Kłamałem… – 8

8.

Musiałem przejechać niemal przez całe miasto z północy na południe. Tuż przed Hauptbahnhof, pod wiaduktem kolejowym trafiłem na zator. Noga za nogą wlokła się jakaś kolumna wojskowa, ale nie było słychać żadnej orkiestry więc nie była to oficjalna atrakcja dnia. Pstrokatą kawalkadą pojazdów wjechaliśmy na Lohe Straβe[1] w takim tempie, że nawet rowerzyści bez trudu sforowali się do przodu. Sznur samochodów musiał jednak jechać bardzo powoli bo wyprzedzić ich się nie dało. Z przeciwka permanentnie coś nadjeżdżało, albo taksówka, albo tramwaj, albo ciężarówka ze spóźnioną dostawą. Wszyscy trąbili przeciągle i rzucali wyzwiskami przez okna, wygrażając przy okazji pięściami uniesionymi nad dachami samochodów. Moja cierpliwość skończyła się gdy między kamienicami Nachod Straβe[2] dostrzegłem strzelistą wieżę St. Salvator Kirche[3]. Z piskiem opon skręciłem w prawo i zaraz w lewo by przez Neudorf[4] dotrzeć do Augusta. Tu, przepuszczając wóz asenizacyjny Mercedesa ze spłaszczoną beczką na grzbiecie oraz kołami z lanych z gumy opon, skręciłem w lewo i dojechałem prawie do skrzyżowania z Lohe, przez którą wciąż leniwie przelewała się kawalkada trąbiących pojazdów. Mój cel był po lewej, północnej, stronie ulicy, drugi od skrzyżowania. Zaparkowałem pod wydatnym balkonem zajmującym niemal połowę szerokości kamienicy. Gdzieś wyżej powierzchnię podłogi obficie spłukiwała wodą paniusia w koronkowym czepku na głowie. Z niewykręconej szmaty lało się fontanną i trafiało wprost na trotuar. Odczekałem w wozie kilka chwil, aby mnie ominęła ta wątpliwa przyjemność. Niebo zaszło ciemnymi, szarymi chmurami. Był to moment w sam raz na zebranie myśli i wypalenie papierosa. Chodnik pomiędzy pralnią po lewej, a zakładem szewskim pana Gottlieba Wagnera po prawej, zamiatał wąsaty cieć w zakurzonym płaszczu z dawno nie pranej flaneli. Uchyliłem okienko aby wydmuchiwać dym i to go zwabiło.

– Poczęstuj pan człowieka pracy – wyseplenił z jakimś obcym akcentem. W kącikach ust robiły mu się zajady. Wysupłałem fajkę z pudełka i podałem nie wysiadając z auta. Ilość moich zapasów zmalała do niepokojąco niskiego poziomu. Zdaje się, że będę się musiał przerzucić na jakieś dropsy miętowe. Taniej wyjdzie.

– Pan tu pilnuje porządku? – wskazałem ruchem głowy na wejście do bramy znajdujące się dokładnie pod nieszczęsnym balkonem, którego chciałem uniknąć.

– Jasne – zaciągnął się tak, że połowa papierosa momentalnie zmieniła się w popiół.

– Szukam jednego gościa.

– Nazywa się jakoś? – oparł się płaskim pośladkiem o tylne nadkole. Uchyliłem drzwi aby go lepiej słyszeć.

– Taaa. Richard Ruhrke. Tramwajarzem jest.

– Mieszka tu. Pod 1A, w oficynie. Wejście jest przez bramę, dalej za schodami na podwórze i w prawo. Ożenił się z córką szewca – wskazał gestem dłoni zakład Wagnera. – Ale zdaje się, że go nie ma.

– Wyszedł gdzieś?

– A pewnie. Do Schwarza. Na piwko – na sekundę uniósł brodę ku górze wskazując nią narożną kamienicę, która wymalowana była na parterze licznymi szyldami reklamowymi piwa Haasego serwowanego w Johan Schwarz Gaststätte. W połowie drogi, w drzwiach do kuchni, stał wysoki facet w białym kitlu i właśnie przyjmował jakąś dostawę z przykrytej obłym dachem bryczki, której koń unosił ogon aby urozmaicić nieco pstrokatym łajnem monotonny bruk ulicy.

– Poznam go jakoś?

– Czy ja wiem? Nijaki taki. Ale ma wielką brodawkę na nosie. No i w czapce tramwajarskiej ciągle chodzi. Jak go znam to pewnie i mundur też ma na sobie. – Wyszedłem z wozu na chodnik. Momentalnie zrobiło mi się zimno. Z tego rozpędu nie zabrałem ze sobą płaszcza. Został w kuchni Schulmbachów na kołku. Zatrząsłem się więc i postawiłem kołnierz marynarki. – Co? Za zimno?

– Zapomniałem płaszcza – rzuciłem za ramię bo uznałem, że szkoda czasu na pogaduchy. Minąłem obsikiwaną przez kudłatego kundla gazową lampę ze stłuczonym kloszem i dwóch kilkuletnich obszarpańców stojących z rękoma w kieszeniach pod zawieszoną na ścianie skrzynką pocztową. Mieli na kawałku tektury wypisane węglem:

Lizanie i naklejanie znaczków pocztowych jedyne 5 Pf.

Wrzucanie do skrzynki gratis!

Rozbawili mnie swą zblazowaną przedsiębiorczością więc wrzuciłem do wygniecionej cyklistówki jakiegoś miedziaka znalezionego w spodniach.

Dotarłem na sam róg z Lohe Straβe i ze skrzypieniem dawno nie smarowanych zawiasów otworzyłem drzwi przeszklone taflą sięgającą niemal do podłogi, za którą ktoś powiesił białą szmatę ściągniętą w połowie tasiemką. Miała imitować ekskluzywną zazdrostkę, ale jej nie wychodziło. Wyglądała jak skromna suknia ślubna jakiejś zabiedzonej panny młodej. Między nią, a szybę nawrzucano kilka tekturowych podstawek pod piwo i niechlujną kartkę z godzinami otwarcia przybytku. Ciemne wnętrze wchłonęło mnie swoim oparem przypalonej cebuli i lekkiej mgiełki dymu papierosowego. Po prawej było skrzydło restauracyjne, gdzie przy stołach nakrytych kraciastymi obrusami z rachitycznymi kwiatkami w białych dzbankach siedziało może z pięć osób. Ponad połowa miejsc była wolna. Nie znalazłem jednak tam nikogo kto by odpowiadał opisowi. Ober krzątał się za barem po lewej, za którym widać było przejście do kuchni z widzianym wcześniej kucharzem. Nie było tu nikogo, choć na jednym z wysokich stolików przeznaczonych tylko dla klientów stojących stało niedopite piwo. Pomieszczenie przed samym barem skręcało w prawo i zza załomu muru dobiegały jakieś podniesione głosy. Wychyliłem się i przejrzałem gości. Ober przyjął postawę zasadniczą oczekując zamówienia. Skłoniłem się uprzejmie i poprosiłem o nalanie klasycznego lagera. Nie czekając na wykonanie polecenia podszedłem do jednego z dwóch stojących tutaj stołów bilardowych. W rogu, na blatach wprawionych w ściany poustawiano może dziesiątkę kufli, a ich właściciele oblepiali łuzy niczym winogrona kiść. Przyglądali się małemu facecikowi w kremowym garniturze, który przymierzał się do strzału. Znoszoną Fedorę[5] z przesadnie szerokim rondem miał zawadiacko przesuniętą na kark. Otaczający go faceci przekrzykiwali się w zakładach czy uda mu się wbić w środkową łuzę czarną bilę stojącą tuż przy środku linii bazy czy jednak skrewi i pośle ją bokiem. Ewidentnie gra szła o znaczną stawkę. Sytuacja na zielonym suknie była dość trudna, ale nie beznadziejna. Gdyby dobrze podkręcić w lewo stojącą przy narożnej łuzie białą bilę, jednocześnie nie uderzając zbyt mocno to była by szansa trafienia w czarną w taki sposób, że mogła ona ominąć łukiem zagradzającą drogę do środkowej łuzy żółtą połówkę. Dawno temu, jeszcze w Liegnitz[6], należałem do policyjnego klubu bilardowego i zdaje się, że byłem w te klocki dość dobry. Stanąłem z boku. Ober podał mi przez ramię wysoki pokal. Upiłem łyk. Harmider przy stole zdawał się zagłuszać nawet kościelne dzwony z St. Salvator. Między licytującymi wyłuskałem faceta z brodawką wielkości i koloru pestki wiśni na kulfoniastym nosie, który nosił ślady po nie jednym złamaniu. Mały człowieczek w końcu przymierzył i strzelił. Za słabo podkręcona biała jedynie musnęła czarną, a ta tocząc się stanowczo za wolno odbiła się od krawędzi dobre dziesięć centymetrów od celu. Wielu facetów jęknęło z zawodu. W tym Ruhrke. Zostawiając sytuację na stole rozeszli się zmoczyć wysuszone wrzaskami usta. Skorzystałem i podszedłem do celu mojej wyprawy. Wspierał się łokciem o niewielki, okrągły stolik, na którego środku stała masywna, szklana popielnica. Obok niej, do góry dnem leżała służbowa czapka motorniczego. Był w moim wieku, ale twarz miał zniszczoną ospą, a dłonie dawno nie miały okazji skorzystać z uroków kąpieli.

– Pan Ruhrke, prawda?

– Zgadza się. Coś za jeden? – zaczął zaczepnie.

– Pogadać chciałem – postawiłem piwo na biało niebieskiej, tekturowej podkładce z pluszowym zwierzakiem.

– Gadaj pan.

– Jeździ pan na piętnastce czasem? Prawda?

– Czasem tak, a czasem nie.

– Gdzieś przed piątym września zarobił pan ekstra stówę.

– I co z tego? – Dałbym sobie rękę obciąć, że włos mu się na karku do pionu postawił.

– Mnie nic do tego. Wjechał w pana wóz jeden facet. Szukam tylko miejsca gdzie to było.

– Po co to panu?

– Pożyczał ode mnie ciężarówkę i na tej błotnistej drodze zgubił lewarek, co to był zapięty pod paką.

– Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

– Nie zaprzeczył pan jak mówiłem, że pan stówę przytulił za frajer.

– Co to ma do rzeczy?

– Niby nic, ale to mi daje do myślenia.

– Idź pan myśleć gdzie indziej, co? – obrzucił znudzonym wzrokiem stojących przy sąsiednich stolikach kumpli jakby szukał w nich wsparcia na wypadek mordobicia.

– Nic od pana nie chcę. Tylko o to miejsce mi chodzi. Gdzie to było?

Verdammt hauen Sie ab![7] – podniósł głos co wywołało zainteresowanie u pozostałych. Nawet barman przestał szorować jakiś kufel, który miał wylądować na półce z napisem für Stammgäste[8] zawieszonej nad jego głową co sugerowało wygrawerowane w szkle nazwisko. Parę dłoni odstawiło pokale na blaty, parę oczu z odrobinę większym zainteresowaniem zaczęło się nam przyglądać w nadziei na jakąś pikantną atrakcję.

– Coś pan taki drażliwy? Piwo postawić chciałem w podziękowaniu, ale widzę, że pan niezainteresowany. Trudno. Postawię kolegom – ożywili się. Widocznie ich piwo było już dostatecznie wygazowane.

– Spieprzaj pan, powiedziałem! Nic panu nie powiem! – zaperzył się.

– To może zagramy o to? – wskazałem szklanką zielony blat.

– O co?

– Ustawimy sytuację sprzed chwili i jak trafię czarną do środkowej łuzy to mi pan powiesz co chcę wiedzieć – mówiłem to na tyle głośno, żeby wszyscy w pomieszczeniu mieli szansę usłyszeć. Objawiło się to skoncentrowaniem na mnie przynajmniej tuzina oczu wyczekujących dalszego rozwoju sytuacji. Liczyłem na to, że w odpowiednim momencie będą one w stanie wywrzeć stosowny nacisk na Ruhrke’go.

– A jak nie trafisz?

– Stawiam wszystkim kolejkę – ożywienie pod ścianami dotarło niemal do zenitu.

– Spieprzaj pan! Ja nie z tych co to za byle gówno się zakładać będą – ober wykonał dwa kroki w naszą stronę gotów reagować na jakikolwiek symptom nadchodzącej rozróby.

– Może jednak? – powiodłem wzrokiem po zebranych. Zdaje się, że nawiązałem z nimi jakąś delikatną nić porozumienia.

– Richi, nie daj się prosić – odezwał się mały człowieczek w świńskim garniaku. Widocznie nie wierzył, że mi się uda sztuka, która jemu się wcześniej nie udała i w związku z tym skapnie mu nieco darmowego piwa.

– No… – spojrzałem pytająco.

– Richi, bądź facetem. Pamiętaj o kolegach. Darmowa kolejka czeka – odezwał się inny, wychudzony koleś z czapką maszynisty parowozowego, ale doczyszczony do połysku przed wyjściem z domu. Jedynie lekko zaczerwienione obwódki powiek mówiły o tym, że mydła musiał używać znacznie więcej niż pozostali w ostatnim czasie.

– Dobra. Trafiasz pan, ja mówię to co pan chcesz, ale i tak stawiasz pan kolejkę.

– A jak nie trafię?

– Dwie kolejki – zachichotał świński gajer.

– Trafiam, dostaję to czego chcę, stawiam Richardowi piwo i wychodzę. Nie trafiam to stawiam wszystkim kolejkę.

– Aleś miękki leszczu. Nie umiesz licytować – mały facecik oderwał się od ściany i w podskokach, z ramionami wspartymi na pasie, zbliżył się do nas.

– To zróbmy inaczej. Trafiam, to mi Richi mówi co chcę, a ty karakanie stawiasz wszystkim kolejkę.

– Bo co?

– Boś jest kiepski i nie umiesz trafić dwa razy do tej samej łuzy.

– Widzieli go! Jaki chojrak – obruszył się. – Ja nie trafiam? Ja nie trafiam?

– Chyba wszyscy widzieli, żeś nie trafił. Po mojemu kilku panów przegrało tu przez ciebie parę marek. Należy im się więc z tego tytułu jakaś rekompensata.

– Gówno wiesz o graniu w bilard. Rozwalę cię zanim się zdążysz zorientować.

– To później. Na początek załatwmy jedną sprawę – popatrzyłem na Ruhrke’go. Kiwnął głową. – Dobra. Ustawcie stół jak było.

Wszyscy zebrani ożywili się momentalnie i ponownie przywarli do bocznych band. Mały, świński człowieczek ułożył sytuację z jaką miał pierwotnie do czynienia, a ja zabrałem się do nacierania kredą kapki kija, który wydał mi się najbardziej symetryczny. Sytuację mogłem w zasadzie rozwiązać na dwa sposoby. Schyliłem się przymierzyć. Uderzenie było wymagające, ale wykonalne. Przesunąłem kilka razy kijem po dłoni aby sprawdzić jego osiowość. Wyglądał dobrze. Wokoło stołu zaczęła się licytacja. Panowie jeden przez drugiego przebijali stawki w zakładach o to czy mi się uda. Ruhrke postawił dziesięć marek, że nie dam rady. Zakłady przyjmował gruby jegomość w wełnianym, kraciastym garniturze, na który zużyto roczne zapasy całego stada owiec. Uniosłem się do pionu i jak zawodowy żołnierz przystawiłem kija do stopy. Zamknąłem oczy. Niech się kłócą. Ja musiałem się skoncentrować. Minęło kilka chwil aż ich głosy ucichły i mogłem przystąpić do wykonania zadania. Złożyłem się więc raz jeszcze. Przymierzyłem kapkę do białej bili, wybrałem punkt uderzenia i siłę natarcia. Wszyscy wstrzymali oddech. W całym lokalu zapadła cisza. Nawet walczące pod sufitem muchy zawarły chwilowy rozejm zainteresowane tym co się miało wydarzyć. Uderzyłem.

Trzask rozbijanych bil musiano słyszeć co najmniej po drugiej stronie nasypu kolejowego. Białą podkręciłem dość mocno, ruszyła w kierunku czarnej lekkim łukiem, trąciła ją w jednej czwartej szerokości i odeszła w lewo ku bandzie. Czarna zaś dostała rotacji takiej jak zaplanowałem i minęła blokującą połówkę by z delikatnym otarciem krawędzi wpaść do środkowej łuzy. Wywołany aplauz mógłby zerwać obrazy ze ścian gdyby tylko był odrobinę głośniejszy. Dostałem kilka kuksańców w bok od zadowolonych zwycięzców i parę smutnych spojrzeń od tych co przegrali. Ober pokiwał powoli głową domyślając się chyba, że z zielonym stołem miałem już swoim życiu do czynienia.

– Fart, jak Bozię kocham, fart! – mały ekscytował się próbując znaleźć wyjaśnienie dlaczego jemu ta sztuka nie wyszła. Spojrzałem na Richarda. Był wyraźnie niepocieszony.

– Mały karakanie! Ustaw sytuację jeszcze raz to ci pokażę, że gówno wierz o wbijaniu bil tam gdzie trzeba – chwyciłem brzdąca za ramiona bo za bardzo nimi miotał i wywarczałem mu w twarz moją kwestię. Zmieszał się cofając podbródek, ale przestał wierzgać. Musiał mieć tutaj niezły posłuch bo momentalnie panowie przestali komentować to co się stało i z zainteresowaniem zaczęli nam się przyglądać.

– Ożesz ty! Mnie grania w bilard będziesz uczył? – Pokiwałem powoli głową w odpowiedzi. – Dobra. Sam chciałeś! – Chyba go zaskoczyłem, bo szybciutko ułożył na powrót sytuację wyjściową. Panowie pod ścianami stężeli bez słowa obserwując to co się będzie działo. – Takiś chojrak? Bij raz jeszcze. Stawiam pięć dych, że ci się nie uda.

– Stówę, że mu wyjdzie – odezwał się grubas od zakładów.

– Te, Gerard, ty też przeciw mnie? – świński gajer był kompletnie zaskoczony takim obrotem sytuacji.

– Jemu się udało. Tobie nie. Kto nie ryzykuje ten nie je.

– Dobra. Przyjmuję. Niech będzie stówa – warknął mój oponent.

– Sęk w tym, że ten kto ryzykuje wcale jeść nie musi – mruknąłem do siebie i ponownie złożyłem się nad stołem. Początkowo rozważałem taki sam ruch, ale po chwili zmieniłem zdanie. Przymierzyłem się do bicia przez przeciwległą bandę na wprost. To było trudniejsze do wykonania, bo przy takim rozwiązaniu światło łuzy było węższe, a niebezpieczeństwo podążenia białej bili za czarną i w efekcie jej wpadnięcie do łuzy, było znacznie większe. Obserwujący mnie faceci zdawali się mieć tego pełną  świadomość bo po sali rozszedł się cichy pomruk. Przymierzyłem trzy razy i z dużą siłą biłem w białą tuż pod środkiem, nieco na lewo. Musiałem ją lekko podkręcić aby nie wpadła tam gdzie nie chciałem. Czarna wykonała proste uderzenie o bandę i wpadła idealnie przez środek wprost do dołka, biała zaś zatoczyła lekki łuk i odbiwszy się od bandy stanęła w okolicy punktu głównego. Nastała cisza.

Scheiβe! – świńska stówa spłynęła na zielony blat, a jej były właściciel udał się żwawym krokiem do wyjścia. Żegnały go kpiące uśmieszki i kilka głośnych czknięć.

– Jakbyś chciał zarobić parę groszy to zawsze możesz tu wpadać – szepnął grubas schylający się po wygrany szmal. Odstawiłem kij na stojak i podszedłem do Ruhrke’go.

– Porozmawiamy teraz?

– Gdybym wiedział, że pan jesteś taki dobry to bym się nie zakładał.

– Gdybym ja wiedział, gdzie pana zarysowała ta ciężarówka to bym tutaj nie przychodził.

– Po co panu ta wiedza?

– Facet wiózł zwłoki na pace. Jestem prywatnym łapsem – wysupłałem wizytówkę z kieszeni i podałem mu nad blatem. Rzucił na nią okiem ale bez jakiegoś przesadnego entuzjazmu. Sądzę, że domyślał się, że mogę być kimś w rodzaju policjanta. – Muszę gościa powiązać z tym ciałem.

– I ja mam to panu umożliwić? A jak mnie znajdzie?

– Nie dam mu na to czasu.

– Jest pan pewny siebie. Śledztwa prowadzi pan tak samo jak gra w bilard?

– Staram się. Gdzie to było?

– Na Oswitzer Straβe[9]. To mój ostatni kurs był. Ruszyłem z pętli, minąłem wiadukty kolejowe i zbliżałem się do zachodniej bramy cmentarza. Tam jest taki zjazd z wału przeciwpowodziowego. On zjeżdżał z góry. Było mokro. Hamował, ale nie dał rady się zatrzymać przed skrajnią. Chyba za późno mnie zauważył. Nie miałem szans się zatrzymać ani uciec bo tam szyny są śliskie od liści o tej porze roku. Przerzuciłem nastawnik do góry, ale koła zaczęły buksować bo mi się piasek skończył i wóz stanął dokładnie na środku tego przejazdu. Nic nie mogłem zrobić. Całe szczęście, że on szybko nie jechał.

– Wiem. Nie winię pana. W końcu to tamten powinien zachować ostrożność.

– Dokładnie tak. Tłumaczył się później, że jak zaczął zjeżdżać z wału to mnie nie widział pod tymi wiaduktami. Ciemno już było. Ponieważ uszkodzenia nie były poważne to zaproponował, że zapłaci. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, że przyjąłem te pieniądze.

– Nie oceniam pana, ale na zajezdni są wkurzeni, że pan nie powiedział o uszkodzeniu wcześniej i odstawiony wóz stał w hali jakiś czas.

– Wiem. Później było mi głupio się przyznać. Któryś z chłopaków miał jakąś randkę nagraną, a dzięki temu musiał zostać na nockę. Strasznie mi było wstyd z tego powodu.

– Niech pan kupi dobre wino i idzie do Groote’go przeprosić. Szkody pan pewnie nie naprawi, ale przynajmniej wyjdzie z twarzą z całej sytuacji.

– Ma pan rację – pokiwał głową nad stojącą między nami popielniczką pełną petów. – To wszystko co pan chciał wiedzieć?

– Tak. Muszę tam teraz pojechać i obejrzeć to miejsce, ale przynajmniej kilka elementów układanki zaczęło do siebie pasować.

– Cieszę się, że chociaż trochę mogłem pomóc.

– Na drugi raz niech pan po nocy od nieznajomych nie bierze pieniędzy bo to nie zapowiada niczego dobrego.

– Teraz mi nie musi pan tego mówić – uśmiechnął się kwaśno.

Podaliśmy sobie ręce nad blatem. Miałem wrażenie, że facet zachowa wizytówkę, którą mu dałem i wykorzysta jeszcze kiedyś. Najwyraźniej nabrał do mnie zaufania, a to ważne w moim fachu. Zapłaciłem za swoje piwo i postawiwszy kołnierz marynarki wyszedłem na zewnątrz przez skrzypiące drzwi z przybitą do nich imitacją panny młodej z zazdroski. Wsiadłem do wozu i pojechałem na północ. Miałem do obskoczenia miejsce zbrodni, ale też do wykonania ważny telefon.

linia_1

<< Przejdź do rozdziału 7; Przejdź do rozdziału 9 >>

Możliwość komentowania jest wyłączona.