Trzeba tylko chcieć – 2

2.

Zarozumialec próbował nadążyć za mną na klatce, ale przeskakiwałem po dwa stopnie więc nie bardzo mu to wychodziło. Najwyraźniej arystokratom nie wolno korzystać w taki sposób ze schodów. Z dziką satysfakcją, na sam koniec, bezczelnie zatrzasnąłem mu drzwi na Zwinger Platz[1] przed samym nosem. Nasuwałem właśnie rękawiczki stojąc po środku trotuaru gdy on pokonał niesforną klamkę z zacinającym się zamkiem. Wyszedł na zewnątrz, prychnął jak kocur bez jąder i skomplikowanym gestem przywołał słusznej wagi szofera, który w zielonym, sukiennym mundurze podpierał wyoblony błotnik wielkiej limuzyny Horcha cumującej przy krawężniku. Chłopak zerwał się i otworzył usłużnie drzwiczki prowadzące do tylnej kanapy, na którą wtoczył się Hauptmann. Nie czekając na rozwój wypadków wprowadziłem się na miejsce pasażera przy kierowcy i zatrzasnąłem od środka aby mnie za mocno nie zdewastowały igiełki chłodu rozbestwione na dworze. Nie padało, ale zimne powietrze jakie zwiastowało nadchodzącą zimę było niezwykle dojmujące. Kierowca obiegł wóz, co zajęło mu nieco więcej czasu niż Jessiemu Owensowi[2] pokonanie stu metrów, i wturlał się za czarną, mahoniową obręcz kierownicy. Spojrzał na mnie po przyjacielsku wciskając przycisk startera. Jeśli silnik ożył to nic o tym nie wiedziałem. Przygazował, wbił pierwszy bieg i z dostojnością wycieczkowca Kraft durch Freude[3] odbiliśmy od krawężnika. Zakołysało delikatnie na boki kiedy leniwie włączaliśmy się w ruch Schweidnitzer Straβe[4] kierując się na północ. Odruchowo rozejrzałem się za jakąś szalupą czy kołem ratunkowym.

– To Horch 670? – zagadnąłem.

– Tak. Karoseria pullman limusine – wycharczał jakby miał permanentną awarię migdałków. Dopiero po chwili dostrzegłem na jego szyli, tuż nad litzenami[5], jakąś szeroką bliznę.

Verdammtes Arschloch[6].

– Dwanaście cylindrów, sześć litrów pojemności. Jest się czym wozić – uśmiechnął się przyjaźnie.

– Jak przyciśniesz mocniej to rwie papę z dachu i trzeba się za beret na łbie trzymać?

– Patrz i podziwiaj… – dodał gazu, a ciężki , szeroki tył zarzuciło tak, że przez moment jechaliśmy niemal bokiem. Bez trudu zdołałem z tłumu przechodniów wyłowić przerażone oczęta jejmości z gatunku tych co to trzeba je od nakrytego stołu odrywać buldożerem. Akurat wpatrywała się w jakąś przesadnie wystrojoną girlandami wędlin witrynę na wysokości Gerstelhaus[7] gdy ryk silnika zmusił ją do obejrzenia się za siebie. Faktycznie moc robiła wrażenie nie mniejsze niż opanowanie przez szofera potęgi silnika. Spojrzał na mnie ponad pagonem felwebla[8] z niejaką wyższością. Miał do niej prawo. Mój opel mógł w tym towarzystwie służyć za podnóżek. W szybę za nami zastukał kłykciem von Stromheimer.

– Wierzę, że to przez przypadek.

Jawohl Herr Hauptmann! – potwierdził poharatany młodzian zza kierownicy i skoncentrował się na przebiciu się przez zatłoczone skrzyżowanie z Ohlauer[9]. Akurat wyłączono sygnalizator ze światłami dyndający ponad siecią trakcyjną dla tramwajów. Ktoś, korzystając z samochodowego podnośnika, wieszał na drutach kolejne porcje czerwonych flag z połamanymi krzyżami.

– Dokąd jedziemy? – zwróciłem się przez plecy do mumii, którą wieźliśmy w szklanej witrynie.

– Zobaczy pan.

– Tajemniczy niczym pieprzona Mata Hari – zakpiłem wydymając usta.

– Słucham?

– Nic szczególnego – odwróciłem się aby kontemplować mijane elewacje wysokich kamienic zwieszające się szponami balkonów nad wąskim wąwozem ulicy.

Przejechaliśmy przez ciasną i zatłoczoną o tej porze Schmiede Brücke[10] aby zaraz wtargnąć pod sklepienie bramy cesarskiej[11] i wyjechać dostojnie na nowoczesny Universitäts Brücke[12]. Po lewej została łaźnia Plüddemanna[13] z wieżą, której brakowało tylko pikielhauby[14]. Umieszczony pod okapem zegar wskazywał niemal osiemnastą. Ruszyliśmy z kopyta na północ by po paru minutach trafić na Korso Allee[15] w cichej i spokojnej dzielnicy Carlowitz[16]. Zanim zdołałem się podrapać w szyję wóz zafalował pod wpływem hamulców i znieruchomiał przed wielką, otynkowaną na biało willą krytą krwistoczerwoną dachówką. Od ulicy oddzielał ją masywny płot z lakierowanych na biało listew. Zostałem wyproszony na trotuar gdzie dołączyłem do Hauptmanna, który poprowadził mnie do wnętrza przez niewielki ganek wsparty na nagich cegłach smukłych podpór. W hallu wykładanym licznymi dywanami rozwiniętymi na starannie wypastowanej, klepkowej podłodze, przyjęła nas niczego sobie gosposia w granatowym uniformie i krochmalonym fartuszku oraz czepku na głowie. Nie była przysadzista w typie ciosanych równoległymi ruchami, otłuszczonych kobiet o pionowych krawędziach bocznych między pachami, a kolanami. Być może tu i ówdzie była przyjemnie zaokrąglona, ale w sposób ekscytująco uwodzicielski chociażby poprzez silne uda, finezyjne biodra oraz nadspodziewanie głębokie wcięcie w talii wybrzuszające się kusząco powyżej. Zawsze uważałem, że kobieta powinna być gdzieniegdzie nieco wypukła. Spojrzała na mnie spod swych długich, czarnych rzęs w taki sposób, że w mej spiżarce wszystkie napoje chłodzące natychmiast się zagotowały. Oparła brodę tuż ponad kształtnym biuścikiem w rozmiarze dwóch zwiniętych w kłębki świnek morskich i uniosła wzrok tak, że czarne źrenice niemal w połowie schowały się pod górnymi powiekami liźniętymi delikatnie tuszem makijażu. Nie byłem w stanie oderwać od niej wzroku. Zasadniczo nie miałbym nic naprzeciw gdyby zechciała i mi czasem usługiwać. Czarna, plisowana spódnica kończąca się dwa palce za kolanem sprawiała jedynie, że gdyby zaistniała taka konieczność to byłbym w stanie być tu nawet pomocnikiem pomywacza, byleby móc na co dzień obcować z tymi łydkami. Odebrała od nas płaszcze oraz kapelusze zostawiając samych sobie jakbyśmy dokładnie wiedzieli gdzie mamy iść. Ja nie wiedziałem więc zdałem się na mego sztywnego towarzysza. Wyglądał jak szklana lalka z kijem od golfa w tyłku. Uznałem, że von przed nazwiskiem do czegoś zobowiązuje i to jest właśnie to coś. Stwierdziłem też, że nigdy nie będę vonem. Byłoby to zdecydowanie zbyt bolesne dla mojego tyłka.

Z niechęcią odwróciłem wzrok od znikających za jakimiś drzwiami kształtnych pośladków czarnej piękności i powędrowaliśmy przepastnymi korytarzami wypełnionymi licznymi psami ras mi nieznanych, schodami, trofeami myśliwskimi i obrazami o takiejż tematyce. Gdzieś w okolicy drugiej dziesiątki przestałem liczyć poroża zwieszające się nad moją głową ze ścian obitych wzorzystymi, malowanymi linkrustami[17]. Doprowadzono mnie do wielkiego salonu z odsuwanymi na boki ciemnymi drzwiami. Równie dobrze mógłby być salą, w której wystawiane są trumny zmarłych przed pochówkiem bądź kremacją. Wysokie okna i wychodzący na ogród wykusz zasłonięto szczelnie grubymi, aksamitnymi portierami w kolorze przejrzałej wiśni, a ściany oblepiały półki wypchane oprawnymi w skórę tomami. Za obszernym biurkiem siedział pochylony nad jakimiś urzędowymi dokumentami gładki jegomość z czołem lekko opadającym na plecy oraz pogodnymi brwiami załamującymi się prawie pod kątem prostym mniej więcej w połowie długości. Hauptmann strzelił obcasami i wyrzucił ramię w górę w niemieckim pozdrowieniu[18]. Ja skinąłem jedynie głową na przywitanie. Pomimo, że nasz gospodarz owinięty był czymś co miało obszerne rękawy, krawędzie oblamowane brokatem, a z wyglądu sprawiało wrażenie pluszu, wiedziałem, że na co dzień nosi pod szyją złote galony. Uprzejmie skłonił się bez specjalnie przesadnego entuzjazmu, von Stromheimera odesłał skinieniem dłoni za drzwi, a sam zakręcił trzymane w dłoni pióro i oparł się wygodnie o sięgające ponad ramiona oparcie fotela. Z szuflady przed sobą wydobył drewnianą, rzeźbioną skrzynkę wypełnioną po brzegi brązowymi bibułkami. Sięgnął po jedną i zapalił krzesząc iskry zapalniczką zrobioną ze starej łuski po pocisku z wygrawerowaną dedykacją. Zaciągnął się gęstą smugą dymu czekoladowego papierosa wpatrując się we mnie bez słowa. Wytrzymałem. Zmrużyłem jedynie delikatnie oczy aby wiedział, że ze mnie nie jest taki pierwszy lepszy cwaniak, który nie umie się zachować na mieście. Na aksamitnej poduszce w kolorze karminu obszytej złotą frędzlą, leżącej centralnie pod lampą z zielonym, szklanym abażurem, spał spokojnie mały, czarny kotek zwinięty w uspokojony kłębek.

– Muszę przyznać, że nieco inaczej sobie pana wyobrażałem – zaczął bez jakiegoś zbędnego pośpiechu skubiąc się po wierzchu dłoni.

– To znaczy jak? Miałbym mieć kraciastego deerstalkera[19] z dwoma daszkami, pelerynę i wielką lupę czy może raczej nieskazitelny wąs i gładką głowę Belga? – siliłem się na żart choć wiedziałem, że może on być opacznie odebrany.

– Mniej więcej – ponownie się zaciągnął, choć przez sposób trzymania papierosa odniosłem wrażenie, że nie za często daje sobie pofolgować temu nałogowi. – Niech no pan powie dlaczego postawił Hermannowi takie warunki? – Sięgnął nad blatem i pociągnął dłonią od łebka po sam koniuszek czarnego ogonka. Reakcją było głośne mruczenie i łapa założona na trójkątne ucho.

– W moim zawodzie istotna jest reputacja. W pańskim zdaje się także. Mając ją na uwadze muszę podejmować takie zobowiązania, którym będę w stanie sprostać. Jeśli nie wiem czym mam się zajmować to trudno mi oceniać czy daną sprawę doprowadzę do pozytywnego zakończenia. Na tym mi przede wszystkim zależy.

– Przecież Hermann miał panu z grubsza przekazać w czym rzecz – rozłożył plecy na oparciu fotela, a łokieć umieścił na drewnianym podłokietniku przybitym do kilku cienkich, brązowych tralek. Kota z poduszą przysunął sobie do samej krawędzi nie przerywając głaskania. Mruczenie nie ustało, ale zwierzę nie raczyło otworzyć nawet jednego oka.

– Albo ja nie umiem słuchać, albo on przekazuje informacje zakodowane jakimś z waszych szyfrów.

– Fakt. Jest trochę kołkowaty…

– Kołkowaty? – wszedłem mu w słowo – Toż to istny człowiek-pieniek. Byłoby łatwiej jakby pan przysłał któregoś ze swoich owczarków.

– Niech pan nie przesadza – kot ostatecznie zdobył się na tytaniczny wysiłek i otworzył oko. Jedno. Lewe. Ocenił jakie zagrożenie dla niego stanowię, ziewnął, obkręcił się i nakrył pyszczek łapą.

– Już będę grzeczny – obiecałem choć przyszło mi to z niejakim oporem. Zapadła cisza z gatunku niezręcznych. On nie bardzo wiedział jak zacząć, ja nie bardzo chciałem mu w tym pomóc. Trochę poczułem się jakby musiał się postarać o moje względy niczym lowelas chcący dobrać się do koronkowych, kobiecych majtek. Cała sprawa stanęła na głowie.

Z opresji wybawiło nas pukanie do drzwi. Zachęcona szybkim Wejść, wsadziła głowę do środka zjawiskowa gosposia z dołu. Jej miękkie, czarne jak smoła loki rozbujały się w starannie wypielęgnowanym porządku wokoło niewielkich uszu. Zakomunikowała, że wszystko gotowe i ujęła dłońmi obie poły drzwi. Skłoniła się abym mógł ocenić jej dekolt. Zanim je zatrzasnęła zdołałem jeszcze raz wejrzeć w jej harde, ciemne oczy. Nie unikała mego spojrzenia. Wręcz przeciwnie, podtrzymywała kontakt naszych źrenic aż do samego końca. Wyszła. Znów zostaliśmy sami.

– Miałby pan coś naprzeciw gdybym ją od pana wynajął na godzinkę czy dwie? – starałem się być najsłodszy jak tylko to możliwe zapominając o mojej obietnicy sprzed chwili.

– Niechże pan będzie w końcu poważny.

– Ależ panie generale, ja jestem śmiertelnie poważny – uśmiechnąłem się kącikami ust. – Da mi pan jej adres?

– Ona ma męża i dwójkę dzieci.

– Nie ma takiego wagonika, którego nie da się wykoleić. Może pan mi wierzyć.

– Zaczynam się pana bać – wybuchnął głośnym śmiechem spod samej przepony. Gdy się uspokoił i spoważniał, zdusił papierosa w popielniczce z giętej, lakierowanej do połysku blachy, a następnie wstał zza biurka – Nie wiem dlaczego, ale zaczynam nabierać do pana sympatii.

– To musi pan koniecznie wiedzieć, że ja wolę dziewczynki – zrobiłem minkę niewiniątka, ale w głębi obawiałem się czy nie przeholowałem. Pokręcił na boki głową uśmiechając się wąskimi ustami o kącikach opadających permanentnie ku dołowi. Podszedł do mnie tak blisko, że byłem w stanie policzyć pory na jego nosie.

– I co ja mam z panem zrobić?

– Jak to co? Zatrudnić – rozbrajająco wyszczerzyłem kły.

Objął mnie ramieniem i poprowadził przez korytarze, psy, poroża, wprost do jadalni z widokiem na obsadzony drzewami owocowymi ogród z betonowym tarasem, na którym ktoś już zabezpieczył meble ogrodowe przed zimą. Usiedliśmy przy owalnym stole, nakrytym sztywnym, wykrochmalonym obrusem. Centralnie ustawiona waza wydzielała z siebie tyle pary ile produkuje mały parowóz. Pod ścianami, poza dwoma serwantkami, komodą i stojącym zegarem wielkości budki telefonicznej nie było tu innych sprzętów. Myśliwskich odniesień też jakby oszczędzono. Jedynie dwa, z kilkudziesięciu, wiszących na białych ścianach, ciemnych obrazów było właśnie o tej tematyce. Reszta to portrety bądź kojące nerwy, sielskie widoczki z dolnośląskich wiosek w różnych porach dnia i nocy.

Wróciła moja bogini niosąc dodatkowy półmisek i pękatą sosjerkę. Dawno nie miałem okazji jeść srebrnymi sztućcami. Dziś była możliwość poprawić statystyki w tym względzie. Właśnie włożyłem za koszulę chropowatą chustkę, która miała za zadanie uchronić mój nędzny krawat przez poplamieniem, gdy gosposia nachyliła się nade mną nalewając na talerz parującego rosołu z kluseczkami. Wwąchałem się woń jej perfum. Było to coś pomiędzy zapachem kwitnącego ogrodu kwiatowego, a powiewem ciepłego, wiosennego wiatru. Mogła mieć nie więcej jak trzydzieści lat. Krótką, ulotną chwilę myślałem, że się do mnie uśmiechnęła. O ile zdołałem zauważyć, miała też całkiem niezłe nogi, na które patrzyło się bez specjalnego bólu. Przez zupełny przypadek potarła opuszkami swych palców o wierzch mojej dłoni. Spojrzałem wymownie na generała ponad nakryciami. Z trudem powstrzymał śmiech.

– Dostanie pan, obiecuję – rzucił uspokajająco. – Proszę nam nie przeszkadzać – zwrócił się do dziewczyny gdy ta była już w połowie drogi do szerokich, starannie polakierowanych na biało drzwi. Skinęła głową i zamknęła je za sobą w taki sposób, że miałem okazję ocenić wielkość i kształt jej bosko wyrzeźbionych pośladków. – Jest pan niepoprawny – wyrwał mnie z rozmarzenia.

– Są sprawy, nad którymi nie do końca jestem w stanie zapanować – przyznałem rozbrajająco. – Przejdźmy jednak do rzeczy. Proszę nakreślić to czym miałbym się zająć dla pana. – Stojący w kącie wysoki, przeszklony zegar z wahadłem wielkości łopaty osiem razy wydał z siebie dudniący dźwięk, który leniwie przetoczył się pod sufitem. Milczeliśmy dopóki nie rozpłynął się po kątach.

– Ta sprawa jest niezwykle delikatna i wymagająca abym darzył pana całkowitym zaufaniem.

– Są więc dwie opcje: albo pan zna mnie znacznie lepiej niż ja sam siebie, albo pan nie ma wyjścia i bez względu na wszystko potrzebny jest panu ktoś z mojej branży. Ja tam do siebie nie mam zbyt wiele zaufania. W pewnych kwestiach oczywiście – uśmiechnąłem się do swoich myśli.

– Ma pan rację. Potrzebuję. I to bardzo. – zasępił się.

– Proszę wiec o konkrety – wytarłem batystową chusteczką usta bo miałem zamiar zabrać się za parującego, pieczonego kurczaka, który już nie mógł się doczekać aby znaleźć się na moim talerzu.

– Wczoraj odeszła ode mnie żona – w pół drogi zawiesiłem nad stołem ramię z nabitym na widelec udkiem.

– Nie zajmuję się sprawami rozwodowymi.

– To nie będzie sprawa rozwodowa.

– Rozumiem.

– Przyłapałem ją in flagranti z kochankiem.

– To się zdarza.

– Natrzaskałem gościa po gębie i kazałem się wynosić. Jej zresztą też.

– To też się zdarza, choć ja bym raczej zastrzelił gnoja.

– W pewnym wieku to już nie przystoi.

– Tego akurat nie rozumiem, ale to pańska żona. Nie mieszam się.

– Słusznie. Jakiś czas po całym zajściu odkryłem jednak, że z mojego sejfu zniknęły papiery nad jakimi pracowałem od pewnego czasu. Tajne dokumenty sztabowe, do których dostęp miałem tylko ja, a które ze względu na swoją naturę byłyby niezwykle interesujące dla obcego wywiadu.

– Zaczyna się robić ciekawie – odkroiłem kolejny kawałek soczystego udka i wsunąłem sobie do ust. W ślad za nim powędrowały ubite na gładko ziemniaczki polane brylantyną tłuszczu z brytfanny. Świeciły się jak idealnie wypastowane trzewiki fordansera przed wypadem na miasto.

– Problem w tym, że te dokumenty będę musiał zwrócić najdalej za cztery dni. To są numerowane kopie i jak którejś nie będzie to nie muszę panu mówić jakie mogą mnie spotkać nieprzyjemności.

– Nie musi pan. Rozumiem, że oczekuje pan ode mnie, że je dla pana odnajdę.

– Tak. Cieszy mnie pańska domyślność.

– Taka moja rola aby się domyślać pewnych rzeczy – wchłonąłem łapczywie kolejny kawałek udka z chrupiącą skórką popychając kopczykiem ociekającej śmietaną mizerii. – Jakieś sugestie, punkty zaczepienia, coś od czego mógłbym zacząć?

– Przede wszystkim: to co powiem jest objęte ścisłą wojskową tajemnicą. Albo będę musiał odebrać od pana pisemne zobowiązanie do milczenia, albo da mi pan jakieś inne gwarancje.

– Jak już ustaliliśmy, będzie mi pan musiał zaufać na słowo – zmartwiłem go.

– Stawia mnie pan pod ścianą, ale zdaje się nie bardzo mam inne wyjście.

– Zgadza się. Zamieniam się w słuch – ponownie wytarłem usta chusteczką i zatopiłem je w kryształowym kieliszku pełnym wina, za które mógłbym opłacić sobie całkiem niezłe wczasy gdzieś na Rugii[20].

– Mniej więcej tydzień temu przyszedł do mnie Hermann i stwierdził, że podjęto wobec niego próbę nawiązania współpracy. Wyglądało to na jakiś obcy wywiad, ale pewności mieć nie można, czy to przypadkiem nie była prowokacja.

– Drewniany Hermann… – nie byłem w stanie się powstrzymać. Uśmiechnął się smutno podczas wydechu.

– Tak. Przyszedł do mnie i powiedział, że próbowano go werbować w jakimś lokalu. Pytano o dokumenty, nad którymi obecnie pracujemy. Dlatego uważam, że ich zniknięcie musi być z tamtą sytuacją w jakiś sposób powiązane.

– Niewykluczone. Kiedy dokładnie się pan zorientował, że ich nie ma? – sięgnąłem po wykałaczkę, bo jakaś niesforna nitka mięsa utknęła mi między zębami. Nie miałem ostatnio czasu na odwiedziny u doktora Schumanna z Palm Straβe[21], który dba o stan mojego uzębienia. Z różnym skutkiem trzeba przyznać.

– Pracowałem nad nimi przedwczoraj w gabinecie. Do późna w noc. Na koniec zamknąłem w sejfie i poszedłem spać. Rano pojechałem do sztabu przy Gabitz Straβe[22] i wróciłem gdzieś koło pierwszej, może drugiej po południu. Aby się przebrać. Mieliśmy zaplanowane próbne strzelania na poligonie, tu niedaleko przy Schleiffen Straβe[23].

– Wtedy pan nakrył żonę?

– Dokładnie tak. Wtedy miała miejsce awantura. W związku z tym odwołałem mój udział w pracach na poligonie. Sam pan rozumie – pokiwałem głową choć w sumie to nie do końca rozumiałem. – Zająłem się sprawozdaniem dla Berlina. Aby je napisać musiałem spojrzeć w pewne zestawienie i wtedy okazało się, że nie mam z czego skorzystać.

– Czyli dokumenty zniknęły między przedwczorajszym wieczorem, kiedy włożył je pan do sejfu, a powrotem pana ze sztabu wczoraj po południu.

– Tak jest! – prawie podskoczył zadowolony, a ja przestraszyłem się, że zacznie klaskać.

– Możliwe, że ktoś się w nocy włamał do pańskiego gabinetu?

– Raczej wykluczone. Ze względu na pozycję i zagadnienia jakimi się zajmuję przysługuje mi dwóch żołnierzy do ochrony. Pełnią wartę w nocy i musieliby coś zauważyć. Poza tym spałem na kozetce w gabinecie. Coś musiałbym usłyszeć.

– Mogli posłużyć się chociażby chloroformem.

– Tego nie wziąłem pod uwagę.

– No właśnie. A jeśli byli w zmowie i działali wspólnie?

– W swych podkutych butach nie mają wstępu na górę. A nawet jakby tu weszli to ktoś ze służby musiałby coś usłyszeć czy zobaczyć. Raczej mało prawdopodobne aby wszyscy byli skaptowani.

– Reasumując. Ich pan wyklucza?

– Zdecydowanie.

– Mimo to prawdopodobnie będę chciał z nimi porozmawiać.

– Zaaranżuję to.

– Czyli, że jedyni podejrzani według pana to pańska żona i jej żigolak. Dobrze rozumiem?

– Na to wychodzi. Być może byłoby inaczej gdyby nie fakt, że ów żigolak, jak go pan określił, miał ze sobą teczkę, w sam raz pasującą rozmiarem na moje dokumenty.

– Wie pan kto to jest?

– Niestety nie. Będzie pan musiał spytać mojej żony.

– Jest jakieś miejsce gdzie ją znajdę?

– Wychodząc kazała szoferowi zawieźć się do mamy, ale nie byłbym wcale taki pewien, że tam jest do dzisiaj. Może być u niego. Niech pan zapisze numer do teściowej.

– Zapamiętam

– Trzydzieści cztery, sześćset osiem, Eichendorff Straβe[24] szesnaście

– Jak jej tam nie będzie to jesteśmy w kropce.

– Może pan spróbować jeszcze u barbiera[25] na Schuhbrücke 80[26]. Gość się nazywa Kwoitek. Ona co sobota, o szesnastej, ma tam stałe wizyty. Jutro sobota.

– Słusznie. Spróbuję. Jak ją poznam? – bez słowa wstał, podszedł do jednej z komód i ze stojących tam stadami złoconych ramek wydobył zdjęcie szykownej babeczki ze starannie wyskubanymi brwiami i czymś co przypominało odwrócony nocnik z pieluchą zarzucony na burzę loków na głowie. Na oko mogła być pod pięćdziesiątkę, ale gdyby miała dwadzieścia mniej to też bym się nie zdziwił. Wąskie, ale jędrne, zaciśnięte usta i niewielkie oczka mogłyby mnie uwieźć. Starałem się jednak zachować choć odrobinę umiaru. Wsunąłem je do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Proszę mi tylko powiedzieć co się ma stać jak namierzę te dokumenty?

– Muszę je odzyskać. To chyba oczywiste.

– Pytanie za jaką cenę?

– Gotów jestem wyasygnować na ten cel dziesięć tysięcy marek.

– Fiu… Kupa szmalu.

– Nie mam innego wyjścia.

– Czyli miałbym też dokonać ewentualnej wymiany?

– Tak.

– A co w sytuacji jeśli okaże się, że za tym zniknięciem faktycznie stoi jakiś wywiad i zażądają więcej podobnych dokumentów?

– Na to nie mogę się absolutnie zgodzić. To byłaby zdrada.

– No… – poruszyłem głową z nutką kiepsko ukrywanej satysfakcji.

– Podejmie się pan dla mnie tego zadania?

– Teraz to już chyba nie mam wyjścia. Jakbym odmówił, musiałby mnie pan zastrzelić. – Uśmiechnąłem się do niego ponad stołem. Skończył właśnie swoją porcję i odłożył sztućce dokładnie tak jakby się znajdował w restauracji oczekując, że kelner zabierze mu nakrycie sprzed nosa.

– Cieszę się. Nie będzie pan żałował.

– Mnie nie o żal chodzi.

– A o jaką kwotę?

– Biorę pięćdziesiąt marek za dzień plus koszty jeśli już o tym mówimy.

– Dostanie pan sto.

– Obejdzie się.

– To znaczy?

– Chodzi mi po głowie coś zupełnie innego.

– Mianowicie?

– Nie mogę przestać myśleć o takiej jednej czarnowłosej kocicy.

– Tak jak obiecałem, dostanie pan.

– Doskonale. Jeszcze jedno: czy istniałaby możliwość abym w całej sprawie występował w roli kogoś z waszego grona?

– Mówi pan o czymś konkretnym?

– Nie wiem jak się to u was nazywa. Wywiad? Kontrwywiad?

– Abwehra[27]?

– Możliwe. Sprawy mundurowe przestały mnie obchodzić jakiś czas temu. Musi pan mi wybaczyć tę ułomność.

– Jeśli dysponuje pan swoim zdjęciem to sądzę, że powinienem móc zorganizować jakąś legitymację. Ale nic więcej. Będzie to jedynie nieformalne działanie i żadnego wsparcia ze strony służb nie będzie mógł pan oczekiwać. To chyba dość oczywiste, że powinniśmy zachować w tej sprawie możliwie najdalej posuniętą dyskrecję.

– Owszem. Rozumiem. Dostosuję się – generał sięgnął po stojący koło wazy mały, srebrny dzwoneczek o rączce w kształcie nagiej kobiety trzymającej ramiona nad głową. Od razu spodobała mi się taka stylizacja.

Po chwili drzwi zręcznie odsunęła stopą okrągła kobieta, w identycznym jak poprzednia, fartuszku i wykrochmalonym na sztywno czepku na mysich, tłustych, prostych włosach oraz nosie kulfoniastym jak po skutecznym ataku trzmiela. Popychała przed sobą stolik na kółkach ze złoconymi szprychami. Na szklanej półce stały równo poukładane filiżanki, dzbanki z kawą oraz patery z trzema rodzajami ciast. Manewrując z wdziękiem i wigorem uśpionej krowy poukładała wszystko na stole zabierając jednocześnie puste naczynia po wcześniejszych daniach. Zanim wyszła generał odezwał się do niej z pytaniem, na które czekałem od dawna:

– Czy Greta już poszła do domu?

– Nie panie generale. Ale skończyła już pracę na dziś i szykuje się do wyjścia.

– Rozumiem – zniknęła równie cicho jak się pojawiła i znów zostaliśmy sami.

– Zawsze pan tak jada? – spytałem przełykając zbyt wielki kawał wilgotnego sernika z rodzynkami.

– Obiad przygotowano dla mnie i dla żony więc szkoda, aby się to wszystko zmarnowało.

– Słusznie. Ja nigdy nie pogardzę wystawnym daniem.

– Cieszę się.

Wszystko tutaj smakowało wybornie i nie miałbym nic naprzeciw jadać w takich warunkach co drugi dzień, mimo to uznałem, że nie powinienem nadużywać gościnności generała. Po wypiciu niezwykle aromatycznej, zmielonej przed momentem, kawy i wchłonięciu jeszcze kawałka Sträselkuchy[28], wyjąłem spod szyi chustkę i otarłem usta. Odłożyłem sztućce. Byłem gotowy do wyjścia jeśli tylko dostrzegłbym na ten ruch zgodę w jego oczach. Domyślił się w czym rzecz więc wstał. Chwycił mnie pod ramię i przeszliśmy przez ciemny korytarz do hallu. Mój płaszcz przyniosła jakaś starsza kobieta o twarzy kompletnie pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu czy emocji. Powiedzieć o niej, że jest nijaka to byłby komplement. Drzwi po prawej zaskrzypiały lekko w chwili gdy mocowałem się z rękawem. Wyszła z nich Greta. Tym razem miała na sobie czarną, atłasową, bluzkę z małymi, obciągniętymi materiałem, guziczkami ułożonymi w linię od pępka do samej stójki z falbanką pod szyją. Każdy z nich był szczelnie zapięty i nie pozwalał na żadną frywolną myśl. Trzymała w ręku kurtkę sportowego kroju podszytą jakimś puszystym, zdechłym zwierzęciem wystającym z rękawów. Spojrzała na mnie wymownie więc czym prędzej nałożyłem jej bestię na ramiona. Podziękowała uśmiechem odrzucając za ramię pukiel swoich gęstych, pokręconych włosów. Posmerały mnie po twarzy. Poprawiając kołnierz jej płaszczyka miałem okazję zbliżyć się do rumianego policzka. Gdybym był kanibalem z wysp południowych zostawiłbym go sobie na deser. Generał stał w przejściu i się tylko niemo uśmiechał.

– Rupert pana odwiezie – powiedział do mnie gdy zakończyłem już umizgi, a ona mocowała się z niesfornym łańcuszkiem czarnej torebki.

– A pani też idzie do domu? – zagadnąłem wyciągając szyję by spojrzeć jej w oczy. Wytrzymała. Odpowiedziała miękkim, ciepłym głosem z pewną dozą wahania:

– Owszem.

– To może zabierze się pani z nami? – spojrzałem na generała. Pokiwał potakująco. Odniosłem wrażenie, że zaraz wybuchnie śmiechem.

– Jeśli byłby pan tak miły.

– Cała przyjemność po mojej stronie panno Greto.

Pani. Jestem już mężatką – strofowała mnie jak uczniaka, a ja nie miałem nic naprzeciw jakiejś małej karze.

– Tylko pozazdrościć farciarzowi.

– Co proszę? – zdziwiła się.

– Chciałem powiedzieć, że ma chłop szczęście.

– Jeśli to komplement to dziękuję – zatrzepotała rzęsami czym przyprawiła mnie nieomal o miękkość kolan. Miała ten rodzaj uśmiechu, który podoba mi się niezmiennie. Dolna warga zakrzywiała jej się ku górze symetrycznie po obu stronach pod kątem czterdziestu stopni co wyglądało jak przekrój jakiejś miski cudownego nektaru.

– Panie Knocke – wtrącił się gospodarz. – Pamięta pan, że będę potrzebował pańskie zdjęcie?

– No tak. Byłbym zapomniał.

– Wcale się nie dziwię – rzucił cicho, a ona skromnie udała, że nie dosłyszała.

– Może dam je szoferowi? Tak będzie dobrze? Jakieś na pewno wygrzebię w domu.

– Doskonale. Gdzieś koło południa powinienem mieć dla pana gotową przesyłkę.

– Niech człowiek-kukiełka dostarczy mi ją do biura i wsunie w kopercie pod drzwi. Wpadnę odebrać pocztę przed czwartą.

Skinął głową na znak, że zrozumiał o co mi chodzi. Zasalutowałem do kapelusza i ruszyłem do wyjścia. Wóz już stał podstawiony, ale rozpadał się deszcz pokrywając lepką wilgocią ceglane stopnie na ganku. Podałem dziewczynie ramię, które przyjęła z ochotą i zeszliśmy szybko na ulicę. Wprowadziłem ją do wnętrza szklanego akwarium limuzyny generała, a sam pognałem na drugą stronę aby zająć miejsce obok.

– Powoź pan tę gablotę na Scheitniger Straße 20[29].

– Jasne panie Willi. Mogę się tak do pana zwracać? – zagulgotał przez uchyloną szybę oddzielającą przestrzeń pasażerską od miejsca gdzie siedziałem z nim uprzednio.

– Nie widzę przeciwwskazań.

– Jestem Rupert.

– Wiem – uciąłem.

Greta nachyliła się nad moim uchem i znów poczułem jej delikatne perfumy. Wiedziałem już skąd znam ten zapach. To kwiaty akacji przywołujące na myśl wiosnę. Szepnęła mi do ucha:

– Mieszkam przy Elbing Straße[30]. Rupert mnie odwiezie wracając na Carlowitz. Proszę się mną nie kłopotać – cały czas była mocno przytulona swym ponętnym, miękkim bokiem do mego ramienia. Czułem napierającą, elastyczną pierś. Zrobiło mi się ciepło na samą myśl o tym co mogłoby się stać gdybyśmy zostali tutaj sami. Lekkie, prawie przezroczyste firanki zawieszone w bocznych oknach wcale by mi w tym nie przeszkadzały.

– Moja droga. Dzień się jeszcze nie skończył. Nie miałabyś ochoty na drinka?

– Jak mam to rozumieć?

– Zapraszam do siebie na coś rozluźniającego.

– Sama nie wiem. Nie bardzo wypada.

– Należy się pani odrobina oderwania od trosk codziennych. Gwarantuję że nie będzie pani zawiedziona, a mąż poczeka.

– Mąż ma dzisiaj nocną zmianę. Będzie dopiero jutro koło południa.

– No to czym się pani martwi? – rozpromieniłem się do swych myśli.

– A jak wrócę do domu? Rupert zostanie z nami?

– W zasadzie nie musi. W końcu ponoć nie powinno się prowadzić po alkoholu. Poza tym ma do wykonania jeszcze jedno ważne zadanie dla mnie.

– To jak wrócę? – przemknęliśmy pod ciasnym wiaduktem, na którego grzbiecie przemykał właśnie ciągnięty przez kusy parowóz skład boczniaków zmierzający najpewniej ku Trebnitz[31].

– Zadbam o to. Możesz być spokojna – pogładziłem ją wierzchem prawej dłoni po wolnym, gładkim policzku. Nie oponowała. Spojrzała tylko ukradkiem na mnie aby wybadać reakcję. Nie dałem się sprowokować i wpatrywałem się ginące w mroku, uciekające za oknami hale produkcyjne między torami, a Meinecke Straβe[32]. Milczałem. Ona też. Skręciliśmy na Hindenburg Brücke[33] i przemknęliśmy w ciszy przez rzekę. Wciąż padało, ale wycieraczki bezgłośnie rozcierały wilgoć po wielkiej, przedniej szybie. Zbierała na sobie tyle wody, że po minucie jazdy starczyłoby jej na romantyczną kąpiel we dwoje.

Zanim wóz zatrzymał się pod moją bramą spojrzała mi jeszcze głęboko w oczy z zaciśniętymi ustami. Jakby obawiała się o ciąg dalszy. Poniekąd słusznie. Uśmiechnąłem się ciepło i zachęciłem:

– Chodź – wyszła na trotuar z wahaniem, który przełamałem dłonią opartą o ciepłe lędźwie i popychającą w kierunku bramy. Była nad wyraz przyjemna w dotyku. Jej skóra poddawała się moim palcom tworząc uwodzicielskie zagłębienia. Niepewnie przeszła też przez próg mieszkania, a ostatecznie ośmielił ją łaszący się Adolf. Kucnęła i zaczęła go głaskać co dało mi czas na przejęcie kurtki z futrowymi rękawami. Rupert przebierał niezręcznie nogami bo nie bardzo wiedział czy też ma zdejmować swój mundur. Ostatecznie jednak pozostał w jego wnętrzu. Skierowałem ich do salonu aby mieć czas na poszukanie fotografii dla generała. Wróciłem po jakichś pięciu minutach. Siedziała w fotelu zwróconym w kierunku okna z kotem na kolanach. Przekazałem zdjęcie i z Gretą zostaliśmy sami. Ponownie spojrzała mi prosto w oczy wysoko unosząc brodę.

– Tylko jeden – skinąłem dla potwierdzenia, choć miałem nadzieję, że tak nie będzie.

– Czego się napijesz? Jakiś likier? Może Jägermeister z miętą? Wino?

– Sama nie wiem. Coś chłodnego.

– Chłodnego mam tylko Weiβer Bocka od Schultheiss’a[34]. Ale muszę przyznać, że wyglądasz mi znacznie bardziej dostojnie niż na piwo.

– Nie jestem aż tak dostojna. Może być piwo. Dziękuję – odwróciła się by kontynuować głaskanie kota, który natarczywie się tego domagał. Szeleściła uwodzicielsko włosami zanim poszedłem po napoje wciąż myśląc jak bardzo nie będzie dziś dostojna. Wróciłem z tacą, zastawioną odpowiednimi sprzętami i ułożyłem wszystko na komodzie aby nalać co trzeba. Spojrzałem na nią przez ramię. Obserwowała przez zmrużone oczy na to co robię więc podałem jej szklankę. Nasze palce spotkały się na chwilę dłuższą niż potrzeba. Wytrzymałem jej spojrzenie przez ten czas. Ten fantastyczny uśmiech kpiąco rozszerzał się z każdą sekundą gdy uderzałem pokalem o jej pokal i wypiliśmy po łyku. Musnąłem miękkie włosy tuż nad uchem. Nie oponowała. Zanurzałem w nie całą dłoń. Odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. Mogłem doskonale ocenić alabastrową skórę szyi. Wypuściła z cichym mruczeniem powietrze przez nos. Żałowałem, że nie mam gdzie odstawić szklanki bo bym z chęcią wykorzystał drugą dłoń. Zacisnąłem lekko paznokcie nad karkiem. Odchyliła ramiona do tyłu odsuwając się nieco od oparcia fotela. Znów westchnęła. Upiłem kolejny łyk i podszedłem do radia. Wyszukałem stację z muzyką. Akurat swym mocnym głosem pod skrzypce podkładała się Zarah Leander, zaś trąbki w tle dawały popis wirtuozerii. Greta patrzyła na mnie znad szkła mocząc usta w pianie. Kot zeskoczył na podłogę więc założyła kształtną nogę na kolano. Spódnica osunęła się po krągłym udzie ukazując silne łydki. Nie przywołała jej do porządku tylko oblizała usta ukazując koniuszek języka. Zrobiło mi się gorąco z tyłu głowy.

– Zadzwoń do domu. Niech się nie martwią – przysunąłem telefon stojący na komodzie aby nie musiała do niego wstawać. Oddała mi szklankę i rozpoczęła wybieranie numeru, a ja w tym czasie położyłem dłoń na jej gorącym karku.

– Halo? Pani Hintze?

Przesunąłem dłoń po szyi ku podbródkowi, który lekko i powoli podrapałem od spodu paznokciem.

– Pani Hintze. Mogę mieć do pani prośbę?

Dwoma palcami rozpiąłem jej guzik pod samą szyją. Sapnęła.

– Generał prosił mnie o pomoc.

Kolejny guzik. Całą siłę woli wkładała w to aby na mnie nie spojrzeć.

– Muszę pomóc przy niespodziewanym przyjęciu.

Dalsze dwa guziki. Piąty. Szósty. Palce wsunąłem głębiej. Odsunąłem jakiś koronkowy materiał i powoli podążałem w dół. Jej wolna dłoń oparła na mym udzie niebezpiecznie blisko pośladka.

– Tak. Proszę im przekazać, że będę później.

Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Który to już raz? Przestałem liczyć. W końcu dotarłem do fantastycznie naprężonego szczytu.

– Będę znacznie później. Niech na mnie nie czekają. Szofer generała mnie odwiezie. I dostanę dwadzieścia marek za fatygę – dokończyła bardzo szybko, a jej dłoń na mych spodniach zawędrowała już tak wysoko, że dalej się nie dało. Wbiła we mnie swe czerwone paznokcie patrząc głęboko w oczy. Ująłem całą pierś dłonią zanurzoną w dekolcie. Była niezwykle przyjemnie jędrna i sprężysta.

– Dobrze. Dziękuję bardzo za pomoc.

Odłożyła słuchawkę i odpięła mi rozporek. Wiedziała doskonale jak posługiwać się swoim ciałem aby wywołać u mężczyzny najpaskudniejsze myśli i później je z nim zrealizować. Była nieprzebraną skarbnicą damosko-męskich atrakcji.

<< Przejdź do rozdziału 1; Przejdź do rozdziału 3 >>

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.