Od dawna chciałem to zrobić – 1

1.

Siedziałem w obrotowym fotelu z nogami wyłożonymi na przykryty szybą blat biurka. Krople deszczu uderzające o blaszany parapet okna prowadzącego do studni podwórka powodowały u mnie senność. Wybitnie nie miałem dziś melodii do pracy. Nakryłem więc głowę płachtą rozpostartej gazety, z której krzyczał mały kuternoga, że żydowskie paszporty tracą ważność bez czerwonej pieczęci z literą „J”. Znudził mnie więc zamknąłem oczy. Zrobiło mi się błogo. Brakowało wyłącznie poduszki pod głową. Nie mam pojęcia ile trwał ten letarg. Może godzinę, może trzy. W każdym razie dzwoniący telefon, zanim przywrócił mnie do żywych spowodował, że strąciłem kubek z ołówkami, a gazeta sfrunęła ku podłodze niczym jakiś wielki, prehistoryczny ptak albo chiński latawiec bez wiatru. Przytknąłem słuchawkę do ucha i zanim zacząłem tradycyjną regułkę na przywitanie pokonał mnie oschły głos dobiegający z czyjejś przepitej gardzieli.

– Pan Knocke? – Zdążyłem jedynie chrząknąć na potwierdzenie. – Prywatny detektyw Knocke?

– Tak. Przy telefonie. Czym mogę służyć?

– Będzie mówił reżyser Eduard Saal. Przekazuję słuchawkę. – Coś zaszeleściło po drugiej stronie przewodu, a ja zmarszczyłem czoło w przeszukiwaniu pamięci i próbie przypomnienia sobie czy wymienione przed chwilą nazwisko powinno zrobić na mnie kolosalne wrażenie, czy raczej niekoniecznie. Po pewnym czasie sapania, trzasków i szurania w końcu zostałem zaszczycony:

– Panie Knocke. Liczę gorąco, że moje nazwisko nie jest panu obce. – Zawiesił głos w oczekiwaniu.

– Owszem. – Przytaknąłem gdyż w międzyczasie udało mi się skojarzyć je z twarzą dość znanego, jakiś czas temu, reżysera filmowego. Trafiło mnie, że czytałem ostatnio w którejś z gazet o jego obecności w Breslau z okazji kolejnej produkcji jaką tutaj realizuje. – W czym mogę pomóc?

– Byłby pan tak uprzejmy i mógłby się pofatygować tu do nas do hotelu Savoy[1]? Miałbym dla pana jedno małe zlecenie. Jeśli jest pan oczywiście zainteresowany pracą dla mnie.

– Nie mam aktualnie nic ważnego do roboty więc może się pan mnie spodziewać nawet za piętnaście minut, jeśli to nie problem. – Uznałem, że jakikolwiek pretekst do wyjścia z biura będzie lepszy od bezczynności.

– Doskonale. Czekam więc niecierpliwie. Ponieważ mamy całe piętro wynajęte to proszę zgłosić się na recepcji. Wprowadzą pana. Już daję im znać, że mają pana oczekiwać.

– Zbieram się więc. – Odłożyłem słuchawkę tak cicho jakby była ze szkła i bałbym się ją stłuc. Pracować dla kogoś z branży filmowej to byłoby coś. Jakby się jeszcze dało nakłonić tego Saala do wspomnienia tu i tam, że to właśnie ja dla niego pracuję to już do końca świata nie musiałbym cierpieć na brak zleceń. Uśmiechnąłem się do samego siebie i porwałem z wieszaka prochowiec oraz znoszone borsalino w kolorze zwiędłego liścia dębu. Do Savoy’a nie było daleko więc szalik pozostawiłem na haku.

Dobrze nasmarowane, ciężkie, drewniane drzwi z ogromnymi taflami szyb, prowadzące do hotelowego hallu, otworzył mi młody chłopak w wiśniowej marynarce ze stójką pod szyją. Jego szerokie usta układały się w uśmiech, który powodował, że mógłby jadać banany wkładając je sobie w poprzek, a nie wzdłuż. I wcale by mu nie zawadzały o kąciki. Hall nie robił na mnie wrażenia przytulnego pomimo intensywnych starań dekoratorów wnętrz. Masywne kolumny o kwadratowym przekroju swoimi żebrowanymi, pionowymi sztukateriami powodowały, że nawet wiele, grubych, miękkich dodatków i obfitych żyrandoli nie sprawiło aby całość wyglądała nawet odrobinę mniej ascetycznie. Pewną tego konsekwencją były krzesła, których kształty zawierały wyłącznie kąty proste. Panował tu niemożebny zaduch i ścisk. Wszelkie dostępne wolne miejsca zajmowali zmęczeni faceci w znoszonych marynarkach, z notesami w rękach i kartonikami licencji prasowych wetkniętymi za otoki kapeluszy. Ponieważ niedawno przestało padać ich ciała i ubrania parowały. Było prawie pewne, że zaraz zacznie się tu zbierać mgła. Przedarłem się przez ten tłumek i dobiłem do wysokiego kontuaru z polerowanego, czerwonego marmuru. Tuż obok głośno krzyczała śliczna, drobna dziewczyna z blond bubikopf’em[2] na głowie i kolczykami w kształcie kolorowych motyli. Żądała wpuszczenia na górę do pana von Hannsmana. Twierdziła, że jest jego dobrą znajomą i akurat ją, ten „powszechnie szanowany aktor”, na pewno przyjmie z niezwykłą rozkoszą. W rozkosz nie wątpiłem, ale to przyjęcie mogło być co najmniej utrudnione jeśli wzięło się pod uwagę opór obsługi hotelowej. Co za świat, wszystko kręci się wokół filmu, a ludzie małpiego rozumu dostają jak tylko uda im się znaleźć na jego orbicie. Nachyliłem się przez ladę do smutnego, małego facecika z wąsami jak u Clarka Gable, który przewracał od niechcenia jakieś papiery. Pasowały mu jak kurwie biały welon. Te wąsy oczywiście.

– Willi Knocke do pana Saala. – Szepnąłem mu do drobnego uszka. Spojrzał na mnie przekrwionymi oczami o bezrzęsnych powiekach. Przewrócił bladymi tęczówkami jakby był znudzony całą sytuacją i machnął na boya kręcącego się w okolicy popielnicy wielkości małego jeziora. Ten, gdy skończył wyrównywać w niej piasek za pomocą specjalnej tacki, przybył niespiesznie do nas i mały Gable wskazując na mnie odezwał się głosem cienkim jak bibułka:

– Zaprowadzisz tego pana pod dwunastkę. Turkowi powiesz, że był anonsowany i ma być wpuszczony na górę. Rozumiesz? – Chłopak skinął głową, odstawił narzędzia do wyrównywania popielnic, wsadził sobie w usta pogiętą wykałaczkę i skinął na mnie. – Chodź pan. – Ruszyłem posłusznie za nim.

Wspinając się na szerokie schody dobiegły mnie dźwięki narastającej awantury przy kontuarze gdyż panienka nie mogła przyjąć do wiadomości, że mnie na górę wprowadzono, a jej nie. Zignorowałem to bo na półpiętrze drogę zagrodził nam wielki facet o wąsach tak obszernych i gęstych, że do ich uporządkowania musiał co rano zużywać ciężarówkę pomady. Wciśnięty był w gładki, czarny garnitur z prawie przezroczystego materiału kiepskiej jakości. Ręce skrzyżowane trzymał na wydatnym brzuszysku, co powodowało, że wyglądał jak jeden z czterdziestu rozbójników. Tylko niestarannie zawiązany krawat nie wyglądał jak zakrzywiony saraceński miecz. W niedużym czako spoczywającym na jajowatej głowie sprawiał wrażenie faktycznie przedstawiciela narodu tureckiego, tym bardziej, że śniada cera, poprzetykana gdzieniegdzie ciemniejszymi plamkami mogła być uznana na pierwszy rzut oka za opaloną. Po bliższym przyjrzeniu traciło się to przekonanie na rzecz odrazy wobec pozostałości po ospie. Tuż nad butonierką przypiął sobie dumnie plakietkę z napisem: „Detektyw hotelowy”. Uchyliłem uprzejmie kapelusza, a on zaczął warknięciem – Coś za jeden?

– Wilhelm Knocke, do pana Saala. Byłem anonsowany. – Ubiegłem boya w wyjaśnieniach. Turek spojrzał na niego swoimi czarnymi jak smoła oczami. Młody skinął na potwierdzenie i grubas przesunął się o pół kroku w bok. Zasapał się przy tym jak zdezelowany parowóz tuż przed złomowaniem. W postawionej przestrzeni ledwo zdołaliśmy się zmieścić. Po dotarciu na piętro ruszyliśmy po prążkowanym dywanie korytarzem po którego obu stronach były drzwi do numerów. Niektóre z nich były pootwierane, a między nimi kręciło się kilka osób. Bębenki w uszach atakowały skoczne dźwięki puszczonego na cały regulator radia. Akurat ekipa Otto Stenzla wytrąbiała „Wo die Stranpromenade zu Ende Geht. Ująłem boya za ramię i skinieniem głowy zwolniłem z obowiązku odprowadzenia mnie do samych drzwi. Żadnych słów w tym hałasie i tak by nie usłyszał. Zawrócił w miejscu bez sprzeciwu. Ruszyłem dalej przekraczając jakąś podstarzałą kobiecinę w kapeluszu z pawimi piórami, która zalana w trupa pół siedziała, pół leżała pod ścianą. Jej nogi szeroko rozłożone na boki obejmowały udami pustą butelkę. Rozerwana sukienka sprawiała, że można się było zapoznać z jej staromodnymi majtkami sięgającymi prawie kolan. Tuż obok facet w pidżamie w czerwone słonie zaciągał się dymem ze skręta prawie tak grubego jak moje udo. Zanim go minąłem zdążył poczerwienieć na twarzy. Przestraszyłem się, że w tym narkotycznym zapamiętaniu jego łeb eksploduje uwalniając zgromadzony we wnętrzu opar. Z pokoju po prawej wyszła dziewczyna w samym gorsecie, koronkowych, czarnych majtkach i rajstopach. Niosła srebrną tacę z pojemnikiem na lód. W środku schładzała się butelka szampana. Inną tacę oblegało trzech młodych, pryszczatych jeszcze, wyrostków w lśniących, czarnych garniturach z lśniącymi wyłogami. Kłębili się wokół stolika stojącego przy załomie muru. Wyglądali jak bliźniacy w jednakowych fryzurach starannie zalizanych do tyłu. Wspólnie też raczyli się rozsypanym białym proszkiem wciągając go do nosów przez zwinięty w rurkę banknot dwudziestomarkowy. Smutne, że niektórzy za taką kwotę muszą przetrwać cały tydzień. Dziewczyna ruszyła w kierunku otwartych na oścież dwuskrzydłowych drzwi wprawionych w ścianę na samym końcu korytarza. Dopiero idąc krok w krok za nią dotarłem do ich progu i zdołałem dostrzec przybitą tu dwunastkę. Niepewnie wszedłem do środka. Na foteliku z cienkim oparciem stojącym pod oknem leżał rozwalony facet w atłasowym szlafroku o czerwonych lamówkach i puchatych kapciach rodem z jakiejś dziecięcej bajki. Miał zamknięte oczy i sprawiał wrażenie martwego. Prawe przedramię miał zawinięte w biel gipsu sięgającego od nadgarstka powyżej łokcia. Przy stojącym po lewej dużym barku z marmurowym blatem stał drugi facet. Ten wpasował się w jasny, błękitny garnitur z fularem starannie zawiązanym pod szyją. Mieszał jakiegoś drinka. Gdy skończył, wziął szklankę z grubego, rżniętego szkła i wyszedł bez słowa przez kolejne dwuskrzydłowe, rozsuwane drzwi prowadzące do sypialni po lewej. Usiadł na łóżku tuż obok śpiącej tam, chrapiącej głośno, dziewczyny z nagimi plecami. Sięgnął po słuchawkę rozłożonego na nocnej szafce telefonu i rozpoczął nakręcanie numeru. W salonie zaś, pod wiszącym po prawej lustrem, ustawiono sofę, którą w większości zajmował facet z wąsami a’la Chaplin, ale o przynajmniej trzy razy większej objętości organizmu. Ciemnogranatowa marynarka, z której z trudem można by wykroić mały spadochron, zalegała na oparciu, a z obszernych, oblepiających go spodni wyrastały szelki gotowe w sam raz na linę cumowniczą Titanica. Czarna koszula rozpięta pod szyją ukazywała małe, kręcone włoski na piersi, a podwinięte rękawy skrywały mocne ramiona zakropione kolejną porcją futra. Przestraszyłem się, że gdyby zdjął to co ma na sobie, mógłby uchodzić za jakieś archaiczne zwierze, w niewielkim tylko stopniu skrzyżowane z człowiekiem. Na sztywnym oparciu sofy siedziała dziewczyna o jasnej cerze i starannie wyskubanych brwiach, owinięta futrem z jasnego lisa. W jednej ręce trzymała wysoką szklankę z przezroczystym płynem i kostką lodu. Paliła papierosa osadzonego w długiej, porcelanowej, ręcznie zdobionej kwiatami, lufce. Przed nią, na niskim stoliczku ze szklanym blatem, stała puszka Laurensów[3]. Idące przede mną dziewczę niosące tacę postawiło ją obok ukazując swe kształtne pośladki, gdyż nie zgięło nóg w kolanach. Zasadniczo nie miał bym nic naprzeciw gdyby dane mi było zawrzeć z nimi bliższą znajomość. Z pośladkami ma się rozumieć. Musiałem jednak poświęcić się czynnościom służbowym, dla których mnie tu sprowadzono. Wydobyłem z wewnętrznej kieszeni wizytówkę i zastukałem jej krawędzią w drzwi.

– Wilhelm Knocke. Który z panów to Eduard Saal? – Grubas zerwał się na równe nogi tak gwałtownie, że dziewczyna z munsztuczkiem spadła na podłogę z głuchym klapnięciem. Nie uroniła przy tym ani kropelki ze swojego napoju. Znudzona oparła się plecami o ścianę obitą jakąś tkaniną w kolorze wypłowiałej lawendy i zaciągnęła głęboko.

– Jest pan nareszcie. – Ucieszył się zacierając ręce. – Jak pan widzi, mamy tu małe zamieszanie, ale zaraz zorganizuję jakiś wolny pokój, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Niech pan sobie zmajstruje coś do picia, a ja zaraz wracam. Poklepał mnie po ramieniu, co w jego wykonaniu oznaczało uniesienie ręki niemal nad głowę. Wyszedł wołając jakiegoś Steffena. Podszedłem więc do barku i do najmniej brudnej szklanki wrzuciłem kilka kostek lodu ze stojącego na stoliczku pojemnika z szampanem. Po czym dopełniłem ją wódką Goldwasser[4] z kwadratowej butelki i wrzuciłem dwa plasterki cytryny do kompletu. Zza drzwi do sypialni dobiegła mnie rozmowa prowadzona po włosku. Tak mi się wydawało, że to włoski. Nie znam tego języka, ale słuchając wcześniej w radio przemówienia Ducego uznałem, że oba słowotoki są do siebie niezwykle podobne. Kątem oka dostrzegłem, że facet w jasnym garniturze gada przez biały telefon kompletnie nie zwracając uwagi na wydarzenia w salonie. Upadła madonna z podłogi wpatrywała się we mnie swymi wielkimi, brązowymi oczyma.

– Piękny książę. Podniesiesz swoją księżniczkę? – Bełkotała tak, że trudno było ją zrozumieć, ale wsunąłem dłonie pod jej nagie ramiona i uniosłem do pionu. Zaklekotały drewniane kulki korali zawieszonych na wysmukłej, gładkiej szyi. Była lekka jak piórko, choć jej bezwładność sprawiała pewne problemy. Zdążyła ugryźć mnie w ucho zanim posadziłem ją na uprzednio zajmowanym przez Saala miejscu. Oparła się z rozmachem rozrzucając na boki swoje długie, brązowe loki. Szczerzyła równe ząbki w bezczelnym uśmiechu. Zanim uniosłem się do pionu, swe nagie ramię zarzuciła łukiem na moją szyję. Nie miałem ochoty na jej popękane, nikotynowe usta więc chwyciłem za nadgarstek i delikatnie, trzymając tylko kciukiem oraz palcem wskazującym, opuściłem na oparcie sofy.

– Dziecinko, wytrzeźwiej, doprowadź się do porządku – wskazałem dłonią jej rozmazany makijaż nad prawym okiem – i jak będziesz miała chwilę wolną to się odezwij. Gustuję w eleganckich, zadbanych, a nie tak zużytych, kobietach. – Jej oczy zwęziły się złowrogo, a usta zacisnęły w kreskę. Całe szczęście, że alkohol ją wysuszył, bo z pewnością by mnie opluła. Wstała z trudem unosząc swoje lędźwie nad siedzisko i zakręciła nimi gdzieś w połowie drogi do drzwi. Być może w innych warunkach bym się nią zainteresował, ale teraz nie sprawiała korzystnego wrażenia. Wyglądała raczej jak wyleniała szczotka ryżowa na zmęczonym częstym używaniem kiju. W progu odwróciła się do mnie i wydymając usta powiedziała:

– Lubię takich twardzieli jak ty, więc dam ci jeszcze jedną szansę. – Zagroziła ginąc za załomem korytarza. W przejściu minęła się z Saalem wracającym truchcikiem.

– Cholera, wszędzie hałas. Ale może jak się tutaj zamkniemy to nam nikt nie będzie przeszkadzał. – Zamknął za sobą drzwi i zajrzał do sypialni. Tuż przed jego twarzą stanął gość od telefonu. – Gerhard, przypilnuj aby nam nikt nie przeszkadzał. – Zwrócił się do faceta w błękicie. Ten posłusznie wykonał zadanie i stanął plecami do wielkich drzwi splatając dłonie na wysokości jedynego guzika marynarki. – To ochroniarz Lenniego. Gerhard Büsche. – Saal wyjaśnił podchodząc do barku, skąd wziął pustą szampanówkę i uzupełnił ją z kąpiącej się w kubełku butelki o długiej szyjce. Następnie wywrócił się na swojej sofie w oczekiwaniu, że będę stał jak uczniak. Nie pozostało mi nic innego jak zgodzić się na tę rolę. Facet rozwalony w fotelu pod oknem poruszył się i chrapnął. Jeden raz. W wyrazie heroicznego wysiłku zdołał jednak spuścić stopy na podłogę. Zmęczył się tą czynnością i uznał, że najlepiej będzie jak się znowu prześpi nieco.

– Zaprosiłem tu pana, bo mamy poważny problem na planie. – Spojrzałem na swoją szklankę i pokiwałem głową ze zrozumieniem na wspomnienie sytuacji jaką widziałem na korytarzu. Faktycznie problem mieli, i to poważny. Z dyscypliną na początek.

– Mianowicie jaki? – Zapytałem usłużnie podchodząc do barku po następną porcję złota w płynie.

– Jak pan pewnie wie, kręcimy tu w Breslau nowy film z udziałem Lenniego Hannsmana – Skinąłem pytająco głową w kierunku fotela stojącego pod oknem i zajmującej go meduzy.

– Tak. To on. Dziś może nie jest w stu procentach dysponowany…

– Mnie tam wygląda na czterdzieści. – Wtrąciłem się.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

– Wygląda na czterdzieści procent.

– Co?

– Mówię o tym czym się doprowadził do takiego stanu.

– Dajże pan spokój z tymi wygłupami. Poważna sprawa jest.

– Ja myślę. Ze trzy dni będzie dochodził do siebie. – Machnął ręką nad głową.

– Daj pan spokój. Mówiłem już.

– Zamieniam się w słuch. – Obiecałem.

– Siedzący tam – wskazał fotel – pan Lennard von Hannsman, jak pan widzi, złamał rękę na planie spadając z roweru. To zmusiło nas do przerwania zdjęć.

– Przykro mi, ale nie jestem ortopedą aby mu ją nastawić.

– Wiem, ale niechże pan przestanie do jasnej cholery, bo nigdy nie skończymy. Złamana ręka to problem z jakim można by było przejść do porządku dziennego grając inne sceny, ale wydarzyło się coś co powoduje, że potrzebna jest pana pomoc.

– Cóż to takiego? – Udałem przejęcie, a on sięgnął do marynarki i wydobył z niej kopertę, którą podał mi nad stołem. Otworzyłem odstawiając szklankę na barek. Wewnątrz była jedna kartka złożona w na czworo. Po rozwinięciu zademonstrowała swoją zawartość. Ktoś zadał sobie wiele trudu aby wykleić wyciętymi z gazet literami następujący tekst:

Ta jedna ręka w gipsie to nie przypadek. Jeśli nie będziecie posłuszni złamie mu się kolejna, później noga, i druga. Zróbcie konferencję prasową, bo ludzie lubią wiedzieć takie rzeczy. Po niej będą dalsze instrukcje.

– Tylko tyle? – Spytałem nie podnosząc wzorku znad kartki szukając jakiegoś ewentualnego punktu zaczepienia.

– Tylko tyle. Jak pan widzi, mamy czekać.

– Nikt się nie odzywał w tej sprawie?

– Nie, bośmy konferencji nie zrobili jeszcze.

– Ale pismaków już sprosiliście.

– A tam. Oni ciągną się zawsze za nami jak wszy za żebrakiem.

– Może i prawda. Nie jestem filmowcem.

– Co?

– Nic. Nie ważne.

– Co więc pan proponuje?

– Jeśli nie zrobicie konferencji to nie dowiemy się jakie są ich oczekiwania. Bo jak rozumiem, sam pan się niczego nie domyśla?

– A co tu się domyślać? Czego oni mogą chcieć?

– Nie wiem. Nie napisali tego przecież. Podejrzewa pan kogoś?

– No co pan? Ja porządny człowiek jestem, z takimi typkami staram się nie mieć do czynienia.

– Ja też nie. Konkurencja nie chciała panu wyrządzić krzywdy przypadkiem? Nie nacisnął pan komuś na odcisk robiąc ten film?

– Eee nie wydaje mi się.

– A kiedy to przyszło. – Wskazałem zmarszczonym nosem wciąż trzymaną w dłoni kartkę.

– Wczoraj po obiedzie jakoś. Boy przyniósł.

– A rękę Lenni kiedy złamał?

– Rano. Wczoraj rano.

– Dość szybko wieści o wypadkach się rozchodzą. Nie sądzi pan?

– Chyba, że to nie był wypadek. – Wypowiedziawszy te słowa spojrzał na mnie jakby zdziwiony sam swoimi domysłami.

– Był, czy nie był? – Podchwyciłem ten wątek.

– Jakby się nad tym zastanowić to mogło tak być, że ktoś podciął widły w rowerze i dlatego pękły.

– Przyglądał się pan temu?

– Nie.

– Trzeba będzie sprawdzić. Bo jeśli to nie był wypadek, to sprawa może być poważna.

– Tak pan sądzi?

– Nie wydaje się panu dziwne, że facet upada z roweru bez przyczyny i ktoś grozi później kolejnymi wypadkami?

– No faktycznie.

– Więc albo ktoś mu pomógł upaść, albo ktoś nieszczęśliwy wypadek chce wykorzystać do swoich celów.

– Brzmi sensownie.

– Kto wie o wypadku?

– Ekipa, która była przy tym. No i lekarz. W sumie może ze dwadzieścia osób.

– Sporo. Ma pan ich tutaj?

– Czy mieszkają z nami w Savoy’u?

– Yhym. – Kiwnąłem głową.

– Nie. Wynajęliśmy im w Goldener Adler[5]. Przy Fontane Platz[6]. Wie pan gdzie to jest?

– Wiem. Będzie trzeba z nimi porozmawiać.

– Myśli pan, że to ktoś z nich?

– Nie można tego wykluczyć. Wszak byli blisko i widzieli co się stało. Jeśli komuś zależało na dorobieniu na boku to w ten sposób mógł wykorzystać nadarzającą się okazję.

– Jak pan to mówi, to wszystko staje się takie proste i jasne.

– Nie przesadzajmy.

– Rozumiem, że pan przyjmuje sprawę? – Splótł dłonie w błagalnym gięcie przez co wydał mi się podobny cherubinkowi z barokowego kościoła. Tylko twarz, jakby zbyt przepita, nie pasowała do tego wizerunku.

– Tak. Zajmę się tym.

– Rewelacja. – Ucieszył się prawie podskakując – Czy możemy zatem zrobić to czego od nas oczekują?

– Mianowicie?

– No przecież kazali zrobić konferencję prasową. – Jakby trochę się zdziwił tym, że nie wiem o co mu chodzi.

– Ach, no tak. Nie wydaje mi się jednak sensownym pomysłem mój w niej udział.

– Niby dlaczego?

– Wolałbym raczej pozostać nieznany dla autorów tego listu.

– Niech pan nie opowiada bzdur. My musimy to zrobić, a panu przyda się odrobina reklamy i kilka ciepłych słów w prasie. Chyba mam rację? – Zaczął zakładać niezgrabie na siebie marynarkę. – No! – Klasnął w dłonie. – Chodźmy.

– A on? – Wskazałem na von Hannsmana pozostającego niezmiennie w tej samej pozycji.

– Nic mu nie będzie. Zresztą wolałbym nie narażać go na kolejne stresy.

– Fakt. Mógłby nie przetrwać kolejnych prób poradzenia sobie z nimi. – Zignorował tę uwagę i mijając Gerharda wyszedł na korytarz, skąd nadal dobiegała kakofonia dźwięków zbyt głośno nastawionego radia. Pozostawiliśmy go na straży apartamentu i ruszyliśmy ku schodom.

linia_1

Przejdź do rozdziału 2 >>

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *