wielki kloc granitu za pomocą suwnicy trafił sprawnie na platformę, którą opasaliśmy szczelnie brudnymi pasami spod moich nóg i łańcuchami o okach grubych jak kciuk. Całość wyglądała po naszych zabiegach jak wielka kula żuka gnojarza opleciona i przyklejona do niskiej patelni na kołach. Ruszyliśmy w drogę powrotną. Ja niestety nie byłem przygotowany, ale Upust miał kanapki. Uzgodniliśmy więc, że staniemy na popas w restauracji A. Reischa w Järischau[9]. Ten zlokalizowany tuż przy drodze, prosty budynek, z chęcią nas przygarnął i ugościł zaparowanym, dusznym wnętrzem. Napełniliśmy żołądki Schlesisches himmelreich[10], co uchodziło tutaj za najbardziej wykwintne danie. Nie chciałem wiedzieć co serwują gdy szef kuchni ma akurat rozstrój żołądka. Smętny, zmęczony kelner o spoconym licu był tak znudzony, że nie wykazał najmniejszej chęci w występowaniu o napiwek. Nic by nie dostał, bo podane pod koniec piwo było ciepłe niczym szczyny małego pieska i kompletnie pozbawione gazu. Po jakiejś godzinie ruszyliśmy do Breslau. Włączone w kabinie ogrzewanie powodowało, że szyby parowały notorycznie i musiałem je przecierać coraz bardziej mokrą szmatką. Z drugiej strony wycieraczki nie nadążały zbierać gromadzącej się wody po osiadających i roztapiających się płatkach lepkiego śniegu. Ciemno już było gdy minęliśmy wiadukt kolejowy koło Süd Park[11]. Czekała nas jeszcze przeprawa przez miasto i wjazd wąskimi uliczkami na Kaiserin Augusta Platz. Upust musiał się niezwykle nagimnastykować aby wjechać tyłem pod przygotowany już dźwig, który uwolnił nas od wiezionego ciężaru. Na koniec zostawiliśmy za sobą Siegesdenkmal[12] oraz pogrążony w lepkim, wilgotnym i mglistym mroku park rozlokowany wokół promenady ciągnącej się wzdłuż brzegu rzeki. Oświetlające go lampy powodowały, że całość kąpała się w gęstej zupie mlecznej. Ruszyliśmy żwawo Burg Straβe[13] wzdłuż milczących, umocnionych granitem brzegów Oder[14] aby odstawić przyczepę na parking. Mniej więcej o dziesiątej wieczór pan Burghardt otwierał przed nami bramę. Kierowcę odesłałem bez zbędnych ceregieli do domu, a sam, spisawszy uprzednio dokładnie liczbę przebytych dzisiaj kilometrów, ruszyłem na górę aby zapaść w mocny i głęboki sen na niezwykle miękkim sienniku łóżka ustawionego w ascetycznie umeblowanym pokoju. Stróż napalił dla mnie w piecu więc miałem ciepło i po błyskawicznej ablucji w letniej wodzie byłem gotowy oddać się w objęcia Morfeusza. Zdołałem tylko dokonać odpowiednich wpisów we wszystkich potrzebnych rubrykach raportu i zasnąłem przyłożywszy go do piersi.

<< Przejdź do rozdziału 3; Przejdź do rozdziału 5 >>

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *