Kłamałem… – 2

2.

Otworzyłem oczy. Był piękny, słoneczny poranek, który miałem okazję spędzać z jeszcze piękniejszą Gretą poznaną u generała von Rotkirch. Wpadające przez szparę w zaciągniętych storach promienie słońca powodowały, że jej ciało wydawało się zrobione z polerowanej kości słoniowej. Lekko zaróżowione, było delikatnie wygładzone cudownymi krągłościami niemal do ideału. Ostrożnie zsunąłem kołdrę z jej pośladka i przejechałem po nim opuszkami. Mruknęła coś przez sen. Zegar wybił ósmą. Nie zareagowała. Uszczypnąłem na wysokości lędźwi. Westchnęła otwierając oko i spojrzała kątem na me ramię.

– Chcesz jeszcze? – mruknęła zaspana.

– Bardzo.

– Ty myślisz mnie zamordować?

– Raczej niecnie wykorzystać – uśmiechnąłem się od ucha do ucha.

– Oczywiście. Czego innego można się po tobie spodziewać?

– O niczym innym nie myślałem całą noc.

– Zjadła bym coś – zmieniła temat.

– Zejdziemy na dół. Mam tam znajomą knajpkę. Dadzą nam coś dobrego.

– A ja naiwna myślałam, że sam mi coś przygotujesz – przeciągnęła się.

– Mam jeszcze pewne plany wobec ciebie.

– Tak? – odwróciła się na bok i pozwoliła piersiom zsunąć się w sposób niekontrolowany co zawsze mi się niezwykle podobało u kobiet podobnie obdarzonych przez naturę. – Jakie? – podparła głowę na zgiętej w łokciu ręce i zaczęła się wpatrywać we mnie swymi niemal czarnymi oczami.

– Zawodowe.

– Będę detektywem?

– Przynętą. Chciałbym abyś mi pomogła jednego faceta zatrzymać nieco w sklepie, w którym pracuje.

– Już myślałam, że dostanę broń i będziemy ścigać okrutnych przestępców co to zabili rodzeństwo Fehse[1] – opadła na plecy.

– Niestety. Facet ma sklep z bielizną. Dostaniesz ode mnie wszystko na co zdołasz go naciągnąć. Musi tylko zostać przy tobie co najmniej pół godziny.

– Nie masz pojęcia ile kobieta potrafi wydać w pół godziny. – Zabrzmiało to jak groźba. Albo zapowiedź brutalnej zemsty.

– Zgadza się. Ale nie mam wyjścia. Wstawaj. Idziemy się kąpać i wychodzimy.

– No tak. Mogłam się tego spodziewać – uśmiechnęła się kącikami ust. – Znów będziesz mnie długo masować tak jak wczoraj?

– Z najdzikszą rozkoszą. Chodź – pociągnąłem ją w kierunku łazienki.

Zanim wyszliśmy na Schetniger Straβe musiała sobie ponownie układać włosy. Robiła to z takim wdziękiem, że mógłbym jej fryzurę burzyć co najmniej raz na godzinę. W drodze do Schulmbachów pokazałem witrynę sklepu z bielizną, który jakiś czas temu miał nad wejściem wymalowane A. O Klinner. Dzisiaj bielił się tutaj szyld, na którym niechlujnie od szablonu odrysowano imię i nazwisko: Jacob Bilke.

Nasze śniadanie przerywały wymowne chrząknięcia Marty, która w sposób niedwuznaczny dawała znaki oczami pikującymi w kierunku obrączki zdobiącej palec serdeczny lewej dłoni Grety. Biedaczka nie znała jej roli w moim planie więc mogła go nie zrozumieć, ani tym bardziej akceptować. Ale to ja prowadziłem to śledztwo więc ja wybierałem jego metody. Ta wydała mi się nad wyraz słuszna. I przyjemna.

– Mam tylko długo kupować bieliznę? – umoczyła usta w filiżance kawy podanej pod koniec.

– Zasadniczo tak. Potrzebuję coś sprawdzić. Ale on musi być tam na miejscu więc wejdziemy tam jako para kochanków. Każesz sobie podać dużo modeli do wyboru i zaczniesz je przymierzać. Ja zostawię cię na moment, a jak wrócę to możesz w końcu podjąć decyzję. Proste.

– Jasne. A skąd będziesz wiedział, że on jest w sklepie, a nie idzie za tobą?

– Dam radę. Twoja rola to tylko go tam zatrzymać.

– Mam się przed nim rozebrać?

– W sklepie tego rodzaju byłoby to nawet dość naturalne.

– Nie byłbyś zazdrosny?

– Zastrzelę go na koniec – zażartowałem, dopiłem swoją kawę i zacząłem nakładać płaszcz. Zrozumiała, że czas na śniadanie się skończył i pora do roboty. Wsunęła dłonie w rękawy okutane puszystym futrem i wyszliśmy na trotuar. Minęła nas rozpędzona jedenastka z reklamą jakichś rajstop na burcie. Nasunąłem na dłonie rękawiczki bo było już całkiem zimno. Nad ranem musiał być przymrozek bo zgromadzona wczoraj w rynsztoku woda zamarzła, a że do studni ulicy poranne słońce jeszcze nie dotarło to lód miał się tu całkiem dobrze. Podałem jej ramię, w które ochoczo wsunęła swoją dłoń. Ruszyliśmy pomału w kierunku Scheitniger Stern[2]. Przed witryną naszego celu zatrzymała mnie pokazując za szybą fikuśny gorset. Wyglądał na tyle interesująco, że faktycznie z chęcią bym ją w tym zobaczył. Zdaje się, że byłaby z niej całkiem niezła aktorka. Weszliśmy do środka przykryci drażniącą uszy wibracją elektrycznego dzwonka gdzie przywitał nas drobny jegomość w delikatnym prince-nez. Wyglądał na zasuszonego szczurka z wąskim nosem, usteczkami wielkości małej wisienki i pergaminową skórą na policzkach. Czarne, sztywne  włosy sprawiały wrażenie peruki, która lada chwila groziła oderwaniem.

– Czym można szanownym państwu służyć? – odezwał się prawie falsetem.

– Moja pani chciała coś wybrać. – Greta rozejrzała się z zainteresowaniem po nieco mrocznym wnętrzu.

– Coś konkretnego? – Pomyślałem, że bez specjalnej charakteryzacji mógłby w szkolnym teatrze zagrać mocno wyeksploatowanego przez los gryzonia.

– Greto? Coś miałaś na myśli?

– Tak. Macie na wystawie taki zielony gorsecik z koronką. Tamten będzie na mnie za mały w biuście więc może macie taki sam, ale w odpowiednim rozmiarze?

– Oczywiście szanowna pani. Proszę się rozgościć – wskazał żylastą dłonią dwie ustawione bokiem do siebie sofy obite twardą, lakierowaną na zielono skórą, stojące po środku salonu sprzedaży, który od podłogi po sufit wypełniały różnej maści półki, szafki i regały. Zalegały na nich elementy garderoby, o których przeznaczeniu czasem absolutnie nie miałem pojęcia. Gerda zdjęła swoje futrowe wdzianko i usiadła, a szczurek wspiął się na niewielką drabinkę aby wyjąć z odpowiedniego miejsca to co potrzeba. Gdy wrócił, podał usłużnie mojej pani niewielkie pudełko. Ta ze znawstwem ujęła w palce materiał zawartości, sprawdziła jego grubość i fakturę, podniosła do oczu aby ocenić na ile jest prześwitujący. Na końcu skrzywiła usteczka mocno się nad czymś zastanawiając. Szczurek pochylał się nad nią jakby zaraz miał się przewrócić do przygotowanego grobu.

– Coś nie tak, proszę szanownej pani?

– Wolałabym coś bardziej delikatnego. Tu są za grube szwy. Może pan coś polecić?

– Owszem. Kolor ten sam?

– Nie koniecznie – odezwałem się. – Jednak byle nie w kolorze ciała. Nie lubię takiego koloru bielizny jeśli ma służyć nie tylko do noszenia pod suknią.

– Rozumiem szanownego pana.

– Doskonale. Pan tu jest szefem? – rzuciłem od niechcenia.

– Niestety nie, proszę pana. Pan Bilke, właściciel, jest na zapleczu. Prosić?

– Byłoby bardziej niż wskazane – wydobyłem z płaszcza papierośnicę i, gdy ten podreptał małymi schodkami na zaplecze, podałem Grecie. Zapaliliśmy w milczeniu, a na jej pytający wzrok pokiwałem wolno głową. Bardzo dobrze sobie radziła z tym zadaniem. Po jakiejś krótkiej, ale ostrej wymianie zdań, której szczegółów na szczęście nie słyszeliśmy, wyszedł do nas sporej postury jegomość z okrągłą głową i przylizanymi, rzadkimi, brązowymi włosami na jej czubku. Ubrany w szary garnitur z rypsu bardziej sprawiał wrażenie pederasty, albo raczej właściciela burdelu, niż handlarza damskimi fatałaszkami. Swoistego wdzięku, którego nie akceptowałem, dodawały mu liczne sygnety błyskające z grubych paluchów z poobgryzanymi paznokciami. Nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia, ale też i nie musiał. Zszedł niespiesznie, głośno tupiąc wielkimi stopami o drewniane stopnie, taksując nas jednocześnie wzrokiem małych, prawie szklanych oczu w kolorze trudnym do ustalenia. Było to coś pomiędzy jasnym brązem w barwie kawy z mlekiem, a nijaką zielenią bardziej odpowiednią dla lekko zdefasonowanej tapety w obskurnym kiblu niż dla oczu żywego człowieka. Brązowy wąs przycięty w grubą kołdrę sztywnych włosów miał jednak starannie wypomadowany.

– Bilke. Czym mogę służyć? – Gdybym miał psa, to ten, będąc głodnym, w przyjemniejszy sposób by do mnie warczał domagając się karmienia.

– Panie Bilke. Oto moja kobieta – wstałem. – Chcę jej kupić coś uwodzicielskiego. Zostawię ją pod pańską opieką licząc na doskonałą obsługę i doradztwo w wyborze. Muszę wyjść na moment załatwić coś tu niedaleko, a pan się nią zaopiekuje jak najlepszą koronowaną głową. Nie będzie pan żałował – położyłem na blacie stoliczka do kawy stojącego między sofami sto marek w dwudziestkach. Spojrzał na banknoty, potem na mnie i jeszcze raz na stolik. – Rozumiemy się? – wymownie zawiesiłem wzrok na jego martwym obliczu.

– Widzi pan, mam robotę na zapleczu. Rachunki muszę popisać. Pan Strunz nie może się nią zająć? – wskazał suchego plenipotenta.

– Zdaje się, że mnie pan źle zrozumiał, panie Bilke – zrobiłem dwa kroki w jego kierunku i nachyliłem się tak aby móc spojrzeć w lekko wyłupiaste oczka. Szczurek schował się w cieniu swojego pana. – To jest bardzo piękna kobieta i nie będzie jej w dezabilu oglądał żaden łapserdak. To widok tylko dla wybranych. Zawsze wymagam najwyższej jakości obsługi dla niej i teraz też tak będzie. Proszę więc z łaski swojej odesłać tego pajaca do rachunków i zająć się nią w sposób godny i należyty. Nie pożałuje pan – dołożyłem jeszcze jeden, niebieski, banknot na blat. – Rozumiemy się? – Łapczywym rzutem oka ocenił wielkość rozmiaru Grety i przełknął głośno ślinę.

– Jeśli tylko taka jest pana wola to tak się stanie. Strunz, znikaj. Ja obsłużę panią. – Szczurkowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Ledwo zmieścił się w zakręt korytarza prowadzący do jakiegoś pomieszczenia na zapleczu.

– Greto. Wrócę najdalej za pół godziny. Wystarczy ci tyle czasu?

– Kochanie, jak widzę wybór u pana Bilke to będziesz jeszcze na mnie zmuszony poczekać.

Perfekt! – skłoniłem się, nabiłem na łeb kapelusz i wyszedłem na ulicę.

Skręciłem w lewo gdzie minąłem knajpę Schulmbachów. W drzwiach stał Heinrich, który powiódł za mną wzrokiem gdy skręcałem do bramy. Wszedłem na piętro pokonując szybko szerokie schody, na których mógłby z powodzeniem zawrócić autobus i stanąłem przed wysokimi, sięgającymi sufitu drzwiami. Miały marszczone szybki z równymi falbanami wzorzystej tkaniny rozwieszonej za nimi. Wyciągnąłem etui z wytrychami, ale po chwili namysłu sięgnąłem klucze jakie dostałem od Marty. Byłem ciekaw czy taki kretyn jak Bilke będzie tak zadufany w sobie, żeby ich nie wymieniać.

Był.

Wszedłem do środka i starannie odizolowałem się od klatki schodowej. Nasłuchiwałem przez chwilę aby się upewnić czy kogoś jednak tutaj nie zastałem. Z przedpokoju rozchodziły się dwa korytarze. Ten na prawo prowadził do wymalowanych starannie na biało drzwi. Od nich zacząłem. Salon. Pod ścianami w kolorze brzoskwini stało kilka foteli, serwantka, kredens salonowy z ciemnego drewna i duży stół okryty grubym suknem, na którym rozlała się nieregularną plamą jakaś kawa. Fusy nie zostały jeszcze uprzątnięte. Centralnie na podłodze musiał leżeć kiedyś dywan bo w jego miejscu klepki były jaśniejsze, nie wypalone jeszcze wpadającym przez dwa wysokie okna słońcem. Wyraźnie można było określić jego wielkość i kształt opierając się wyłącznie na kolorze lakieru. W miejscu dywanu był jaśniejszy.

Przejrzałem wszystkie szafki w poszukiwaniu śladu czy sygnału tego co mogło się stać z panem Arielem. Niestety, nawet zdjęcia na ścianie przedstawiały już inną rodzinę. Zdawało mi się, że taka szuja jak Bilke nie może mieć rodziny. Mimo to wisiało kilka fotografii przedstawiających dwie młode kobiety o twarzach niemal dziecięcych. Przytulały się do siebie niczym siostry, ale na dalszym planie nie można było dostrzec zbyt wielu szczegółów, może poza alabastrowymi, nagimi ramionami. Po prawej były jeszcze jedne drzwi. Zamknięte, choć tkwił w nich klucz. Powoli nacisnąłem mosiężną klamkę, która ustąpiła bez najmniejszego oporu i skrzypienia wpuszczając mnie do sypialni. Jej ściany obito miękkim, ciemnym materiałem udrapowanym w podłużne, lekkie fale wyglądające niczym kolumny starożytnej świątyni. Centralnie po środku stało ogromne łóżko ze stalową ramą zwieńczoną złoconymi kulkami. Staranie zawinięty wokół jednej z nich wisiał pejcz z brązowej, grubej skóry. Podszedłem bliżej bo zaintrygował mnie ten element wyposażenia. Chwilę trwało zanim zorientowałem się, że wcale nie trafił w to miejsce przypadkowo. W zmiętej pościeli, na poduszce w małe kwiatki, leżała obroża z nabitymi rombami stalowych ćwieków. Przypięta do niej smycz opadała bezwładnie ku podłodze. Na zdobieniach ramy za głową zwieszały się dwie pary kajdanek. Masywne, policyjne kajdanki bez kluczyków. Zmarszczyłem brwi bo mi się nie chciało wierzyć, aby taki cap jak Bilke mógł korzystać z takich zabawek. Znalazłem ich też więcej w taniej, tekturowej walizie wsuniętej pod łóżko. Wypełniały ją różnej długości i szerokości pasy i paski, miękkie sznurki do krępowania ciała, kilka zwiewnych halek i damskie majtki z otoczonym falbanką podłużnym, pionowym rozcięciem w kroku. Własność sklepu z bielizną zobowiązuje – pomyślałem. Wsuwając ją na miejsce potrąciłem parę niewielkich, męskich lakierek, które na pewno nie pasowały na stopy Bilego. Na atłasowej wyściółce wewnętrznej strony jednego z nich można było dostrzec ciemną plamę rozlewającą się znad kostki.

Już miałem wychodzić gdy moją uwagę zwrócił masywny, drewniany statyw z aparatem 18×24 i dwa jupitery. Wycelowano je w skotłowaną kołdrę. Wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi bo zasłaniały go rozwarte szeroko drzwi. Obrzuciłem więc wnętrze jeszcze jednym spojrzeniem. W górnej szufladzie komody, zajmującej pół ściany między łóżkiem, a oknem pod warstwą średnio czystych ręczników znalazłem sporo zdjęć. Całkiem ładnych. Detali i szerszych planów. Większość przedstawiały nagie ciało jakiejś kobiety. Ujęto ją w różnych pozycjach i kadrach. Było też kilka innych dziewczyn w różnych stadiach roznegliżowania. Nie rozpoznałem ani jednej, jednak przy bliższym poznaniu stało się jasne, że wszystkie wykonano w tym pokoju. Miałem nadzieję, że odłożyłem je w dokładnie takim porządku jak je tu poprzednio wrzucono. Zawsze wydawało mi się, że to ja mam jakieś nieokrzesane myśli i ciągoty, ale zdaje się, że ten świat miał jeszcze dla mnie na tym polu wiele do zaoferowania. Wróciłem do salonu. Starannie powycierałem wszystko to czego dotykałem, przeszedłem też szybko przez kuchnię i łazienkę, ale ponieważ moją głowę zaprzątały głównie myśli o sypialni, nie udało mi się znaleźć niczego co by było w stanie podpowiedzieć jaki los spotkał pana Ariela. Upewniwszy się, że nikt nie korzysta z klatki schodowej, wyszedłem z mieszkania i dokładnie zamknąłem za sobą drzwi. Zanim wróciłem po Gretę musiałem się przespacerować kawałek. Mógł to być przypadek, ale równie dobrze całość mogła się poskładać w zgrabny motyw. Zacząłem nabierać pewności, że poprzedniego właściciela mieszkania spotkało coś ostatecznego. Nie wiedziałem jeszcze tylko dokładnie co.

Piękna Greta czekała na mnie z przepisowo zsuniętymi kolanami perorując z Bilkem siedzącym na sofie tuż obok. Wydawała się rozluźniona i swobodna. Wyelegantowany sprzedawca opowiadał jakiś dowcip, z którego śmiali się wspólnie ukazując zdrowe migdałki. Przerwałem tę sielankę.

– Zadowolona jesteś? – wymownie spojrzałem na Bilkego.

– Tak. Całkiem udane zakupy.

– Bardzo dobrze się składa. Będziesz miała co na siebie założyć dziś wieczorem – bardziej stwierdziłem niż zadałem pytanie.

– Tak jest kochanie – energicznie wstała i przywarła do mnie całą swoją wysokością. Złożyła gorący pocałunek, którego bym się nie powstydził w lupanarze. Oczywiście gdyby tylko panienki tam zatrudnione były skłonne całować w usta. – Dziękuję – wymamrotała z trudem.

– Czy zaliczka wystarczyła? – obejmując ją w pasie zwróciłem się do siedzącego Bilkego.

– Aż nadto proszę pana. Strunz za moment przyniesie resztę.

– Obejdzie się. Niech pan ją zachowa. Skoro Greta jest zadowolona, to i panu coś ekstra się ode mnie należy.

– Bardzo pan uprzejmy – skłonił się tak głęboko, że pomyślałem, że będzie zmuszony wyrzygać swój obiad.

Schatz[3] – przerwała nam Greta – czy pozwolisz mi zamówić jeszcze coś u pana Jacoba?

– Co takiego?

– Zrobię ci niespodziankę. Obecnie nie ma mojego rozmiaru i trzeba sprowadzić. Zgodzisz się? – aksamitną dłonią pogłaskała mnie po policzku.

– Dobrze. Zamówicie. Trzeba coś dopłacić?

– Nie. Niech to będzie mój prezent dla pani.

– Będzie pan miał mniejszy zarobek – skwitowałem.

– Może pan spać spokojnie. Mój zarobek jest wystarczający, a widząc uradowanie pani to i moje serce się raduje. Będzie jej bardzo do twarzy w tym co wybrała. I nie tylko do twarzy. – Puścił do mnie perskie oko, a ja skłoniłem mu się uprzejmie udając, że wiem doskonale do czego zmierzają jego myśli. Z dużym pudełkiem dzierżonym pod pachą wyszliśmy na zewnątrz zostawiając go z nimi sam na sam.

<< Przejdź do rozdziału 1; Przejdź do rozdziału 3 >>

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.