Raport tendencji – 3

3.

– Wspominał pan, że Rahmke miał podejrzenia wobec dwóch kierowców, że paliwo kradną. Jest pan to w stanie jakoś wykazać? – Kontynuowałem.

– Tak. Mam Raport Tendencji o jakim panu wspominałem.

– Mogę spojrzeć?

– Owszem. Nawet bym na to nalegał. Być może podpowie on panu jakiś trop. – Uniósł się postękując jakby miał za moment rozpaść się pod wpływem ciśnienia panującego w jego wnętrzu i sięgnął do skrytej za biurkiem szafy ogniotrwałej z chromowaną rączką w kształcie opasłej litery „T”. Czerwony na twarzy przyniósł sporych rozmiarów brulion oprawny w twardą tekturę, podklejoną jasnooliwkowym płótnem na grzbiecie i rogach. Ułożył go sobie na kolanach. Na okładce przyklejono nalepkę ze starannie wykaligrafowanym tytułem: Raport Tendencji.

– Niech no pan podejdzie. Młody pan jest, może chwilkę postać. – Stanąłem za jego plecami i spojrzałem przez ramię. Potrzebowałem do tego celu wspiąć się na palce. – Tu są zestawienia. Jak pan widzi prowadzone skrupulatnie zapiski dotyczące każdego z kierowców w rozbiciu na poszczególne pojazdy, które prowadzili każdego dnia. – Co kilka, kilkanaście kartek, z boku, przyklejono wąziutką fiszkę ze wypisanym nazwiskiem kierowcy. Na górze kartki to samo nazwisko było powtórzone znacznie większymi literami i czerwonym atramentem. – Omówmy to na przykładzie jednego z nich.

– Myśli pan, że będę się w stanie w tym wszystkim połapać? – Nigdy nie byłem orłem z matematyki, więc te tabelki wydały mi się mało sympatyczne.

– To wcale nie takie trudne. Zobaczy pan. Zatem: każdy kierowca może prowadzić różne pojazdy więc dla wszystkich z osobna te pojazdy są wyszczególnione w osobnych wierszach. O tutaj – wskazał stosowne miejsce grubym palcem. – Po trzy wozy na stronę. Żeby miejsce było. Po lewej są numery rejestracyjne. W pionowych kolumnach opatrzonych opisem są daty tankowania i dane dla dystansu. Jak pan widzi na górze takiego pola umieszczone są informacje o ilości zatankowanego paliwa. Poniżej jest informacja ile auto przejechało kilometrów od poprzedniego tankowania. Jeszcze niżej jest wyliczone spalanie paliwa w przeliczeniu na sto kilometrów, aby łatwiej było to wszystko porównywać.

– A co jeśli pojazd zatankowany przez jednego kierowcę później prowadził inny?

– Staramy się nie dopuszczać do takich sytuacji, ale jak wyjadą za bramę to tego wykluczyć nie można. Moim zdaniem tak nie robią. Inaczej musieliby być w większej zmowie. Generalnie wozy na cały dzień dostają pojedynczo. O proszę, dla przykładu tutaj, jak pan widzi, spalanie na dystansie dwustu czternastu kilometrów mamy na poziomie czterdziestu dwóch litrów na sto kilometrów.

– Rozumiem. To dużo?

– Nie. Raczej w normie. Porównałem te wyniki z zadaniami na ten dzień i akurat tutaj jest w porządku. Auto wiozło ciężki ładunek szyn tramwajowych do Waldenburga[1]. Mogło spalić tyle. Proszę jednak spojrzeć na ten przypadek. – Odwrócił kilka kartek w poszukiwaniu czerwonej wstążki zakładki. Odnalazł interesujące go miejsce i przyłożył doń ten starannie obcięty paznokieć co poprzednio. Postukał kilka razy więc nachyliłem się aby widzieć dokładniej. Owionął mnie jakimś innym, lekkim zapachem, którego proweniencji nie potrafiłem rozpoznać.

– Sześćdziesiąt pięć litrów na setkę. Spora różnica.

– Dokładnie. – Potwierdził. – To jedyny przypadek takiej znacznej rozbieżności jaki mi się udało znaleźć dla tych dwóch kierowców, o których pisał Rahmke.

– Wszystko inne jest tak jak być powinno?

– Powiedzmy sobie: Wyliczenia są zasadniczo w porządku. Proszę spojrzeć. – Wstał i podał mi zeszyt, a ja zająłem tego miejsce za biurkiem. Zapaliłem lampkę o masywnej, onyksowej stopie. Rzuciła nieco żółtawego światła na tabelki. Obniżyłem głowę aby przyjrzeć im się bliżej. Na mój gust wszystko wyglądało tak jakby zostało stworzone przez Noego i nikt tego nie ruszał od tego czasu.

– Proszę spojrzeć na tankowanie z dwudziestego czwartego sierpnia u pana Arnolda Upust’a dla wozu o numerze IK050815. – Chwilkę zajęło zanim znalazłem wskazane miejsce pomiędzy rzędami i szeregami równych, jak od linijki, liczb.

– Co z nim jest nie tak? Trzydzieści dziewięć litrów na sto kilometrów. To chyba w normie?

– Niech się pan przyjrzy pierwszej cyfrze w liczbie wlanych litrów do zbiornika.

– Cztery. Czterdzieści osiem litrów.

– Widzi pan tam zadzior w kartce?

– Faktycznie. Jakby ktoś zahaczył papier ostrą stalówką. – Poszurałem po tym miejscu palcem. Dało się wyczuć lekkie w niej zagłębienie.

– Albo coś wydrapał żyletką.

– Sądzi pan?

– Rahmke w liście przesłanym do mnie powoływał się w tym miejscu na inne wartości. Osiemdziesiąt osiem litrów. To mi daje do myślenia.

– Może się pomylił i dopiero po wysłaniu listu znalazł błąd?

– Chciałbym wierzyć w to co pan mówi, ale nie bardzo mam podstawy. – Zmartwił się na moment. – To był bardzo skrupulatny i precyzyjny człowiek. Nie wierzę w takie pomyłki. Są dla mnie mało realne.

– Trzeba by dać to jakiemuś fachowcowi do sprawdzenia. – Rzuciłem nie podnosząc głowy znad tabelek.

– Zna pan kogoś takiego?

– Znajdzie się. – Przewróciłem kilka kolejnych kartek w poszukiwaniu podobnych miejsc. Może ze dwa razy trafiłem na analogiczną sytuację. Odnalazłem leżące na organizerze pióro.

– To pióro Ramhkego? – Spytałem je z każdej możliwej strony.

– Tak. Bardzo je lubił. Miał je od lat i się z nim nie rozstawał. To prezent ode mnie z okazji dziesiątej rocznicy naszej współpracy. – Watermann – odczytałem ze skuwki. Złota stalówka miała proste, równe zakończenie, którym można było pisać uzyskując różne szerokości kresek atramentu. Nie znam się na tym, ale moim zdaniem przy mniej wprawnym posługiwaniu się mogła poczynić pewne szkody na powierzchni papieru.

– Mam przyjaciela co to zajmuje się takimi sprawami. – Kontynuowałem. – Zaniosę mu ten brulion, bo jak się dokładniej przyjrzeć to faktycznie może coś być z tym wszystkim nie tak.

– Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedno. Niech pan znajdzie środek zeszytu. – Przewracałem kartki aż do zakładki z tekturki z napisem: Wozy.

– No mam.

– Jak pan widzi, są tutaj dokładnie takie same zestawienia, jednakże nieco w innym porządku. W tym przypadku punktem wyjścia jest nie kierowca, a pojazd. Z boku zaś są zestawienia tankowań pogrupowane po kierowcach. Widzi pan analogię?

– Tak. To chyba nie jest tak skomplikowane jak myślałem na początku.

– Cieszę się. Proszę przyjrzeć się tym zestawieniom. Szczególnie tankowaniom wykonanym w pojazdach prowadzonych przez panów Upust’a i Zwenig’a. Najlepiej też dla sierpnia i września. – Znów skoncentrowałem się na przewracaniu kartek, szukaniu tankowań i pocieraniu ich palcem.

– Faktycznie. Też mam takie podejrzanie wydrapane miejsce.

– No właśnie.

– Ale przecież każdemu mogło się zdarzyć, że pomylił się w obliczeniach. Rahmke mógł przecież sam to poprawiać.

– No to niech pan spojrzy na innych kierowców. – Upłynęły kolejne minuty milczenia.

– Hmmm. Ciekawe. Tutaj chyba nie ma poprawek.

– Za rękę nikogo nie złapałem, ale to dość dziwne że te ewentualne poprawki czy błędy dotyczą tylko tych dwóch kierowców. Nie sądzi pan?

– Rozumiem. Uważa pan, że Rahmke sugerował panu kradzieże na podstawie danych, które ktoś później zmienił.

– Tak. Dokładnie. – Pokiwał głową

– Pytanie tylko czy nastąpiło to przed jego śmiercią i zginął dlatego, że to odnalazł, czy też po jego śmierci i zginął dlatego aby to komuś umożliwić?

– Słusznie. Bardzo słusznie. Pisząc do mnie list posłużył się kilkoma danymi z tego raportu.

– Zatem pisząc list do pana raport był jeszcze w pierwotnej, niezmienionej formie. Ma pan go przy sobie?

– Co?

– Ten list?

– Tak. Jest w hotelu. Przyniosę go panu.

– Czyli porównał pan dane z listu z raportem i okazało się, że są rozbieżności pomiędzy tymi dokumentami? – Upewniłem, się.

– Zgadza się. – Uśmiechnął się wyraźnie zadowolony, że nasze myśli szły jednym torem.

– Będzie pan miał coś naprzeciw jeśli zapalę?

– Nie. – Wydobyłem więc z kremowego, blaszanego pudełka cienkiego Avida od Halpausa[2] co wydało mi się dość dostojne. On obciął swoje cygaro, które w czasie naszej rozmowy stale wygniatał w rękach. Przypaliłem nam obu i zaciągnąłem się opadając na oparcie fotela.

– Jakby się nad tym zastanowić to byłby to całkiem zgrabny motyw. Nie sądzi pan? – Zwróciłem się do niego przez siwą mgłę. – Oczywiście przy założeniu, że Rahmke nie miał wypadku.

– Oczywiście. Właśnie dlatego pana wezwałem. – Zamyślił się. – Zgrabnie pan to ujął. – Upił ostatni łyk wysoko unosząc filiżankę. – Myślę, że powinienem pana przedstawić jeszcze reszcie personelu. Co pan na to?

– Bardzo słusznie. Dopijam herbatę i możemy iść.

Zebraliśmy się więc i po chwili wyszliśmy na dwór. Akurat zerwał się zimny wiatr, którzy przyniósł ze sobą pierwsze w tym roku płatki śniegu. Opadały rzucane na wszystkie strony, ale topiły się w zetknięciu z jakąkolwiek powierzchnią powodując, że świat nagle stał się obrzydliwie mokry, jakby polizany jakimś gigantycznym psim ozorem. Ostrożnie zeszliśmy na plac i mijając stojące przyczepy przeszliśmy przez małe drzwiczki w najbliższych, wielkich wrotach garażu. Pachniało tutaj smarami, benzyną i kurzem. Podłoga była czarna i śliska od rozlanych plam oleju. Dla pewności wsparliśmy się o błotnik postawionego nad kanałem rewizyjnym wozu. Ktoś w odleglejszej części pomieszczenia walił młotem. Dudnienie rozchodziło się pod plątaniną drewnianych dźwigarów gromadzących się po sufitem oraz pomiędzy ceglanymi ścianami ochlapanymi od niechcenia wapnem. Zamocowane na grubych, czarnych kablach lampy w kształcie chińskich, słomkowych kapeluszy, dawały żółte, rozproszone światło. Minęliśmy niewielkie przepierzenie z drewnianych szafek i weszliśmy do kolejnego garażu zastawionego pod ścianami licznymi stołami narzędziowymi obitymi blachą, z przymocowanymi doń różnej maści imadłami i wiertarkami. Warsztat pełną gębą.

W głębi, za rozsuniętymi podwójnymi drzwiami, w kolejnym pomieszczeniu, dostrzegłem odrapaną z zielonej farby obrabiarkę z wielkim, czerwonym napisem na korpusie informującym, że dawno temu wyjechała z fabryki Siemensa. Tutaj zaś centralną przestrzeń zajmował, wsparty na masywnych kobyłkach, ciągnik balastowy Magirusa. Miał ściągnięte przednie koło, które mocowało się z podporą dachu szerszą niż mój tors. Pod ścianą stała niska, okrągła koza rozgrzana niemal do czerwoności. W kanale rewizyjnym pod autem świeciła się odziana w druciany kaganiec lampa. Knauer nachylił się pod spód i z niejakim trudem odezwał do pracujących tam ludzi:

– Chodźcie na moment panowie. – Mnie zaś poprowadził do pomieszczenia z obrabiarką, które okazało się skrzyżowaniem warsztatu z magazynem części zamiennych i biurem. Po lewej stronie stały w równym szeregu stalowe regały wypełnione ażurowymi koszami. Każdy z nich miał przymocowaną do czoła tabliczkę z opisem zawartości. Sięgały wysoko, pod sam sufit. Po prawej, przegradzając całe pomieszczenie, postawiono ściankę z drewnianych, cieniutkich płaszczyzn, poprzedzielanych grubymi na dwa palce krokiewkami. Powyżej pasa była przeszklona szybami, które pokrywała słuszna warstwa pajęczyn i tłustych odcisków rąk. Przez drzwi brzęczące niedopasowanym do ramy szkłem weszliśmy do środka. Knauer usiadł na rozklekotanym i poplamionym taborecie. Dłonie położył na rozciągniętym na całą długość wąskiego pomieszczenia stole, który zrobiono z desek o szparach tak dużych, że między nie można by wsunąć wagon kolejowy. Leżało tutaj kilka tekturowych teczek z jakąś dokumentacją techniczną, owinięte w papier śniadanie złożone z kanapek z serem oraz półmisek jabłek. Stanąłem za nim, możliwie najbliżej stojącego w głębi małego, kaflowego piecyka, z którego rozchodziło się przyjemne ciepło. Czekaliśmy. Po chwili dołączyło do nas dwóch umorusanych od stóp do głów facetów w drelichowych kombinezonach. Pierwszy, niższy, oberwał sobie rękawy, głównie w celu prezentowania licznych, skomplikowanych tatuaży zdobiących jego ciało. Miał szerokie bary i ramiona, ale niewielką głowę z głęboko osadzonymi, wesołymi oczami tuż pod wysokim czołem zakończonym króciutko przyciętymi blond włosami. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale zanim podał rękę, podszedł do skrytej w rogu za szafą niewielkiej umywalki. Drugi, wyższy był znacznie mniej muskularny, ale żylaste, silne dłonie wskazywały, że i z nim bezpieczniej jest dobrze żyć. Ciemne, prawie czarne loki kładły mu się niesfornymi falami po bokach wysokiej głowy. Wsadzając łapy do pudełka z pastą do szorowania dokonali koniecznych czynności, aby można było z nimi się przywitać. Gdy powycierali się dokładnie w zawieszone na drzwiach szafy ręczniki stanęli naprzeciwko nas. Ordnung niczym w wojsku. – pomyślałem.

– Panowie, oto pan Karl Schuricke, który będzie pełnił obowiązki pana Rahmkego. Darzę go pełnym zaufaniem, tak samo jak i was. Wierzę więc, że będziecie się w stanie bez najmniejszego problemu dogadać. Pan Karl jest tutaj moimi uszami i oczami. Dlatego możecie do niego przychodzić z każdą swoją potrzebą jak i uwagą. Na pewno wysłucha was i wszystkie szczegóły dotyczące działania firmy przekaże mi na bieżąco. – Wyłoniłem się zza niego aby uchwycić ich silne, spracowane, pokryte sękami dłonie.

– Peter Häscher. – Niższy był sprawny, szybki, konkretny i czujny niczym jakiś drapieżny kocur z odległej dżungli w Azji. Zwróciłem uwagę, że w ramionach był tak szeroki, że bez trudu byłby w stanie uderzyć mnie w czoło moim biurkiem. Gdyby tylko znalazł odrobinę wolnego czasu i zechciał go poświęcić właśnie na ten cel. I wcale by się przy tym specjalnie nie spocił.

– Lukas Wildhüter. Widzieliśmy się już. Przy wejściu. – Skinąłem głową na potwierdzenie. – Proszę mi mówić po imieniu. – Końcówki wąsa uniosły się nieco ukazując wąskie usta w uśmiechu. Ten, wyższy, był spokojniejszy, bardziej stonowany. Długo i mocno ściskał moje palce, jakby próbował ile będę w stanie wytrzymać.

– Mnie również. – Odezwał się Peter zagryzając z trzaskiem szczęki na jabłku. – Poczęstuje się pan?

– Z chęcią. – Wziąłem dla mnie i dla Knauera po jednym dorodnym egzemplarzu. Potarłem o płaszcz i wgryzłem się w niezwykle soczyste wnętrze. Po brodzie pociekło mi trochę soku. Trudno było uwierzyć, że o tej porze roku zachowały jeszcze swoją świeżość.

– Pan Karl będzie prowadził tu wszystkie moje sprawy i jeżeli się zwróci do was z czymkolwiek, nawet najdziwniejszym pytaniem, proszę abyście mu odpowiadali rzetelnie, zgodnie z waszą wiedzą. Da się to zrobić? – Filuternie zmrużył oczy.

– Jasne szefie. Wie pan, że na nas zawsze można liczyć. – Wychrypiał Häscher niskim, zmęczonym od nikotyny głosem.

– No i bardzo dobrze. Idziemy zatem dalej. Dziękuję panom za poświęcony czas. – Wstał i podążając za nim wszyscy wyszliśmy. My ruszyliśmy do wyjścia, a oni do swojej pracy pod Magirusem.

<< Przejdź do rozdziału 2; Przejdź do rozdziału 4 >>

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *