Gryzący dym wspomnień – 4

4.

Biegiem dopadłem Friedrich-Wilchelm Straβe i rozejrzałem się za wolną taksówką. Koszula zdążyła mi się przykleić do pleców zanim jakąś znalazłem. Mimo, że jesień zbliżała się dużymi krokami opadających liści kasztanowców, to słońce dawało jeszcze sporo ciepła, a poranna mżawka sprawiła, że miasto topiło się we własnym pocie. W końcu moje prośby zostały wysłuchane i trafiłem na chętnego do zarobienia na mnie kilku marek. Spocząłem w przeszklonym wnętrzu rozgrzanego akwarium wysokiego, staromodnego pojazdu i ruszyłem niczym członek rodziny królewskiej wystawiony na pokaz publiczny.

Łysy taryfiarz wysadził mnie na brukowanym łuku podjazdu prowadzącym do wejścia głównego dworca. Pchnąłem drzwi auta i zanim zdążyły się zatrzasnąć na powrót, pokonałem już cztery, malowane na biało, stopnie prowadzące pod zdobione, drewniane zadaszenie zawieszone nad portykiem. Wbiegłem do środka przez masywne wrota rozpychając na boki dwóch bagażowych czekających na kolejne wózki do pchania. Wiedziałem, że młody Wrexler będzie mnie od tego momentu śledził, musiałem mu więc pokazać, że nie mam ogona. Dlatego moje ruchy musiały być możliwie najmniej racjonalne i przewidywalne. Kluczyłem zmieniałem kierunek marszu, wchodziłem na podwyższenie poczekalni drugiej klasy, przystanąłem przed automatem biletowym, zastanawiając się do której stacji kupić bilet. Od gazeciarza wziąłem jakieś wydanie z dużymi zdjęciami tłumów z Norymbergi i drącym się z pierwszej strony tytułem: Reichsparteitag Resümee!, przeszedłem do końca hallu, w którym zlokalizowano kasy bagażowe i szafki na bagaż dla pasażerów indywidualnych. Po chwili wróciłem do wejścia do tunelu pod peronami i zakręciłem się wokół bileterów skulonych za swoimi kontuarami. W końcu gwałtownie odwróciłem się na pięcie i wbiegłem na schody prowadzące do restauracji. Miałem wrażenie, że przy żeliwnym słupie podtrzymującym sklepienie, tuż obok wiszącego nad nim zegara, dłubie w zębach chudy i wysoki młodzieniec o ospowatej twarzy. Kelnera, który podszedł do mnie jako pierwszy, poprosiłem o stolik na zewnątrz i zostałem wyprowadzony pomiędzy wysokimi, białymi doniczkami z bukszpanem na zbudowany z drewnianych deszczułek taras. Aby zniwelować przerwy między nimi, na niemal całej jego długości rozwinięto wzorzysty chodnik, którego świetność minęła mniej więcej w okresie Tudorów. Wybrałem stolik w rogu, pod ścianą, tak aby móc obserwować wchodzących. Powiesiłem marynarkę na wieszaku z toczonymi kulkami zamiast haczyków zawieszonym za moimi plecami. Zamówiłem piwo i czekałem.

Niewielkie parasole nie dawały w zasadzie cienia, w przeciwieństwie do rozłożystych gałęzi okolicznych lip. Różnokolorowe falbanki zwieszające się z ich czaszy falowały na wietrze, który zerwał się i omiatał stoliki próbując porwać leżące na nich wykrochmalone chusty zastępujące obrusy. Dostarczono mi wysoki kufel z emblematem lokalu. Łapczywie zasmakowałem się w jego zawartości. To spowodowało, że nie zwróciłem uwagi na młodzieńca, który przemknął między kelnerami i osiadł na drewnianym, składanym krzesełku obok mnie.

– Dominic. – Miał długą, pociągłą twarz ze śladami po ospie na policzkach. Na cieniutkich włoskach zaczesanych na bok spoczywała czapka z daszkiem w kratkę z materiału, z którego ja bym zrobił co najmniej kamizelkę clowna. Położył ją obok mojego kufla i wyciągnął dłoń tak chudą, że można było bez trudu policzyć wszystkie ścięgna jakie poruszały palcami.

– Willi. – Odwzajemniłem lichy uścisk.

– Jak pan dopije to pojedziemy do Alex?

– Chwila. Muszę sprawdzić czy za tobą ktoś tu nie przylazł.

– Dlaczego miałby mnie ktoś śledzić?

– Z tego samego powodu, dla którego podejrzewałeś, że ktoś może iść za mną. – Rzuciłem zdanie, którego treści oczekiwałem, że się domyśli, choć ja sam nie miałem pewności, czy wiem o czym mówię.

– Niech mi pan powie gdzie jest Alex.

– Dlaczego pytasz? – Odpowiedziałem pytaniem na pytanie chcąc odwrócić nieco bieg wydarzeń i przejąć inicjatywę. Udawałem, że się czujnie rozglądam na boki, jak przystało na detektywa, który wie co robi i ma wszystko zaplanowane.

– Miała wczoraj po tym wszystkim zadzwonić do domu, do matki, ale tego nie zrobiła. Martwię się o nią, bo ona zawsze jak się ze mną umawiała, to dotrzymywała słowa.

– Hmmmm… – Zamyśliłem się. – Jakby ci to powiedzieć? – Miałem z nim problem i trudno było mi to ukryć.

– Coś jej się stało?

– Można tak to ująć.

– To znaczy?

– Alex nie żyje.

– Boże… – Ukrył twarz w swych wychudzonych dłoniach. – Co się stało?

– Została zastrzelona.

– Boże… – Powtórzył jakby to miało mu jakoś pomóc.

– Niestety. Zastrzelono ją, a ja nie byłem temu w stanie zapobiec, choć takie było moje zadanie. Mam nadzieję, że zrozumiesz, że muszę dopaść zabójcę. – Nie chciałem mu zdradzać do końca wszystkich szczegółów tego co się wczoraj działo. Wiedziałem, że ten chłopak miał w tym wszystkim jakąś rolę do odegrania, ale chciałem go zmusić aby sam mi to opowiedział. Być może okaże się pomocny. To była teraz moja jedyna nadzieja

– Cholera. – Spojrzał mi w oczy jakby szukając oparcia. – Cholera. To przecież miało być takie proste…

– Co miało być proste?

– Cała akcja z tym kamieniem.

– Wiem. Mi też się wydawało, że będzie prosto, ale sprawy się skomplikowały. Musimy sobie teraz nawzajem pomóc, bo ci co zabili Alex nie przebierają w środkach.

– Skąd pan wie?

– Wyobraź sobie, że włamali się do jej mieszkania szukając tego kamyka.

– Poważnie?

– Tak. To nie są ludzie, którzy mają w zwyczaju żartować. Dlatego także i stąd będziemy musieli się zaraz ewakuować.

– Myśli pan, że do moich rodziców też przyjadą?

– W zasadzie to nie bardzo wiem po co mieli by do nich jechać. Ale jeśli by tylko domyślili się twojego udziału w tej historii to jest to bardzo prawdopodobne.

– Przyszło mi do głowy, że skoro go szukają to znaczy, że go nie znaleźli, a wygląda na to, że bardzo go potrzebują.

– No właśnie. Sęk w tym, że mordując Alex nic nie zyskali, bo przy niej go nie było. Inaczej by się nie włamywali do jej mieszkania. A przez to wszystko się skomplikowało, ale boję się, że może coś być w tym co mówisz.

– Co robimy?

– Mam pomysł. Pojedziemy do moich znajomych. Oni nas przenocują i będziemy mogli spokojnie porozmawiać o tym co zrobić dalej.

– A dlaczego nie do ciebie?

– Wolałbym cię nie narażać na niebezpieczeństwo. Moje mieszkanie może być obserwowane i noc w nim mogłaby się skończyć równie nieprzyjemnie jak w mieszkaniu twojej siostry. – Kłamstwo przeszło mi bez najmniejszego problemu przez usta. Zaczynałem się sam siebie bać.

– To jedźmy.

– Jasne. – Zapłaciłem rachunek i ruszyliśmy przed dworzec. Na podjeździe czekał tabun wozów z pasami w biało-czarną kratę tuż pod oknami oraz starannie wykaligrafowanymi napisami „Taxi” na burtach. Wsiedliśmy do pierwszego z nich i ruszyliśmy przez miasto. Zaczynało się ściemniać i długie cienie kładły się w głębokich szczelinach ulic między kamienicami. Tylko zwieszające się znad ulic lampy je trochę rozpraszały.

Wydając resztę kierowca odwrócił się w naszą stronę i przez otwór w szybie oddzielającej go od pasażerów nachylił się i zwrócił się do młodego:

– Nie wiedziałem, że jeździsz za ojca. Pozdrów go od starego Horsta.

– Skąd pan wie, że jeżdżę taryfą?

– Numer IK 21921 to wóz twojego ojca, Ditera, prawda?

– No tak, zgadza się.

– Wczoraj widziałem jak leciałeś jego wozem po Tauentzien Straβe.

– Acha. Dobrze. Pozdrowię go od pana. Dziękuję.

– Bywaj chłopcze. – Uśmiechnął się do niego, a ja spoglądając mu prosto w niemal czarne oczy wepchnąłem jego dłoń z monetami reszty z powrotem do jego części wozu. Podsunął mi właśnie pewną myśl, która kłębiła się w podświadomości dość długo, ale dopiero teraz byłem ją w stanie na tyle plastycznie zdefiniować, że wprawiło mnie to w osłupienie. Jak mogłem być tak niedomyślny?

Weszliśmy w tunel prowadzący na podwórko zlokalizowane z tyłu lokalu Heinricha Schulmbacha. Próbowałem się rozglądać, ale w zapadającym zmroku mój wzrok nie był w stanie wyłapać zbyt wielu szczegółów. Tylko przekraczając przed chwilą chodnik miałem wrażenie, że kątem oka dostrzegłem stojącego w mojej bramie gościa czytającego gazetę. Musiałbym być przedszkolakiem, aby nie rozpoznać w nim tajniaka, który miał za zadanie pilnować czy przypadkiem nie pojawiam się w okolicy. Na całe szczęście wysoka buda taryfy zasłoniła nas na tyle długo, że zdążyliśmy zniknąć zanim jemu udała się trudna sztuka identyfikacji.

Głośnym echem od odrapanych ścian odbijały się nasze trzewiki tupiące o podłoże. Nie przeszkadzało to postawnemu gościowi, odzianemu w niebieskie, drelichowe spodnie z klapą na piersi, wrzeszczeć na dwie kobiety zawinięte w poszarpane swetry, klęczące na cegłach wyściełających przejście.

– Co sobie myślicie?! Ścierwa jedne! Brać się do roboty! Bo was psami poszczuję! – Wrzeszczał aż mu się piana na usta puściła. Zaskoczył nas taką reakcją więc stanęliśmy i staraliśmy nie zwracać na siebie uwagi. Może i do nas miałby o coś pretensje? Przywarliśmy do ściany i przesuwaliśmy się w lewo, w kierunku tylnych drzwi restauracji Schulmbachów. Osiłek, którego zatknięty na czubku głowy czarny melonik z trudem opinał brudne od potu, brązowe włosy, wziął zamach i kopnął szpicem buta jedną z kobiet w udo. Ta upadła na bok. Natychmiast z pomocą przyszła jej druga, młodsza, zasłaniając swoim ciałem. Wyciągnęła rękę aby osłonić twarz.

– Niech nas pan nie bije, panie Bilke. Zaraz będzie tu czysto jak pan przykazał. – Spod chustki owijającej głowę wysunęły się jej jasne pasemka długich włosów. Kiedyś musiała być całkiem ładna, ale brudna i zmęczona twarz z cieniem pod lewym okiem dawały obecnie inny obraz. Czarne obwódki okalające połamane paznokcie zaciskające się na włochatej szmacie do podłogi i ryżowej szczotce podkreślały jej rozpaczliwe położenie.

– Ja myślę, żydowskie pomioty! – Trochę mu przeszło. – Jeszcze raz taki numer, a będzie z wami tak jak z ojcem. Zrozumiano?

– Tak, panie Bilke. – Obie trzęsły się ze strachu.

– A ty, Ryfka, na koniec masz być czysta na wieczór. Żebyś mi nie śmierdziała jak ostatnio. Pasem przez tyłek dam i znów na nim nie usiądziesz. A wiesz, że musi ładnie wyglądać!

Ostrożnie oddalaliśmy się z przejścia i po cichutku dotarliśmy do celu naszej eskapady. Cały czas głowę miałem zwróconą w kierunku skąd dochodziły głosy awantury więc nie widziałem tego co działo się przede mną. Dopiero gdy odbiłem się od pulchnego brzucha Heinricha, niczym piłka od twardej ściany, zdałem sobie sprawę, że on również ogląda to co się tam działo. Widział mnie wcześniej, ale nie zwrócił uwagi na nasz wypadek. Bardziej zajmowało go wsłuchiwanie się w wydarzenia w bramie. Na koniec dobiegł stamtąd brzęk toczącego się po bruku wiadra. Krzyki ucichły. Wtedy opuścił wzrok na nas.

Idąc tutaj bałem się czy tylne drzwi wyszynku Heinricha nie otworzy mi ktoś, komu za trud codziennej pracy płacą w kasie na Schweidnitzer Stadgraben[1]. Teraz modliłem się aby ten, słusznej postawy jegomość właściciel, nie był dla mnie równie surowy.

– Węszyli jeszcze? – Zacząłem niepewnie.

– Takie tam węszenie. – Machnął ręką. – Nie. Pytać o ciebie nie pytali, ale był tu taki jeden. Rozglądał się, nic nie zamawiał. Ani chybi, szpicel. Cóżeś chciał?

– Przenocować.

– Oszalałeś?

– Bynajmniej. Przenocujecie mnie i mojego przyjaciela? – Błagalnie wskazałem skinieniem głowy na stojącego za moimi plecami Dominica.

– Ty już do reszty postradałeś zmysły. – Mimo wszystko odsunął się i wpuścił nas do środka. Cały czas niewysokie jego czoło marszczyła błyskawica skupienia. Miałem wrażenie, że stale czegoś nasłuchuje za naszymi plecami. Zanim zamknął ostrożnie drzwi rozejrzał się jeszcze za nimi. Miałem nadzieję, że w poszukiwaniu symptomów pogoni. Myliłem się. Wsparta o stojący na środku stół kuchenny czekała Magda.

– Znów je bije? – Zwróciła się do męża.

– Tak. Tym razem poszło mu o brudne przejście i klatkę schodową.

– Przecież od wczoraj nie mogło się zakurzyć. – Twarz Magdy wyrażała troskę każdą zmarszczką, każdym zagłębieniem i fałdką skóry. – To przechodzi już ludzkie pojęcie. – Miałem wrażenie, że założyłem płaszcz powodujący niewidzialność. Pomachałem więc ramionami niczym jakieś wypłowiałe ptaszysko aby im przerwać:

– To jak będzie? Przenocujecie nas?

– Siadaj. – Heinrich wskazał mi ten sam taboret, który zajmowałem rano. Dominic pozostał osamotniony wsparty niepewnie o gruby blat służący do rozbioru mięsa. Usiadłem.

– Chciałem was prosić o przysługę. – Zacząłem powoli patrząc im w oczy w poszukiwaniu nikłej mgiełki współczucia. Raczej bezskutecznie. Równie dobrze mógłbym to robić w stodole pełnej siana. Także i tam odpowiedzią byłyby harce myszy pod ścianami. – Nie mogę wracać do domu, bo tam w bramie siedzi szpicel i tylko na nas czeka, ale muszę, z tym oto młodym człowiekiem, porozmawiać w spokoju.

– Kto to jest? – Machnięciem ręki Magda przerwała mój wywód.

– Dominic Wrexler. To brat Alexandry. On jest dla mnie bardzo ważny. Myślę, że pozwoli mi udowodnić, że nie miałem z jej śmiercią nic wspólnego. – Spojrzeli na niego badając wzrokiem czy ich nowy gość może rzeczywiście być tym o kim mówię. Dominic w tym czasie chrząknął zmieszany. Nie chciałem wiedzieć co sobie o mnie myśli w tej chwili.

– Zanieś tę karkówkę panu Dornowi bo się pewnie już niecierpliwi. Nalej mu piwa jeszcze na nasz koszt. Posiedzi cicho i nie będzie zawracał głowy. – Zwróciła się pulchna właścicielka do równie sporego wybranka. Ten posłusznie nałożył na duży talerz mięso, wybrał drewnianą łyżką, z dużego garnka na piecu, pastę ubitych ziemniaków, przyprószył je koperkiem i pietruszką, dolał gotowaną marchew, wrzucił na górę skwarków z patelni i wyszedł na salę jadalną zostawiając nas samych. Odniosłem wrażenie jakby to nie on w tym domu nosił spodnie. Nie było to całkiem pozbawione podstaw.

– I co ja mam z tobą zrobić? – Zwróciła się tym razem do mnie nerwowo obracając na palcu jakiś pierścionek niknący co chwila w fałdach skóry.

– Przenocować. – Odparowałem bezczelnie.

– Ech. – Kolejny raz machnęła ręką. – Pewnie byś i tak sobie nie poszedł. – Z wbitego we framugę drzwi gwoździa do mocowania końskich podków zdjęła klucz z wielgachnym uszkiem w kształcie serca i rzuciła go w moją stronę. – Macie napalić w piecach aby ciepło było. Noce teraz coraz zimniejsze.

– Jak ja ci się odwdzięczę?

– Nie wiem jak. Może wyszorujesz mi kiedyś wszystkie okna.

– A nie masz jakiejś lżejszej roboty?

Roześmiała się. Zabrzmiało to jakby indyk zadławił się ością. Wszystkie trzy jej podbródki wpadły w rezonans i nabrałem obaw, że zaraz spowodują, że głowa jej odpadnie od tułowia. Nagle zamarła i uniosła palec wskazujący ku sufitowi jakby chciała nim rozstrzelać wszystkie muchy tam krążące.

<< Przejdź do rozdziału 3, Przejdź do rozdziału 5 >>

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *