Trzeba tylko chcieć – 1

1.

Zdusiłem chyba już siódmego papierosa w popielniczce z lanego, przezroczystego szkła zajmującej pół stolika ustawionego w zakurzonej poczekalni mojego biura. Z nudów skubałem jego popękaną i odpadającą cienkimi paskami politurę, a stopami przewracałem szare ze starości frędzle lichego dywanu, o którym ktoś zapomniał na podłodze. Zdołałem też dwa razy przewietrzyć lśniące płachty Berliner Illustrierte[1] jaką zostawił jeden z petentów kilka dni temu. Debilny redaktorzyna podniecał się w niej tym jak to z Adolfem w Berghofie spotykał się pan Chamberlain z Londynu. W moim gabinecie trwała intensywna walka ze stabilnym i pewnym zamocowaniem do podłogi oraz ściany zamówionej kasy pancernej. Nie był to jakiś potężny, potrójny Auerbach, a raczej niewielka, ozdobna szafka od Maxa Baumana[2] z grubymi na dłoń ściankami wypełnionymi betonem. Sprawiłem sobie ostatnio taki mały prezent aby trzymać w nim co ważniejsze papiery, amunicję, broń i tym podobne. W ramach zamówionej usługi był też montaż więc teraz musiałem siedzieć w korytarzu i umierać z nudów. Otwarte drzwi ukazywały plecy trzech spoconych facetów w zakurzonych, drelichowych portkach wywracających do góry nogami wszystko co znalazło się w zasięgu ich rąk. Nie spodziewałem się, że będzie to trwało aż tyle czasu. Miałem dość, ale niestety telefon nie chciał się odezwać żadnym zadaniem, które mogłoby mnie stąd wywabić na miasto.

Już miałem zacząć trzecią turę przeglądania gazety gdy drzwi z korytarza otworzyły się niespiesznie. U klamki uczepiony był wysoki jegomość z niemal przezroczystą skórą obciągniętą na wydatnych kościach policzkowych i lekko pofalowanej szyi. Powiedzieć, że był chudy to byłaby znaczna przesada. Dłonie wystające z wyszczotkowanego, gabardynowego, obszytego czerwoną lamówką, munduru koloru feldgrau miały wyraźnie zarysowane kości w nadgarstkach. Bez trudu mógłbym je spiąć moim paskiem od zegarka. Oba za jednym zamachem. Poprzez czarne rękawiczki dzierżył teczkę z krokodylej skóry ze stalową klamerką i zameczkiem, z którego zwieszała się mała, zielona kłódka. Od orlej twarzy odcinały się głębokie, zmęczone oczodoły z okapem rozłożystych, szpakowatych brwi podtrzymujących monokl przypięty do złotego łańcuszka. Na ciemnych, przylizanych do tyłu, włosach godnie dosiadała go wojskowa czapka ze srebrną nicią wszytą w rondo. Akompaniowały jej srebrne ryfle na wykładanych czerwienią Schulterstück’ach[3], przybite dwoma złotymi bretnalami[4]. Rozejrzał się płochliwie nie bardzo wiedząc w kierunku których drzwi się udać. Moje, z wymalowanym stosownym opisem, były otwarte więc zgubił się biedaczek. Najwyraźniej nie zabrał ze sobą odpowiedniej mapy sztabowej.

Wąskie, niemal sine usta rozchyliły się i sztywnym głosem zapytał:

– Szukam prywatnego detektywa. Które to będzie biuro? – Wskazałem mu moje uniesioną brodą, ale nie chcąc sprawiać problemów, wstałem i przedstawiłem się jak przystało na dobrze ułożonego chłopca:

– Wilhelm Knocke. Prywatny detektyw. Czym mogę panu służyć? – Zajrzał do środka i zobaczywszy robotników uniósł brew co spowodowało, że monokl wypadł i rozdyndał się na łańcuszku przypiętym zgrabnym zameczkiem w kształcie rewolweru do guzika kieszeni na piersi.

– Tu będziemy rozmawiać?

– Chwilowo warunki lokalowe nie są u mnie zbyt komfortowe. Jeśli potrzebuje pan rozmowy na osobności to mogę zaproponować restaurację Hugo Cohna[5] na dole bądź wolny obecnie pokój sąsiada, zajmującego się pisaniem podań. Pojechał do chorej matki – wyjaśniłem.

– Restauracja odpada. Proszę prowadzić do sąsiada. – Wyraźnie zirytował się takim rozwojem sytuacji. Powiodłem go więc do zlokalizowanego w głębi pokoju wynajmowanego przez faceta, co to ciągle wnerwiał mnie waleniem w klawisze maszyny do pisania, jeśli akurat byliśmy obaj jednocześnie u siebie. Otworzyłem zakurzone drzwi z szybą z mrożonego szkła i przepuściłem go przodem. Wsunął się zręcznie między mnie, a framugę i zasiadł na wysłużonym krześle z giętego drewna przeznaczonego dla petentów. Teczkę ułożył sobie na kolanach, czekał aż odizoluję nas od hałasów na zewnątrz i siądę za biurkiem. Nie spuszczał ze mnie swoich bladych, prawie białych tęczówek. Oparłem pośladek o krawędź odrapanego mebla, na którym poczesne miejsce zajmowała maszyna do pisania marki Urania skryta pod materiałowym pokrowcem w niewielkie, niebieskie kwiatki. Wyłuskałem z paczki kolejnego papierosa i zapaliłem pocierając zapałkę o podeszwę. Jemu też zaproponowałem, ale stwierdził, że to szkodzi. Nie byłem przygotowany szermierkę słowną w tej branży więc odpuściłem skomentowania takiego postawienia sprawy. Od biedy mógłby wyglądać na faceta co umie o siebie zadbać więc być może wiedział co mówi.

– Zatem w czym mogę panu służyć? – zgniotłem zapałkę o blat i wrzuciłem dalekim lobem do stojącego w kącie rattanowego kosza na śmieci. Patrzył na mnie przez chwilę bez słowa. Skóra na policzkach stężała gdy zacisnął szczęki. Wyglądał jak gładka, kamienna ściana w świetle księżyca. Zwęził oczy w szparki niewiele grubsze niż paznokieć. Na powrót umieścił monokl pod brwią i zdjął teczkę z kolan stawiając ją przy wyglansowanych na połysk sztybletach[6].

– Panie Knocke. Przychodzę od pana z niezwykle delikatną sprawą – nie bardzo wiedział co zrobić z uwolnionymi rękoma więc przewracał splecionymi na piersi palcami.

– Domyślam się. Inaczej byś się pan nie zachowywał jak łasica przed wypadem do kurnika.

– Daruje pan sobie czy mam iść do kogoś innego?

– Proszę wybaczyć. Ale do mnie każdy przychodzi z delikatną sprawą. Albo powiem inaczej: ja każdą sprawę traktuję jako delikatną i przykładam do niej należytą uwagę z tego tytułu.

– Nie wygląda pan na takiego.

– No to w zasadzie bylibyśmy kwita – przerwałem na zaciągnięcie się papierosem. – Zapytam więc raz jeszcze: Z czym pan do mnie przychodzi? – Uśmiechnął się w szczególny sposób wykrzywiając ku górze tylko połowę ust. Policzki pokrywały mu jakieś niezdrowe, szare plamy, które rozciągając się delikatnie jaśniały.

– Hauptmann[7] Hermann von Stromheimer – lekko pochylił pierś do przodu, a ja skłoniłem się uprzejmie, bo właśnie brakowało mi tego podstawowego elementu kontaktów między kulturalnymi ludźmi. Nie sprawiał wrażenia aby nawykł do częstego przedstawiania się samodzielnie. Na jego prawej kieszeni zafalował Blutorden[8]. – Przychodzę do pana z polecenia mojego przełożonego, który ma poważny problem. Może on rzutować na jego dalszą karierę. Dlatego zobowiązał mnie do zadania panu jednego istotnego pytania, od którego musimy zacząć naszą znajomość: czy jest pan patriotą?

– Nikt mnie nigdy o to nie pytał.

– Sam pan rozumie. Mundur jaki mam na sobie zobowiązuje.

– Rozumiem. Doskonale rozumiem. Tak – przytaknąłem. – Myślę, że potrafię się nazwać patriotą. Dlaczego to takie ważne? – bezwiednie skubałem pudełko zapałek próbując odnaleźć na jego twarzy jakieś symptomy emocji. Bezskutecznie. Była nieruchoma i zimna jak porcelana muszli klozetowej.

– Ponieważ będzie pan pracował dla generała von Heinricha, grafa von Rotkirch. Jestem jego adiutantem – lewą dłonią w zamyśleniu obracał trzy żołędzie z metalizowanej nitki dyndające na zakończeniu plecionki akselbanty[9]. Pewnie gdyby przypięta do niej tarczka z godłem narodowym była metalizowana to by do mnie od czasu do czasu zdołała oślepić.

– Hola, hola – uniosłem palec wskazujący do góry – jak sobie przypominam, do tej pory pan generał jeszcze mnie nie zatrudnił.

– Nie fatygowałbym się tutaj gdyby generał nie był zainteresowany pańskimi usługami.

– Owszem, ale jest jeszcze jeden kluczowy element tej układanki.

– Jaki? – nie dał po sobie poznać, że go w jakikolwiek sposób zaskoczyłem Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale potrafił panować nad sobą. Zacząłem się zastanawiać czy to nie było przypadkiem wynikiem tresury batem jakiej poddawano go w młodości.

– Dość podstawowy, bym powiedział – wstałem z biurka i zagasiłem papierosa o spód kamiennego parapetu gdyż powoli zbliżał się moment kiedy zacząłby mnie parzyć w palce. Wrzuciłem go w ślad za zapałką. – Ja muszę być zainteresowany podjęciem zlecenia od niego – odezwałem się przez plecy nie zaszczycając go spojrzeniem. Mógłby go nie znieść.

– A nie jest pan? Każdy porządny Niemiec byłby zaszczycony mogąc oddać swe usługi armii.

– Widocznie odmiennie pojmujemy znaczenie słów porządny Niemiec. Dla mnie to ktoś kto stara się robić wszystko perfekcyjnie, a ja na razie nie wiem nic o tym co panowie dla mnie przygotowali. Wybaczy pan więc, ale nie podejmę w tym momencie decyzji. Elementarne drogi Watsonie – zakpiłem, ale z pewnością nie zrozumiał. Wyraz jego twarzy nie zmienił się w żaden sposób, a policzki nadal miał wygładzone niczym klapy od klozetów.

– Obawiam się, że będzie pan musiał – odezwał się powoli cedząc słowa, jakby jego mózg nie nadążał za wyrażaniem swoich myśli. Sprawiło to, że nie zabrzmiał specjalnie przekonująco. Dlaczego nie spodziewałem się innej reakcji?

– Chce pan abym wyprowadził w pole moją artylerię w przypadku gdy nie wiadomo jeszcze kto i do kogo strzela. Pan wybaczy, Herr Hauptmann, ale nie mam w zwyczaju kupować kota w worku.

– Co mam zatem odpowiedzieć generałowi?

– Że chcę poznać przedmiot i istotę sprawy, jego oczekiwania w zakresie efektów mojej pracy oraz wysokość wynagrodzenia jakie jest w stanie przeznaczyć na moje usługi. Czy to jest aż tak trudne do zrozumienia?

– Niestety nie do końca jestem w stanie uczynić panu zadość. Nie zostałem tak daleko upoważniony do wprowadzenia pana w zadanie.

– Cóż. W takim razie będziemy musieli się pożegnać – popatrzył na mnie oczami, w których już dawno wygasł jakikolwiek ogień. Zrobiło mi się go niemal namacalnie żal. Próbowałem zreperować ciężką atmosferę jakimś niemym uśmiechem, ale zdaje się, że trafiło na umundurowaną, prehistoryczną skamieniałość. Z równym skutkiem mógłbym go okładać cepem.

– Zgodzi się pan, żebym zadzwonił? – odezwał się po chwili milczenia, które wgryzło się głęboką bruzdą w jego czoło.

– Owszem – przesunąłem palcem po blacie staromodny aparat z mikrofonem w formie kaczego łba na ryflowanej nóżce i osobną słuchawką na plecionej smyczy kabla. Wykręcił numer i poczekał na zgłoszenie się kogoś po drugiej stronie.

– Powiedział, że jak nie pozna szczegółów to nie będzie dla pana pracował… – pokiwał kilka razy głową. Powiedział dwa razy tak i odłożył aparat na miejsce krzycząc Jawohl!

– No i?

– Mam pana zabrać ze sobą. Zje pan obiad w towarzystwie generała. On panu wszystko dokładnie wyłuszczy.

– Nie można było tak od razu? – bardzo mnie ubawiła ta odrobina satysfakcji.

– Jak już wspominałem, nie zostałem upoważniony.

– Ech. Wy i wasze upoważnienia. Jak do sracza pan idziesz to też upoważnienie potrzebne?

– Znacznie pan przesadza. Nie nawykłem do takich impertynencji.

Uśmiechnąłem się pod nosem i podszedłem do drzwi bo zamajaczyła za nimi jakaś ciemnogranatowa postać. Okazało się, że panowie monterzy skończyli właśnie swoją robotę, posprzątali budowlany bałagan i pozbierali narzędzia. Zostawiłem von Stromheimera samego udając się do biura. Można powiedzieć, że byłem zadowolony z efektów ich działań, choć na uwagę, że mój budżet zostanie poważnie nadwyrężony dodatkowym honorarium dla sprzątaczki, która będzie musiała doczyścić lichy dywan i podłogę z unoszących się w powietrzu drobinek cementowego pyłu, nie zareagowali w żaden konkretny sposób. W sumie racja. To był mój problem. Pożegnałem ich, zarzuciłem na grzbiet szary, jesienny płaszcz, a na łeb wsunąłem stalową fedorę od Borsalino. Wróciłem po mego gościa.

– Idziemy? – Zebrał się do kupy, wyszedł na korytarz i mijając mnie w progu cierpko rzucił przez ramię:

– Słyszałem, że jest pan bezczelny i nieokrzesany. Obawiam się że w eleganckim towarzystwie oficerów Wehrmachtu takie zachowanie nie przystoi i będzie lepiej jak je pan zmieni. – Zmierzyłem go lodowatym wzrokiem od stóp do głów włącznie z loczkiem, który wysunął mu się niesfornie spod plastikowego daszka czapki.

– Jak dla mnie to elegancja zaczyna się od tysiąca marek za garniak. W takim ujęciu pan możesz być najwyżej schludny/lekko estetyczny. – Odwróciłem się na pięcie i wymaszerowałem na klatkę schodową zostawiając go samego w poczekalni. Coś mi mówiło, że będę z nim miał jeszcze jakieś przeboje.

linia_1

Przejdź do rozdziału 2 >>

Możliwość komentowania jest wyłączona.