Trzeba tylko chcieć – 3

3.

Poranne igraszki z Gretą wyszły mi na zdrowie o tyle, że wykorzystałem ją jeszcze niecnie w sposób przybliżający mnie do rozwiązania zagadki zniknięcia pana Klinnera. Gdyby nie ona, nie byłbym w stanie dostać się do mieszkania Bilkego. Na szczęście udało się, a ta eskapada mocno posunęła mnie do przodu. Po wszystkim odwiozłem ją pod dom udając szofera generała. Żałowałem tylko, że nie byłem w stanie nakłonić jej na pożegnalnego buziaka. Na całe szczęście nie miała nic naprzeciw abym w czasie jazdy trzymał wolną, od zmieniania biegów, dłoń na jej kolanie. Wzbraniała się tylko strasznie przed wręczeniem dwudziestu marek, o których wspominała przez telefon. Uznałem jednak, że jeśli cała bajka ma mieć znamiona prawdy, to powinna je ode mnie dostać. Bynajmniej wcale nie dlatego, że za usługi seksualne przyzwyczaiłem się płacić. Nic z tych rzeczy. Nie chciałem aby miała przeze mnie jakiekolwiek kłopoty więc uznałem, że tak będzie po prostu lepiej. Oczywiście zakupioną u Bilkego bieliznę zostawiła na tylnym siedzeniu mojego wozu. Stwierdziła, że będzie musiała wymyślić jakiś pretekst aby bez podejrzeń męża przynieść ją do domu. To dawało nadzieję, że będę miał okazję ją jeszcze kiedyś zobaczyć.

Było już dobrze po południu gdy podjechałem na Zwinger Platz[1]. Pod drzwiami biura czekała brązowa koperta z legitymacją. Rozerwałem ją i przyjrzałem się zdjęciu. Moja gęba nigdy mi do munduru nie pasowała, ale ktoś zadał sobie całkiem sporo trudu aby wyretuszować zdjęcie jakie ode mnie dostali i wkleić je w podobiznę jakiegoś hauptmanna. Nie wyglądało to najgorzej w tym znaczeniu, że ktoś się mocno postarał aby dobrać podobne do siebie ujęcia jeśli idzie o światło i cienie. Od kiedy przestałem być policjantem nabrałem jakiegoś rodzaju alergii na wszelkiego typu stroje formalne. Może kiedyś mi przejdzie. Kartonik wsunięty był w plastikową oprawkę z celuloidowym okienkiem tak że można było go dokładnie obejrzeć z każdej strony i nie był narażony na zniszczenie. Umieściłem go w wewnętrznej kieszeni płaszcza, zamknąłem drzwi za sobą i pomaszerowałem w kierunku Schuhbrücke. Do barbiera nie miałem daleko więc wóz został na swoim miejscu, a że z niskich chmur nic nie miało ochoty padać uznałem, że dobrze będzie zrobić kilka kroków pieszo. W ostatniej chwili coś mi jednak podpowiedziało, że dobrym pomysłem będzie zabranie ze sobą parasola.

Do pokonania miałem nędzny, stary dziedziniec na zapleczu palarni kawy Stieblera[2], brukowany kocimi łbami pamiętającymi jeszcze oblężenie Breslau przez francuzów oraz podwórko obskurnej kamienicy przy Kleine Groschen Gasse[3]. Nie minęło jednak dziesięć minut gdy zatrzymałem się naprzeciw nowoczesnego, przeszklonego jak akwarium, domu handlowego Petersdorffa[4]. Wsparty łokciem o słup ze znakiem zakazu parkowania zapaliłem papierosa i czekałem. Do szesnastej brakowało jeszcze dziesięć minut i bardzo chciałem aby pani generałowa nie miała w zwyczaju przychodzić przed czasem. Ruch panował całkiem spory. Co chwilę musiałem ustępować miejsca jakiemuś przechodniowi. A to wychudzony młodzian biegł ze spiętymi skórzanym paskiem książkami przerzuconymi przez ramię, a to jakaś matrona wyprowadzała wyleniałego kundla na spacer, a to obwieszony tablicami reklamowymi bezrobotny dorabiał do darmowej zupy. Dwa razy podszedł do mnie jakiś penner[5]. Posłałem go w krótkich słowach do wszystkich diabłów więc przeszedł na drugą stronę ulicy i zaczął polowanie przy wielkich oknach wystawowych skrytych w cieniu wysuniętego nieco poza obrys całego budynku pierwszego piętra. Pech chciał, że nad moją głową kusząco zwieszał się okrągły szyld małej piwiarni serwującej całą gamę produktów koncernu Schutlheissa. Zajrzałem tam przez wąskie okno sięgające od sufitu do wysokiej podłogi, co wypadało mniej więcej na poziomie mojego pasa. Ponieważ do środka wchodziło się po czterech wydeptanych schodkach pozbawionych farby widziałem tylko nogi gości siedzących przy blatach wprawionych w ściany. Dla lepszego opanowania w trakcie trudnej, jak się spodziewałem, rozmowy z panią generałową stwierdziłem, że bezpieczniej będzie jak ograniczę się do kawy. Niestety żaden z okolicznych lokali serwujących ten napój nie chciał mieć witryny z widokiem na przybytek pana Kwoitka. Musiałem zatem wziąć się w garść.

Nowe dzwony zawieszone na szczycie wież Maria Magdalena Kirche[6] wybiły cztery razy. Chwilę później przed znakiem zatrzymała się czarna taksówka, a szofer na wąski chodnik wyprowadził mój cel. Miała na sobie szykowne, białe futro i kapelusz wielkości całkiem sporej miski na pranie. Spod zwierzaka wystawała powłóczysta sukienka w kolorze wygrzanego na plaży piasku skrywająca nawet kostki. Zapłaciła po czym weszła do zakładu brzęcząc dzwonkiem zawieszonym nad drzwiami. Zastanawiając się jak ją podejść przespacerowałem się jeszcze dwa razy tam i z powrotem pod oknami udając, że na kogoś czekam. Za pierwszym razem widziałem jak zostawia palto na drucianym wieszaku przybitym do boazerii na ścianie. Za drugim, z małą gumowaną pelerynką zarzuconą na ramiona, pracownica wyprowadzała ją do jakiegoś pomieszczenia w głębi. Najpewniej w celu zapewnienia luksusu kąpieli jej mysim włosom. Zdjęcie jakie ciągle spoczywało w mojej kieszeni nie oddawało poprawnie tego koloru. Ta scena podsunęła mi pewną myśl więc wszedłem do środka.

– Czym możemy szanownemu panu służyć? – zza drewnianego przepierzenia przypominającego nieco przerośnięty bar wyszedł gładkolicy facecik o wypielęgnowanych palcach i pociągniętych lakierem bezbarwnym paznokciach, którymi bawił się na wysokości chuchrowatej piersi. Dałbym się pokroić, że usta też ma posmarowane czymś lepkim, błyszczącym i przywołującym kiepskie skojarzenia. Luźna, rozpięta pod szyją koszula z jakiegoś lekkiego materiału ukazywała starannie wyskubany dekolt sięgający poniżej pępka. Wybrylantowane, zaczesane do tyłu, długie włosy lśniły w ostrym świetle żarówek zapalonych wokoło luster trzech stanowisk fryzjerskich. Przed nimi, przykręcone do linoleum, stały chromowane fotele z zagłówkami w kształcie dwóch hokejowych krążków. Dwa z nich były zajęte obsługiwanymi klientkami o posturach całkiem słusznie odżywionych namiotów cyrkowych. Elegant przegładził się starannie wystudiowanym ruchem dłoni od uszu ku karkowi. Wyglądało to tak jakby z włosów chciał stworzyć sobie rodzaj betonowego hełmu.

Wsunąłem rękę do kieszeni i na wyciągniętych palcach bez słowa podsunąłem mu pod nos legitymację jaką przed niedawną chwilą wydobyłem z koperty. Zmarszczył czoło, a usta zbił w ciup.

– To znaczy, że jestem aresztowany? – zdaje się, że miało to być zabawne.

Noch nicht[7] – chłód mojego głosu wystarczyłby do przywiezienia znad Ostsee[8] całego wagonu ryb w nienaruszonym stanie.

– Ufff – odetchnął z ulgą panienki na wydaniu. – Zatem co pana do nas sprowadza? Służbowo?

– Owszem. Prowadź nygusie do generałowej.

– Jakiej generałowej? Nie ma u nas żadnej generałowej – odpiąłem płaszcz i odsunąłem połę tak, żeby zobaczył zawieszoną pod pachą kaburę. Nie dalej jak tydzień temu, dzięki uprzejmości Bruno Eckerta[9], sprawiłem sobie nowoczesnego, polskiego ViSa[10]. Głównie dlatego, że jego dziewięciomilimetrowe kule mają brzydki zwyczaj robienia dużych dziur w przeszkodach, na które natrafiają. Dziur o charakterze ostatecznym, trzeba dodać. Od tego czasu małe PPK[11] leżakowało w szafie. Wczoraj zaś przeniosłem je do nowego, sejfowego lokum. Masywna kolba ViS’a musiała na nim zrobić dostateczne wrażenie.

– Mam zapytać jeszcze raz? – zrobiłem poważną minę, której się przestraszył bo oczy mu się nagle powiększyły tak, że jeszcze milimetr i gałki można by łyżeczką od herbaty ganiać po podłodze.

– My dbamy o dobre imię naszych klientek – mimo wszystko próbował coś dla siebie ugrać.

– W dupie mam o co dbacie, a o co nie. Jesteś na doskonałej drodze do tego abym zawołał tu mundurowych. Jeśli chcesz aby dobre imię tej budy było zachowane, prowadź do generałowej. Muszę jej zadać kilka pytań. Na osobności – zaznaczyłem.

– Obiecuje pan, że ona się na nas nie pogniewa? – zabrzmiało to tak jakby pięciolatek pytał mnie o to czy może zjeść dwie dodatkowe porcje lodów.

– Obiecać to ja ci mogę, że twoją śliczną buźką wysmaruję trotuar stąd do Jahrhunderthalle[12]. Czy chcesz abym ci wstydu narobił przy klientach? – warknąłem i powiodłem wzrokiem po dwóch zapapilotowanych babach, które zajmowały fotele przed lustrami. Krzątające się wokoło nich fryzjerki swoim szczebiotaniem skutecznie zagłuszyły im naszą wymianę uprzejmości. Wymownie sięgnąłem w kierunku kabury. Pojednawczo uniósł dłonie ku górze. Grymas jaki spłynął na jego pudrowaną twarz sprawił, że musiałem bardzo uważać aby nie wybuchnąć śmiechem. Poprowadził mnie w kierunku przejścia na zaplecze, w którym ktoś rozwiesił cienkie sznurki z drewnianymi koralikami. Odgarnął je i zniknął w wąskim, trącącym stęchlizną korytarzu o ścianach, których farba złuszczała się całymi płatami. Ewidentnie ten przybytek lata świetności miał już dawno za sobą. Przesadnie zgiętą w nadgarstku ręką popchnął jakieś drzwi i wpuścił mnie przodem do obszernej, wykładanej białymi kafelkami łazienki. Jej duże, okratowane okna wychodziły na zakurzone, brudne podwórko zastawione jakimiś kartonami i skrzynkami z okolicznych knajp. Widziana wcześniej dziewczyna zobaczywszy nas zamarła na ułamek sekundy z palcami zanurzonymi we włosach generałowej, która oddawała się czynnościom z błogim wyrazem twarzy i zamkniętymi oczami. Widać, że nie tylko samo układanie włosów miało wpływ na jej obecność tutaj. Gładkiego urninga[13] odesłałem do poprzednich obowiązków, a dziewczynie szorstkim gestem dałem znać, żeby nie przerywała. Podsunąłem jej pod nos legitymację. Pokiwała głową na znak zrozumienia. Ustawione na komodzie pod ścianą radio przyjemnie nuciło urywane dźwięki Tiger Rag Jamesa Koka. Krótkie, gwałtownie zakończane trąbki próbowały nadążyć za wirtuozerią palców pianisty. Stanąłem za głową generałowej i przyglądałem się ruchom dłoni dziewczyny. W zasadzie od czasu do czasu mogłaby zająć się i moją. Miała na sobie coś w rodzaju połączenia gorsetu z koronkową bluzeczką. Trzymaną legitymacją rzuciłem cień na powieki generałowej. Otworzyła jedno oko. Skoncentrowała się na zdjęciu. Następnie otworzyła drugie i oboma spojrzała na mnie.

– Hauptman Knocke. Czemu zawdzięczam pańską nietypową wizytę?

– Mam kilka pytań, na które pani będzie chciała mi odpowiedzieć.

– Skąd ta pewność?

– Powiedzmy, że obstawiłem taki wynik u bukmachera. Możemy się umówić, że wierzę, że zależy pani na mężu i jego karierze. Ich nieudzielenie, bądź błędne odpowiedzi, mogłyby mu nieco zaszkodzić. – Schowałem dokument i ponagliłem fryzjerkę. Ta skończyła mycie włosów, wycisnęła je, podała ręcznik i wyszła bez słowa drapiąc się po, w sumie nie najgorszym, tyłku. Generałowa wstając z leżanki zawinęła na głowie zręczny kokon, wstała i oparła się plecami o komodę z radiem.

– Od kiedy to Abwehra zadaje pytania będąc w cywilu? Regulamin was nie obowiązuje?

– Jeśli spełni pani moje oczekiwania to zapomnimy, że kiedykolwiek tutaj byłem.

– Dobrze powiedziane. Powiedzmy. Czego pan chce?

– Ma pani romans.

– Gówno to pana obchodzi – warknęła, a jej twarz stężała i przybrała wygląd wrednego gargulca.

– Faktycznie. Mnie gówno do tego, ale panom z SD[14] taka sytuacja jest całkiem na rękę.

– A co ma SD do tego?

– Myślę, że ma.

– Nie specjalnie mnie interesuje to co pan myśli.

– W to nie wątpię. Jednak mi zależy na tym aby przed nimi dotrzeć do tego z kim się pani spotyka.

– Z nikim się nie spotykam – fuknęła gniewnie.

– Wcześniej pani nie zaprzeczyła.

– Bo nie ma czemu zaprzeczać.

– Oboje wiemy, że jakby tak było to by pani zareagowała zupełnie inaczej więc proszę nie utrudniać z łaski swojej. Pani też powinno zależeć na tym abym jak najszybciej sobie stąd poszedł – rozwinęła kokon i rozrzuciła mokre włosy dookoła głowy. Sięgały jej do ramion. Nie były jakieś spektakularne, ale też nie można im nic złego było zarzucić. Zaczęła poszczególne pasma owijać ręcznikiem aby wydobyć z nich resztki wilgoci.

– No to czego pan ode mnie oczekuje?

– Muszę spotkać się z pani żigolakiem.

Eksplodowała żywiołowym śmiechem, od którego jej ciało wpadło w jakiś niekontrolowaną serię podrygów. Po chwili uspokoiła się i spojrzała na mnie z politowaniem.

– Pan mówi poważnie?

– Jak najbardziej. Z pewnością domyśla się pani, że jest on także przyczyną pani problemów z mężem.

– To znaczy?

– To znaczy, że gość ma coś co zabrał z waszego domu, a co powoduje, że generał będzie mógł przestać być generałem jak nie odda tego na czas – myślała przez chwilę analizując to co powiedziałem. Była w tym bardzo elegancka.

– I pan chce mu to odebrać? – spytała starannie ważąc słowa.

– Lepiej żebym zrobił to ja niźli mieli by to zrobić smutni panowie z SD. Wie pani, że oni nie będą tak dyskretni jak ja. Ani delikatni. Tym bardziej nie będą też mili. Moim zdaniem najlepiej będzie dla wszystkich jak zdradzi mi pani gdzie mogę spotkać tego faceta.

– A jak panu powiem, że nie znam go to co pan odpowie?

– Będzie mi ciężko w to uwierzyć, ale nie będzie to zupełnie niemożliwe.

– No więc nich pan się postara bo tak właśnie jest.

– Chciałbym abyśmy mieli jasność. Mnie nie interesuje ani charakter ani natężenie pani z nim relacji. Potrzebuję odebrać od niego to co zabrał generałowi. Nic więcej.

– No to dla tej pańskiej jasności powiem, że nie jest moim kochankiem. Nie zdradziłam męża. Jest pan w stanie w to uwierzyć? – przygryzła na koniec wargę jakby sama nie bardzo była pewna czy chce właśnie to powiedzieć.

– Moja wiara jest tutaj kwestią absolutnie drugorzędną, ale prywatnie powiem pani, że tak, jestem w stanie wyobrazić sobie taki scenariusz.

– Co to zmienia? – z torebki leżącej na radiu wyciągnęła długą cygarniczkę i wbiła w nią ręcznie robionego papierosa. Podałem ogień. Sam też zapaliłem. Chwilę pomilczeliśmy. Odniosłem wrażenie, że głównym celem tej celebry było zajęcie rąk jakimiś czynnościami aby za mocno nie drżały.

– Może nic, a może bardzo wiele.

– Jak mam to rozumieć?

– Nijak właściwie. Jeśli mi pani powie gdzie faceta namierzę to mogę powiedzieć ciepłe słówko generałowi jak się z nim będę widział następnym razem.

– I myśli pan, że to spowoduje, że zechce ze mną rozmawiać?

– Czy zechce tego nie wiem, ale może byłby to przyczółek, którego zdobycie pozwoli pani na poprawę z nim stosunków – zaciągnęła się głęboko i długo wypuszczała powietrze.

– Nie wiem czy to w ogóle jest jeszcze możliwe. Wszystko się tak bardzo skomplikowało… – zasmuciła się patrząc przez brudne okno – pierwszy raz od rozpoczęcia naszej rozmowy wyglądała na prawdziwą w tym co mówi.

– Nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko chcieć. Więc jak to było?

– Byłam tutaj. Tydzień temu. Wychodziłam gdy on ochlapał mi płaszcz kałużą z rynsztoka. Poczuł się winny i zaprosił na kawę. Podjechaliśmy jego wozem do zur Glocke[15]. Mówił, że tam się dobrze czuje. To nie jest daleko. Na Ohlauer Straβe[16]. Wie pan gdzie to jest?

– Tak. Co było dalej?

– Wypiliśmy. On piwo, ja kawę, później po lampce wina. Opowiadał o sobie, o tym jak trudno mu sprzedawać teraz maszyny rolnicze produkowane przez ojca. Ogólnie rozmawialiśmy. O sytuacji w kraju i na świecie. Na koniec odebrał ode mnie płaszcz i obiecał go wyprać. Mówił, że zwróci za dwa, trzy dni. Odwiózł mnie pod sam dom. Wydawał się sympatyczny i zupełnie niegroźny.

– Nikt nie mówi, że jest groźny. Zwrócił?

– Tak.

– Kiedy?

– Nie pamiętam. Kilka dni później.

– Przedwczoraj?

– Tak. Czy to ważne?

– Być może. Zapamiętała pani coś charakterystycznego z nim związanego? Coś w zachowaniu? W mowie?

– Nie.

– Podał pani jakiś adres?

– Nie.

– I zostawiła pani bez wahania facetowi spotkanemu na ulicy swój płaszcz? Pozwoliła się odwieźć do domu?

– Szarmancki był, szofera miał, dobrze się ubierał. Nie wydawał się aby miał wobec mnie jakieś niecne zamiary. Poza tym jestem żoną generała. Co złego mogłoby mi się stać w pełnym ludzi lokalu?

– Pozory mylą. Nie dostała pani żadnej jego wizytówki, nic?

– Nie.

– Cholera. To gdzie go mogę złapać?

– W Bierquelle zur Glocke wydawało mi się, że go dobrze znają. Pan spyta tam.

– Nazywał się jakoś?

– Werner. Tak kazał sobie mówić.

– A nazwisko jakieś miał?

– Zdaje się, że ober do niego wołał Gruber. Czy coś w tym guście.

– Wołał?

– Tak. Telefon do niego był i tak go właśnie wołano do aparatu. Herr Gruber! Telefon.

– A gdzie mieszka?

– Mówiłam już, że nie mam pojęcia – wydłubała niedopałek z munsztuczka i wrzuciła do umywalki, w której przed momentem pływały jej włosy. Spuściła wodę. – Coś jeszcze?

– Nie. Chyba nie. Mam go od pani pozdrowić?

– Nie. Może pan mu dać w zęby ode mnie – zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem więc moja mina nie mogła zrobić na niej dobrego wrażenia. Chyba dlatego uznała, że musi kończyć. – No co? To takie nietypowe, że kobieta chce dać po pysku komuś kto sprowadził na nią kłopoty?

– Ano. Wydawało mi się, że skoro się spotykacie to będzie pani na nim zależeć.

– Nie spotykamy się. Pan jest głuchy?

– Nie. Rozumiem. Chciałbym tylko poznać jego wersję wydarzeń.

– No to jak już pan pozna to wie pan co ma zrobić. A teraz żegnam. Nie mam ochoty więcej oglądać pańskiej gęby – długim, kościstym palcem wskazała drzwi. Pokiwałem głową i w zamyśleniu wyszedłem zostawiając ją samą ze sobą. Coś w tym wszystkim nie dawało mi spokoju. Przez skórę czułem, że coś było nie tak, ale jeszcze nie wiedziałem dokładnie co. Bez słowa wyszedłem na ulicę choć pięknolicy chłopczyk robił do mnie maślane oczka w nadziei, że dam mu wymasować także i moje włosy. Zignorowałem go i skręciłem w Ohlauer Straβe na wschód.

<< Przejdź do rozdziału 2; Przejdź do rozdziału 4 >>

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.