Odwrócenie – 5

5.

Dziewczyny pałaszowały właśnie jakiś rodzaj sernika na mokro gdy podszedł do nas kierownik zmiany, który nie bardzo wiedział co zrobić ze swoimi alabastrowymi dłońmi. Przez moment niezdecydowany przestępował z nogi na nogę po czym nachylił się do mojego ucha:

– Panie Wilhelmie, przyszła pani Zofia. Czeka w restauracji. Sprzątnęliśmy tam już i możecie państwo swobodnie porozmawiać na osobności. – Wytarłem lnianą chusteczką usta i wstałem od stołu skłoniwszy się przyjaciołom. Jacki chwyciła mnie za łokieć swoimi karmazynowymi paznokciami:

Mein Schatz[1], nie zapominaj o mnie – tego wzroku z pewnością należało się obawiać.

– Chodź – wziąłem ją pod ramię i powędrowaliśmy w ślad za blondynem stawiającym swoimi długimi stopami nierówne kroki w kierunku podwójnych drzwi prowadzących do hallu. Za plecami słyszałem tylko jak Martin z Magdą próbują odnaleźć zgubione szczęki gdzieś pod stołem. Do restauracji wpuścił nas przodem gdzie minąwszy rozłożystą, udekorowaną czerwienią i złotem choinkę, wskazał umięśnioną dłonią stolik stojący najdalej w głębi. Pani Zofia na nasz widok rozpromieniła się jakbym już dawno rozwiązał dla niej tę sprawę po czym wskazała miejsca koło siebie. Miała gładką suknię upiętą wysoko klamrą misternie zdobioną w srebrze oraz ostro skrojoną kamizelkę skrywającą kremową bluzkę męskiego wzoru. Paliła papierosa o tym samym aromatycznym tytoniu, który poznaliśmy już w Breslau. Wolną dłonią zwijała nerwowo w rulonik papierową serwetkę.

– Niezwykle cieszę się, że udało się panu do nas dojechać – rozpromieniła się gdy ostatecznie rozsiedliśmy się wokoło stołu.

– To ja jestem pani zobowiązany za to, że udało się znaleźć dla nas nocleg – odparłem z lekko przesadzoną elegancją.

– Drobiazg – machnęła dłonią, a serwetka porwana podmuchem odfrunęła pod sąsiedni stolik.

– Proszę mówić, czy coś się od ostatniej naszej rozmowy zmieniło? – spytałem uprzejmie kładąc dłonie na blacie.

– Nie. Nic – pokręciła głową.

– Czy policja dokonała jakichś odkryć? Może udało im się posunąć śledztwo w jakiś sposób do przodu?

– Nie wiem. Herbert odwiedza ich co rano, ale oni nie zwierzają się mu z takich rzeczy. Sam pan rozumie – zrobiła dziwną, zatroskaną minę unosząc obie wargi prawie pod sam nos.

– Może przez przypadek ktoś się z czymś zdradził – pokiwałem głową, a Jacki sięgnęła po leżące na spodeczku między nami kruche ciasteczko z migdałami.

– Niestety. Nic takiego się nie wydarzyło – zaprzeczyła.

– Czyli nadal wiemy, że nic nie wiemy – podsumowałem markotnie i także wziąłem sobie ciastko.

– Przecież opowiedziałam panu o całej sprawie – także wzięła do ręki ciastko.

– Zgadza się, ale to opowieść z drugiej ręki i obawiam się, że nie wystarczy – dla moich celów potrzebna była rzetelna wiedza o całości wydarzeń więc zacząłem się martwić czy ona będzie mi ją w stanie zapewnić.

– Co pan przez to rozumie? – Sięgnąłem do kieszeni marynarki po papierośnicę. Podsunąłem Jacki pod nos i zapaliliśmy. Niestety moje Avide w najmniejszym stopniu nie były w stanie zmierzyć się z najpewniej robionymi na zamówienie tymi palonymi przez nią.

– Zwyczajnie, będę musiał porozmawiać z pani synem i wysłuchać jego relacji – wzruszyłem ramionami bo ten plan wydał mi się nad wyraz oczywisty.

– Kiedy chce pan to zrobić? – rzuciła rzeczowo między jednym, a drugim kęsem.

– Najszybciej jak to będzie możliwe – przysnąłem bliżej wielką, porcelanową popielnicę w kształcie sporego półmiska, na którego dnie widniała nazwa lokalu.

– Jutro? – strąciła do niej popiół

– Im szybciej tym mniej będzie pani musiała zapłacić za nasz pobyt – uśmiechnąłem się wymownie.

– Tym niech się pan zupełnie nie przejmuje – prawie się roześmiała. Posmutniała jednak po chwili zdając sobie sprawę, że moja obecność tutaj nie powinna wywoływać u niej najmniejszej wesołości.

– Ma pani jednocześnie świadomość, że w tym momencie moja rola przestanie być dla Herberta tajemnicą – nadmieniłem ostrożnie. Odniosłem bowiem uprzednio wrażenie, że ona będzie chciała rozegrać to tak żeby jej syn możliwie długo nie znał mojej roli. Niestety, jeśli wszystko miało zakończyć się sukcesem, to takie rozwiązanie nie wchodziło w grę.

– Zdaje się, że nie będzie innego wyjścia – odparła markotnie. – Nie będzie pan w stanie prowadzić śledztwa tak aby o tym nie wiedział? – Rozsunąłem wargi w niepewnym uśmiechu bowiem przeczucie mnie nie zwiodło.

– Mógłbym spróbować, ale mogłoby to zupełnie niepotrzebnie skomplikować całą sprawę. Jeśli potraktuje mnie jak kogoś, kto chce mu pomóc i rzetelnie wszystko opowie to tylko powinno ułatwić dojście do tego jak było w rzeczywistości – z zadowoleniem pogładziłem Jacki po dłoni.

– Dziś nie odpowiem jakie on ma plany na jutro, ale dowiem się i zostawię wiadomość w recepcji – od razu przeszła do konkretów. – Możemy się tak umówić? – filuternie przekrzywiła głowę mrużąc oczy.

– Oczywiście – skinąłem powoli głową.

– Jutro jest noc sylwestrowa – rzeczowo wtrąciła Jacki gasząc jednocześnie swój niedopałek w popielnicy.

– Herbert nie wspominał mi nic aby gdzieś mieli wychodzić z Karoliną – zamyśliła się szukając w pamięci jakichś detali dotyczących ich planów na dzień jutrzejszy.

– Pani Zofio, jeśli by się dało pojawić się u państwa powiedzmy około szóstej wieczór to byłbym zobowiązany – na kolanie poczułem ostre paznokcie. – Bylibyśmy oboje – dodałem pośpiesznie żeby jednoznacznie rozwiać wątpliwości Jacki czy mam ją zamiar zabrać ze sobą.

– Tak. Naturalnie – zgodziła się, ale jakby nie do końca przekonana.

– Kim jest Karolina? – inteligencja Jacki nie zawiodła.

– To żona mojego syna. Poznali się tutaj i pokochali – wyjaśniła spokojnie bo faktycznie można było mieć wątpliwości kim jest owa Karolina i jaką rolę tutaj odgrywa.

– Rozumiem. Proszę tylko przypomnieć jak do państwa trafić – dopytałem.

– Wyjdzie pan z hotelu na Neuroder Straβe[2] i skręci w lewo. Minie pan kościół, dalej będzie brama zakładu. Ją też pan minie. Kawałek dalej, pod numerem trzynastym, stoi duży dom z czterema kolumnami. Nie sposób nie trafić – wstała wytrącając niedopałek z cygarniczki i wsuwając ją w niewielką torebkę obszytą jakimś materiałem sprawiającym wrażenie futra zdechłego kreta. Pomogłem jej nałożyć na ramiona czarny, gruby płaszcz, za który w średniowieczu można by z powodzeniem kupić co najmniej trzy wioski, a na koniec ukłoniłem się jak przystało na dobrze ułożonego młodego człowieka.

– Doskonale – uśmiechnąłem się. – Rezerwujemy wstępnie jutrzejszy wieczór i czekamy na wieści czy coś się nie zmienia – uścisnąłem jej delikatną dłoń.

– Do zobaczenia – skinęła głową Jacki i ruszyła do drzwi. Pomilczeliśmy chwilę aż zniknęła za nimi.

– Co myślisz? – zagadnąłem pierwszy wrzucając do przepastnej popielnicy ten skrawek Avide’a jaki został mi między palcami. Jego żar na skórze zdołałem poczuć już jakąś chwilę temu.

– O sprawie? – spytała twardo.

– O sprawie, o pani Zofii – wykonałem nieokreślony ruch dłonią wokół głowy.

– Dyrektorzy czasem mogą mieć coś za uszami. U nas wielu stało się dyrektorami właśnie dlatego – stwierdziła filozoficznie.

– U nas też. Z drugiej strony matki mają to do siebie, że z zasady wiedzą czy ich dziecko zrobiło coś złego – wpadłem w podobny ton.

– To akurat żaden argument – podsumowała.

– Słusznie – przyznałem jej rację. – Pieniądze z napadu same jednak nie wchodzą do cudzych sejfów. Trochę nie chce mi się wierzyć, że po latach postanowił tę kasę właśnie w taki sposób upłynnić. Dyrektorzy raczej nie bywają aż tak głupi.

– Może sądził, że sprawa już przyschła wystarczająco? – ponownie sięgnęła po ciastko. – Albo ktoś go do tego zmusił? – dodała podsuwając kolejne hipotezy. Czyżby to wcale nie była taka bezsensowna myśl żeby wziąć ją na wspólnika? Miała parę szarych komórek między wdzięcznymi uszkami, co z pewnością przydawało jej uroku.

– Może. Z tym, że on mógł sam wcale nie chcieć ich ujawniać. Ten anonimowy telefon co to odebrała policja wygląda jak rodzaj zemsty kogoś kto się doskonale orientuje w sprawie. – Pokiwała głową najpewniej zgadzając się ze mną.

– I jeszcze ten trup – stwierdziła po chwili tak jakby uznała autorytarnie, że obie sprawy są ze sobą nierozerwalnie związane. Odniosłem wrażenie, że może mieć w tym trochę racji.

– No właśnie – zamyśliłem się.

– Zaczyna mi się podobać twoja robota – uśmiechnęła się rozkosznie mrużąc oczy w cienkie szparki.

– Ten zabity cię nie przeraża? – spytałem bo kobiety mogłyby mieć problemy właśnie z takimi detalami w moim zawodzie.

– Nic a nic – niemal lniane loczki poruszane na boki wpadły w niekontrolowany taniec.

– Jedną kwestię musimy sobie ustalić na wstępie – podniosłem wskazujący palec do góry co miało oznaczać, że mam zamiar być śmiertelnie poważny.

– Mianowicie? – spojrzała na mnie szeroko otwartymi, maślanymi oczami.

– Jutro idziesz ze mną, ale dalej pracuję sam – wyrzuciłem twardo z siebie. Wolałem abyśmy zasady ewentualnej współpracy ustalili na samym jej wstępie.

– Bo? – przestraszyłem się tego twardego głosu.

– Bo nie wiem czego można się spodziewać. To nie jest sprawa rozwodowa, gdzie mogłyby się przydać kobiece wdzięki do wykradania tajemnic alkowy. Bałbym się o ciebie – wyjaśniłem siląc się na spokój kładąc jednocześnie dłoń na jej nadgarstku.

– Co mi się może stać? – wydęła usteczka z lekceważeniem.

– Kto wie czym to się wszystko skończy. Wolę dmuchać na zimne – pragnąłem złagodzić odrobinę ten nieco brutalny przekaz.

– Przesadzasz – machnęła ręką.

– Obiecuję, że na pewno wezmę cię jak już będę się zbliżał do rozwiązania – zapewniłem.

– Klawo. – Zdziwiłem się, bo to słowo bardziej pasowało do uczniaka z sexty[3] niż do ust dorosłej, bądź co bądź, kobiety.

– No co? U nas tak się mówi jak człowiek jest z czegoś zadowolony – uśmiechnęła się uśmiechem, który z pewnością miał przyprawić mnie o drżenie kolan. Nie wiele brakowało a by się jej udało.

– Rozumiem – wstaliśmy od stolika i obejmując się przeszliśmy do Covalusów, którzy najwyraźniej nie byli w stanie nadążyć za rozwojem wypadków. Dzięki temu Martin pomylił się czterokrotnie rozkładając karty przed nami na stole. Zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Po dwudziestu rozdaniach byłem do tyłu jakieś pięć marek więc przeszła mi ochota na grę i zająłem się wyglądaniem przez ogromne okno podziwiając okolicę rozświetloną gazowymi latarniami. Nocą, zanim zasnęliśmy, Jacki leżąc na swoim łóżku opowiadała jeszcze o jej dalekim, rodzinnym kraju. Słuchałem z zapartym tchem głównie dlatego, że ten głos miał moc roztapiania najbardziej zatwardziałego lodu w męskich sercach. Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem, gorąco liczyłem jednak, że nie będę zbyt głośno chrapał.

<< Przejdź do rozdziału 4; Przejdź do rozdziału 6 >>

Możliwość komentowania jest wyłączona.