Dwa razy to samo – 1

1.

Z błogiego, letniego letargu, spędzanego w odchylonym fotelu biura, wyrwało mnie namolne brzęczenie telefonu. Bakelitowa słuchawka podrygiwała na aparacie niczym podpięty do sieci elektrycznej clown. Z trudem uniosłem się z wygodnej pozycji i sięgnąłem na biurko.

– Knocke. Detektyw. Prywatny. Słucham.

– Jak żyjesz przystojniaku?

– Sonia?

– A jest w tym mieście ktoś jeszcze, kto do ciebie mówi „przystojniaku”?

– Nie.

– No właśnie. Co więc aktualnie porabiasz?

– Wybudziłaś mnie z poobiedniej drzemki.

– Drzemka? W pracy? Jak możesz! Trudno się dziwić, że nie masz klientów skoro przesypiasz ich wizyty.

– Bez przesady. Aż tak źle to nie jest.

– Mnie się nie zdarzyło spać w biurze.

– Bo ty nigdy nie pracowałaś w biurze. – Zauważyłem uszczypliwie.

– Fakt. Ojciec zawsze mnie rozpieszczał nie pozwalając się specjalnie przemęczać.

– Stać go było na to. Co tam słychać u ciebie, piękna nieznajoma?

– Słyszałam, że lubisz tańczyć.

– Jeżeli moje wielbłądzie podrygi nazywasz tańcem. Pamiętasz przecież, że mi muzyka w tańcu zupełnie nie przeszkadza…

– Dobra, dobra. Nie przesadzaj. Wiesz, że w Breslau bawi kazachski książe Talgat Issinbayew? Słyszałeś coś o nim?

– W Breslauer Neuste[1] pisali ostatnio. – Przyznałem przygryzając zdezelowaną końcówkę ołówka kopiowego, który bezpańsko leżał na blacie biurka. Przygarnąłem go.

– Więc pewnie wiesz, że książę jak co piątek, wynajmuje salę winiarni w hotelu Vier Jahreszeiten[2] i urządza tam boskie potańcówki.

– Słyszałem o tym. Ale nie stać mnie na Vier Jahreszeiten więc tam nie bywam.

– Właśnie. Wpuszczają tylko na indywidualne zaproszenia, więc pewnie i tak byś się nie dostał. Chociaż kto cię tam wie. Stłukłbyś ochroniarza i roztrzaskał w drzazgi drzwi aby wejść do środka. Gdyby tylko ci się chciało.

– Bardzo śmieszne.

– Bądź gotowy na siódmą wieczór. Podjadę po ciebie.

– Ale ja nie umiem tańczyć… – Oponowałem bez specjalnego przekonania.

– Potrzebuję męskiego towarzystwa. Nie dyskutuj. Będę punktualnie pod twoją kamienicą więc wespnij się na wyżyny swojej wytworności i bądź gotów.

– Zobaczę co da się zrobić. – Moje zęby zatrzasnęły się na końcówce ołówka i wydały na nią wyrok. Wyplułem ją przez okno w czeluść studni podwórka.

– Do zobaczenia przystojniaku. – Odłożyła słuchawkę, a ja ze swoją zostałem w ręku. Wpatrywałem się w nią jakby bakelit właśnie mnie polizał. Powoli odłożyłem ją na widełki. Miałem wrażenie, że mogłaby się stłuc. Zaskoczyła mnie. Sonia oczywiście. Była żoną człowieka, który stał się przedmiotem jednej z moich poprzednich spraw. Jakiś czas temu wsadziłem go do więzienia, a ona w myśl zawartego ze mną układu była właśnie w trakcie rozwodu. Postanowiłem wtedy, że dotrzymam jej towarzystwa w tych trudnych chwilach. Gdyby ewentualnie ponownie była do wzięcia. Spotykaliśmy się może ze trzy razy na kawie. Byliśmy też raz na filmie w Capitolu[3]. Nie pozwalała sobie jednak nigdy na więcej niż położenie dłoni na mym ramieniu, gdy szliśmy po trotuarze. Wyjście na miasto z tak szykowną babką, jaką była niewątpliwie Sonia, każdego normalnego faceta mogło przyprawić o żywsze bicie serca. Mnie przyprawiło niemal o zawał. Aby się przed nim uchronić musiałem się napić. Wydobyłem z szafki segregatorowej butelkę Rettib’a[4] od Schirdewana. Podjeżdżając do góry zaklekotała wąskimi deszczułkami drewniana żaluzja. Nalałem sobie kieliszek. Koił moje skołatane nerwy niczym najznamienitszy balsam. Odchyliłem się w fotelu do tyłu umieszczając buty na blacie biurka. Moje myśli zaprzątała zgrabna figura Soni. Byłem ciekaw w jaki skrawek materiału wciśnie swoje kuszące kształty.

Spojrzałem na zegarek. Druga po południu. Zgodnie z tym co kazałem wymalować na szybie wprawionej w drzwi do biura miałem jeszcze dwie godziny na urzędowanie. Postanowiłem zrezygnować z tego obowiązku. Zyskany czas lepiej będzie poświęcić na odpowiednie przygotowania. Wymiętą, granatową marynarkę przerzuciłem sobie przez bark, kapelusz wcisnąłem na czubek głowy i machając szeroko ramionami wyszedłem na rozpaloną słońcem Schweidnitzer Straβe[5]. Ruszyłem w kierunku Ringu[6] aby wsiąść tam w tramwaj wiozący mnie do domu.

Wiązałem właśnie biały krawat przed lustrem w przedpokoju gdy przez otwarte okno dobiegł mnie dźwięk klaksonu. Wsunąłem ręce w rękawy grubej, białej, wytwornej marynarki z delikatnymi, czarnymi prążkami. Stopy wsunąłem w wingtipy i wachlując się śnieżnobiałym borsalino wyszedłem na chłodną klatkę schodową. Zbiegałem jak na skrzydłach o mały włos nie pozbawiając życia starej Grety Kirdegran, mojej sąsiadki z piętra. Popukała się chudym palcem w środek czoła.

Przy krawężniku parkował tak ogromny kabriolet BMW w kolorze kości słoniowej, że można by z niego zbudować cały Taj Mahal. Czerwona tapicerka gościła blond boginię o lokach opadających na nagie ramiona, w typie tych co to trzeba koniecznie legitymować się w kieszeni kastetem, gdy się z nimi wychodzi na tańce. Na jej głowie wylądowało rozłożyste, czarne ptaszysko, którego pierzasty ogon falował delikatnie w rytm wieczornych podmuchów wiatru. Miała na sobie obcisłą, czarną, atłasową sukienkę kończącą się tylko kawałeczek powyżej sutków. Fragmenty krótkich rękawków przymocowane były wąskimi paskami do marszczonego materiału skrywającego wzgórki skromnych piersi. Uśmiechnęła się i zapuściła silnik. Zająłem miejsce w fotelu obok. Otaksowała mnie wzrokiem, który wyliczał należną za mój ubiór stawkę podatku. Ująłem smukłą dłoń spoczywającą na gałce zmiany biegów aby ją pocałować na przywitanie. Zręcznie wysmyknęła się i pogładziła mnie po policzku. Ujęła moją brodę między palec wskazujący i kciuk. Usta w kolorze dojrzałej truskawki odbiły się na moich. Momentalnie spociłem się na plecach. Nie oczekiwałem takiego obrotu sprawy.

– Za tydzień wyjeżdżam do rodziny za ocean. – Nasze wargi na moment straciły ze sobą kontakt, ale cały czas trzymała mnie za żuchwę. Drugą dłoń położyła mi na policzku. – To prawdopodobnie ostatni wieczór jaki będę mogła ci poświęcić.

– Rozumiem. – Ponownie dała posmakować jak smakuje.

– Dziś dostałam podpisane papiery rozwodowe. Traktuj to jak spłatę ostatniej raty twojego honorarium.

– Rozumiem.

– Powtarzasz się przystojniaku. – Uśmiechnęła się i kolejny raz spróbowałem jak miękki ma język.

– Ślicznie wyglądasz. – Nie była to wyszukana odpowiedź.

– Tobie też nie można nic zarzucić.

– Starałem się.

– I bardzo dobrze. – Jej dłonie zsunęły sukienkę zakrywając nagie kolana. Okrasiłem to jękiem zawodu.

– Jedziemy. – Zaordynowała.

Przez Lessing Brücke[7], Ohlauer Stadtgraben[8] i Bahnhof Straβe[9] dojechaliśmy do zatłoczonej Garten Straβe[10], przy której stał masywny budynek hotelu Vier Jahreszeiten. Był to jeden z najdroższych, a z pewnością najwytworniejszy, hotel w mieście. Cały kompleks składał się z trzech budynków. Od frontu zlokalizowano drogie sklepy z biżuterią i konfekcją damską wprost z Paryża. Na piętrze zaś znajdowały się sale balowe, restauracje i kawiarnie. Zresztą, pomieszczenia te tworzyły ze sobą tak skomplikowany układ, że gościom hotelowym rozdawano małe planiki z wyrysowanymi ważniejszymi obiektami. W skrzydłach umieszczono luksusowo wyposażone pokoje. Pomiędzy nimi, na dziedzińcach, były ogrody restauracji i winiarni. Przed wejściem głównym, nad chodnikiem rozstawiono specjalną markizę, która miała za zadanie chronić gości od żaru słońca. Poustawiane w około donice z kwiatami starannie wypielęgnowano i regularnie podlewano świeżą wodą. Drzwi głównego wejścia ochraniały, niczym starożytni wojownicy, dwa potężne wiadra ze stalowymi opaskami, w których rosły przycięte w kule ozdobne klony. Gdy Sonia zatrzymała wóz przy krawężniku, pod dachem z materiału w biało-zielone pasy, poczułem się jak w tropikalnej dżungli. Boy odebrał kluczyki, a nas owionęły duszące opary storczyków. Podałem jej ramię i przejąłem bolerko z czarnego miękkiego futerka jakie wyciągnęła z tylnej kanapy auta. Gdy weszliśmy przez wiatrołap do sali recepcyjnej, podszedł do nas sztywny gnom w liberii.

– Czym mogę państwu służyć? – Wydobyła z czerwonej, lakierowanej torebki dwa kartoniki, każdy wielkości karty pocztowej. Nawet na nie nie spojrzał. Wskazał okazałe, szerokie schody prowadzące na piętro, które znajdowały się w głębi. Tuż przed nimi, po lewej, było wejście do winiarni o czym informował zdobny kwiatami szyld nad wejściem. W poprzek zawieszono aksamitną, zieloną szarfę na wypolerowanych, srebrnych słupkach. W ich okolicy kręcił się facet, który zjadał opony traktorowe na śniadanie. Wyglądał jakby je łykał bez przegryzania. Ten spaślak w czerni z wypolerowaną łysą czaszką pokrytą sinymi plackami stał na straży jaskini rozpusty, z której wnętrza dobiegały dźwięki gorącego tanga.

– Zaproszenia. – Wyciągnął w naszą stronę dłoń z serdelkami zamiast palców. Wylegitymowała nas. Przyjrzał się uważnie i odsunął srebrny palik. Weszliśmy do szerokiego korytarza, z którego otwierały się podwójne, przeszklone drzwi wprost na podest schodów prowadzących do ciemnego pomieszczenia. Ściany wyłożone były jakimś ciemnym kamieniem, którego koloru nie byłem w stanie określić. W regularnych odstępach wprawiono w nie granitowe płaskorzeźby panien taszczących bukłaki z winem oraz kiście winogron. Podest oddzielony był od sali grubym murkiem sięgającym do pasa. Na jego szczycie leżały czarne, marmurowe płyty parapetu. Poustawiano na nich kolorowe żarówki, które mrugały na przemian czerwienią, bielą, żółcią i granatem. Z podestu schodziło się zakręconymi w prostokąt schodami na wypastowany parkiet. Okalały go czarne, kwadratowe w przekroju, kolumny z białą lamówką wbitą w nie na wysokości pasa. Ich zwieńczenia zdobiły wykute w granicie pawie siedzące w liściach latorośli. Gdyby nie poustawiane pod ścianami stoliki z białymi obrusami, odniósłbym wrażenie, że znalazłem się w zakładzie pogrzebowym przygotowującym zwłoki do pochowku. Na każdym z nich stała latarenka ze świeczką w środku. Rozstawiony na podeście band właśnie zrobił sobie przerwę i odkładał instrumenty na stojaki, dlatego też w pomieszczeniu dominował brzęk kieliszków oraz skrobanie sztućców po powierzchniach talerzy. Schodziliśmy ze schodów, gdy niczym samotny żaglowiec, przypłynął do nas kelner w nieskazitelnie białej koszuli z Vatermörder[11]. Taszczył nad głową tacę pełną szklanek z kolorowymi płynami.

– Dla państwa?

– Stolik dla dwojga. I coś dla ochłody. – Poklepałem go po kieszeni wsuwając w nią banknot.

– Się robi szefie. Proszę za mną. – Ruszyliśmy przez salę mijając kręcących się stadami kelnerów oraz pary wykwintnych i wymuskanych gości. Posadził nas przy oknie wychodzącym na dziedziniec, gdzie pod drewnianym dachem zlokalizowano taras. Tam też było tłoczno od gości.

Usiedliśmy, a chłopak zniknął w mroku. Oczy Soni lśniły w delikatnym blasku świeczki. Rozglądała się wokoło w poszukiwaniu znajomych. Ze dwóm osobom pomachała przyjaźnie szczerząc równe zęby w uroczym uśmiechu. Ukłoniłem się uprzejmie, choć nie miałem bladego pojęcia kim są. Z leżącej na stole torebki wyciągnęła zawiniętego w niemal przezroczystą bibułkę skręta i wcisnęła go w bursztynową lufkę.

– Sama kręcisz? Czy masz ludzi od tego?

– Mam ludzi. – Uśmiechnęła się uśmiechem, który mógłbym uznać za zalotny. – To tytoń z marihuaną.

– Lubisz takie wynalazki?

– Dają fajnego kopa.

– Miałem kiedyś znajomego. Też lubił dostać takiego kopa. Miało to tylko jedną wadę. Trzy głębsze, trzy takie skręty i trzeba go było kluczem do przykręcania śrub torowych odrywać od żyrandola. Ciężka sprawa gdy facet waży grubo ponad sto kilo.

– Bywa. – Przypaliłem jej, a ona w rewanżu zarzuciła nogę na nogę ukazując kolana w czarnych kabaretkach. Spojrzałem na dół. Tym razem nie przywołała krnąbrnej sukienki do porządku i pozostawiła je odsłonięte. Przełknąłem ślinę. Musiało to być słyszalne co najmniej w Oels[12]. Pojawił się kelner przynosząc nam dwie wysokie szklanki z czymś czerwonym w środku. Na powierzchni goniły się plasterki cytryny i cząstki pomarańczy oraz kostki lodu w kształcie kulek. Wypiliśmy. Było to przeraźliwie słodkie, ale samym swym smakiem przeniosło nas w tropiki.

– Zatańczymy? – Spytała znad szklanki wachlując się zalotnie długimi, czarnymi rzęsami.

– Musimy?

– Tak.

– Nie masz pojęcia jaką to grozi kompromitacją.

– Zaryzykuję.

Przez następną godzinę jeszcze trzy razy ciągnęła mnie na parkiet. Tylko raz mi się udało wywinąć. Miałem ogromną nadzieję, że nie przyniosłem jej wstydu moimi niezgrabnymi ruchami, które kompletnie nie przystawały do rytmu muzyki. Można by powiedzieć więcej – muzyka i moje podrygi tworzyły zupełnie dwa osobne byty, kompletnie nie koegzystujące ze sobą w jednym czasie i jednej przestrzeni. Każde z nich poszukiwało swej rzeczywistości na własną rękę. Gdy kelner dostarczył nam po raz czwarty kolejną porcję kolorów w wysokich szklankach, z tarasu do wnętrza weszła para. Ona szczupła, wysoka, zniewalająca wręcz, brunetka o krótkich, brązowych włosach upiętych w koczek na tyle głowy, wciśnięta w prostą, zieloną, aksamitną sukienkę sięgającą do samej ziemi, ale z rozporkiem ukazującym smakowite udo. On wysoki, postawny, ogorzały, o czarnych włosach zaczesanych do tyłu wiadrem brylantyny. Skośne, płytko osadzone oczy pod gładkimi powiekami oraz długi, wąski nos jasno dawały do zrozumienia, że ich właściciel nie pochodzi stąd. Azjatycka uroda i ogromna sylwetka powodowały, że na ulicy każda kobieta by się za nim obejrzała. Sonia poderwała się i pomachała do nich. Podeszli do naszego stolika. Facet był wbity kafarem w szytą na miarę kurtkę wojskowego kroju a’ la Sam Browne w kolorze zgniłej jesieni. Pod szyją tłoczyła się zawinięta apaszka w czarne grochy. Na pasku dyndała mu bogato zdobiona pochwa szabli.

– Książę, to jest mój przyjaciel, detektyw Wilhelm Knocke. – Przedstawiła, wskazując mnie dłonią. – A my mieliśmy okazję się poznać na balu u von Klosterwitzów w zeszłym tygodniu. Sonia Drobnck. Pamięta pan?

– Da. Ja pamiętam. – Stuknął obcasami w ukłonie do niej, a mi podał swoją ogromną dłoń. Zgubiłem się w jej wnętrzu. Wstałem. Był wyższy ode mnie o więcej niż o głowę. – Można by nim rozbić wszystkie bramy średniowiecznego Breslau. Jeżeli używałoby się go w roli tarana. Na dworze, o tej porze roku na pewno rzucał mnóstwo chłodnego cienia.

– Willi. To jest właśnie książę Talgat Issimbayev, o którym ci tyle opowiadałam.

– Jaki tam ze mnie książę? Jam tylko Issimbayev bey. Proszę mnie nie tytułować “książę”. A oto Heike. Moja tłumaczka. I przyjaciółka. Wiele dla mnie znaczy. – Ujął swoją panią w pasie i przyciągnął do siebie. Wydawała się przy nim cieniutka jak zapałka. Przestraszyłem się, że biedactwo pęknie w pół i trzeba ją będzie sklejać.

– Przysiądą się państwo do nas? – Sonia wstała ustępując mu krzesła. Podsunąłem jej moje i podszedłem do sąsiedniego stolika, którego nikt nie zajmował. Porwałem dwa nam brakujące. Usiedliśmy.

– Jak się państwo bawicie? – Heike miała ciemnobrązowe oczy i wąskie usta.

– Wybornie. – Sonia położyła mi pod stołem dłoń na kolanie i zacisnęła palce. Ponownie przełknąłem ślinę z hałasem jaki wywołuje lawina. Ostatkiem sił udało mi się zachować spokój i milczenie. Musiałem wyglądać jakby mnie byk ubódł w krocze, bo książę zaczął się mi baczniej przyglądać.

– Pani Sonia zatańczy ze mną następny taniec? – Talgat odezwał się swoim niemal basowym głosem.

– Z rozkoszą.

Popłynęli na parkiet, a ja zostałem sam z Heike. Chciałem podtrzymać jakoś rozmowę, ale nie bardzo wiedziałem jak.

– Długo się pani zna z księciem?

– Już z rok będzie. Jak nie więcej. Towarzyszę mu w podróży. On słabo zna niemiecki. Służę mu za tłumacza. Wie pan, wszyscy go tu mają za księcia, a on nim nie jest. Właściwie to już zabawne się stało. – Uśmiechnęła się i byłbym się zakochał w tym uśmiechu. Na szczęście w porę się opanowałem. – To potomek starego, zasłużonego dla swojego kraju rodu, który uciekł przed bolszewikami do Europy.

– Ach tak. – Udałem fascynację. – To musi być ciekawy człowiek.

– Nawet bardzo. W Kazachstanie nie pozwolono mu zachować niczego, chciano skonfiskować cały majątek. W ostatniej chwili udało mu się wywieźć dwoma ciężarówkami to co pozostało. Przez pół roku błądził po Turcji i Bałkanach, aż w końcu dotarł do Zurychu. Stamtąd rozpoczął podróż po Europie, gdzie stara się zdobyć sojuszników dla sprawy odzyskania przez Kazachstan niepodległości.

– Imponujące.

– Wiele przeszedł w swoim życiu.

– Opowiada pani o nim jak o kimś kogo bardzo dobrze zna. – Splotłem dłonie pod brodą jakby to miało spowodować, że wyglądam na bardziej zainteresowanego.

– Mam wrażenie, że jestem dla niego ważna. Zwierza mi się z wielu swoich sekretów.

– Rozumiem.

Do stolika wróciła Sonia z Talgatem. Książę i jego towarzyszka posiedzieli jeszcze z nami kilka chwil rozmawiając niezobowiązująco. Podnieśli się potem niemal jednocześnie i poszli spędzić w podobny sposób czas wśród innych gości. Mnie Sonia porwała ponownie na parkiet abym znów musiał się oblewać rumieńcem wstydu. Zatańczyliśmy może jeszcze ze dwa kawałki gdy Talgat i Heike wspięli się dostojnie po schodach na podest i wyszli na zewnątrz. Szli blisko siebie jak para kochanków. Przytuleni niemal do swych ciał.

– Fascynujący człowiek. Prawda? – Sonia była wyraźnie nim oczarowana.

– Na pewno ma daleko do domu.

– Sęk w tym, że on nie może tam wrócić i jest tu po to aby znaleźć kogoś kto mu w tym pomoże.

– Polityka jest skomplikowana. To nie dla mnie.

– To nie polityka mój drogi. To życie.

– Wolę już moje życie tu, w Breslau. Ono nie ma aż takich problemów. A zmieniając temat: Dlaczego wyjeżdżasz do Ameryki?

– Mój ojciec miał brata, który tam wyemigrował dawno temu. Tutaj nic mnie już nie trzyma. Tam za to są ogromne możliwości.

– A ja? Ja też cię tu nie trzymam?

– Ty? Głuptasie. Mam to traktować jak oświadczyny?

– Nie… Eee. Nie wiem. – Wybąkałem tracąc rezon. Zaskoczyła mnie.

– No więc jak?

– Jeśli poczekasz chwilkę to pobiegnę po jakiś pierścionek.

– Hahahaha. – Roześmiała się tak, że nawet orkiestra na chwilkę przestała grać, a pary wokół nas spojrzały wymownie. – Wariat. Ale właśnie za to cię lubię. – Zbliżyła się do mej zaskoczonej twarzy i pocałowała gorąco w usta. Wróciliśmy do stolika. W tej chwili na schodach pojawił się ponownie książę Talgat. Sam.

Tuż za nim na salę wszedł szereg kelnerów niosących parujące półmiski. Na każdym z nich przypięto karteczkę z opisem dania, gdyż zgodnie z instrukcjami księcia kuchnia przygotowała potrawy kazachskie. Wróciliśmy do stolika. Skusiłem się na coś opisano jako biesparmak, czyli baraninę z kawałkami ciasta i cebuli podawaną w formie rozcapierzonych na talerzu pięciu palcy. Do tego wziąłem trzy słonawe drożdżowe bułeczki. Jak informowała instrukcja, nazywały się lepioszki. Sonia zaś wysypała na talerz maleńkie pierożki o nazwie manti. Były w kształcie torebek wypełnionych pikantnym farszem z jagnięciny mocno przyprawionym czarnym pieprzem. Ograniczyła się do pięciu sztuk. Taką ilością nie nakarmiła by nawet motyla.

– No więc nie masz zamiaru zostać tutaj?

– Marzy mi się kariera w Hollywood.

– Fakt. Byłabyś tam bezkonkurencyjna. – Posmutniałem.

– Nie dąsaj się. Dzisiaj jestem tylko dla ciebie. – Między jednym kęsem, a drugim uśmiechała się do mnie swym zabójczym uśmiechem.

– Ech. – Westchnąłem zrezygnowany.

– Bądź dobrej myśli. Ten dzień się jeszcze nie skończył. – Sięgnęła do torebki i wysunęła stamtąd ukradkiem klucz z trójkątnym brelokiem, na którym wygrawerowano skomplikowany symbol hotelu z wkomponowaną w kwiatowe wzory czwórką. Odwróciła go palcem na drugą stronę. Wybito na nim liczbę 28.

Uśmiechnąłem się kwaśno w chwili gdy na schodach, przy wejściu zrobiło się zamieszanie. Jakiś damski głos terkotał płaczem. Ktoś głośno krzyczał. Przepychano się i do środka wszedł grubas, który nas wpuszczał. Unosił nad sobą blaszaną odznakę detektywa hotelowego. Za nim, w zwartym szyku szarżującej flotylli niszczycieli, podążało sześciu facetów. Wszyscy byli wciśnięci w znoszone, ciemne garnitury w prążki. Każdy miał austriacki wąs pod nosem. Dwóch podeszło do drzwi na taras i stanęło przy nich. Dwóch następnych zajęło miejsca przy wejściu na schody. Grubas, z dwójką pozostałych, wturlał się na środek parkietu i zawołał:

– Szanowni państwo. Stała się rzecz straszna. Na terenie hotelu dokonano morderstwa. Do momentu przybycia policji, która już została zaalarmowana, nie mają państwo prawa opuszczać tej sali.

– Dlaczego? – Książę Talgat uniósł się między stolikami do pionu. Górował wzrostem nad każdym w tym pomieszczeniu. Grubas nie odpowiedział tylko wskazał go palcem swoim ludziom. Ci podeszli i łapiąc za ramiona zawiesili na nadgarstkach kajdanki. – Co się dzieje? Dlaczego mi to robicie? – Zdziwiony rozglądał się niepewnie dookoła szukając oparcia w kimkolwiek. Niestety, wydarzenia następowały po sobie tak szybko, że nikt nie zareagował na to co robią ochroniarze hotelowi. Albo też nie chciał reagować, co w zasadzie sprowadzało się do tego samego. Mnie również zaskoczyli z widelcem w połowie drogi do rozdziawionych ust.

– Do czasu przyjazdu policji musimy pana odizolować. Istnieje prawdopodobieństwo, że jest pan odpowiedzialny za śmierć pańskiej towarzyszki.

– To Heike? Coś jej się stało? Jak to możliwe? Kto to zrobił?

– Pan. Pan ją zamordował. – Palec grubasa wycelowany w Talgata zgiął się i nakazał jego wyprowadzenie.

– Ja tego nie zrobił! Jak mogłem ją zabić? To nie ja! – Książę szarpał się, ale dobra niemiecka stal trzymała mocno. – To nie ja! Ona dla mnie ważna! Ja ją kocham! Ja nie zabił! – Ukrył twarz w dłoniach i będąc w połowie schodów, targany parkosyzmami rozpaczy padł na kolana. Ludzie grubasa podnieśli go za ramiona i wyprowadzili na zewnątrz.

W sali nikt się nie odezwał. Można było słyszeć myszy raczące się okruszkami sera pod stołem. Dopiero po chwili zaszokowani ludzie siadali i zaczynali przyciszone rozmowy o tym co się stało. Ktoś próbował wyjść na taras, ale mu nie pozwolono. Patrzyłem przez drzwi gdzie zniknął orszak wyprowadzający księcia.

– Co to było? – Sonia nie mogła się otrząsnąć z zaskoczenia.

– Nie mam bladego pojęcia.

– Słyszałeś? Książę miałby zamordować Heike? Niemożliwe! To taki spokojny człowiek.

– Aż trudno uwierzyć.

– Po co miałby ją mordować? Tak przy ludziach? To bez sensu.

– Coś mi tu nie pasuje. – Stwierdziłem w zamyśleniu.

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *