Odwrócenie – Prolog

Prolog

Breitenhain[1]; Sobota, 24 grudnia 1938r. Godzina 8:00

Zima bez przekonania zaatakowała w tym roku. Od niechcenia sypnęła śniegiem, przymroziła tylko odrobinkę, jakby się bała, że ktoś będzie jej z tego powodu robił wyrzuty. Ledwie oprószone świerki porastające okoliczne wzgórza nawet nie udawały, że uginają swe gałęzie pod wpływem wagi białego puchu. Stały pionowo, nie poruszane najmniejszym tchnieniem wiatru. Gdyby Breitenhein leżało gdzieś nad jeziorem, można by powiedzieć, że panuje idealna flauta. Ale leżało w wijącej się skrajem Eulen Gebirge[2] dolinie rzeki Weistritz[3] więc najbliższa żaglówka mogła pływać conajwyżej po Weistritz–Talsperre[4], a i to jak zejdzie z niego lód, który obecnie miał nawet pół metra grubości. Taki lód to przyrasta nawet nie wiadomo kiedy.

Ośmioletni Edwin Radke, mieszkający z matką i ojczymem w domu oddalonym od głównej szosy przy stromo wspinających się ku Kynau[5] torach, owinięty szczelnie wełnianym szalikiem pod szyją wyszedł na podwórko. Mały, łaciaty piesek kręcił mu się między nogami próbując zwrócić na siebie uwagę. Edwin był jednak zajęty. Chciał, z przyklejonej do czołowej ściany budynku drewnianej szopy, do której wczoraj furmanka przywiozła drewno na opał, wydostać swoje sanki. Leżały w dalekim kącie i aby do nich dotrzeć konieczne było bardzo ostrożne stąpanie po wielkich, pociętych piłą klocach, które miały niezwykle nieprzyjemną w dotyku korę. Żeby nie stracić równowagi zdjął z dłoni rękawiczki i podpierał się jak tylko mógł. Niestety kilka nieprzyjemnych otarć na palcach pozostało. Nie przejął się nimi zupełnie bo już dosięgał do wiszącego bezwładnie sznurka przywiązanego do celu tej, niemal alpinistycznej, wędrówki. Pozostała jeszcze droga powrotna, tym trudniejsza, że trzeba było szarpać za niesforny sznurek i pilnować, aby podskakujące na sągach sanki nie nabrały ochoty na uderzenie go w plecy. Jednak po kilku próbach, zasapany, z parującym karkiem i czołem Edwin zeskoczył zwinnie na klepisko pokryte skrawkami rąbanego drewna lądując przy tym na kolanach. Czarno–biały Max przywitał go skomleniem i skacząc na tylnych łapkach polizał po twarzy. Wyszli razem przez drucianą furtkę na drogę opadającą łagodnie ku dnu doliny i głównej szosie do Kynau. Chłopiec usiadł na deszczułkach swojego pojazdu, ale wysypany żużlem śnieg z lekka tylko ubity nie dawał najmniejszej szansy na zjazd w dół. Zrezygnował więc i ciągnąc sanki za sobą ruszył na nogach. Minął zasypaną i zamkniętą na głucho szopę starego Kremmera, który zawsze gonił ich kamieniami ze swojego ogrodu jak mu jabłka latem podkradali. Tym razem nie było pretekstu bo nie było jabłek. Stanąwszy na skraju wybrukowanej małymi, granitowymi kosteczkami, starannie odśnieżonej, szosy zaczął rozglądać się decydując, którego z kolegów wyciągnąć z domu jako pierwszego. Wybrał Bertholda Lebermanna, gdyż ten mieszkał najbliżej. Ruszył więc poboczem, uważnie omijając pryzmy zmarzniętego, uprzątniętego śniegu, dawno pozbawionego swojej pierwotnej barwy. Z góry zjechała ciężarówka z precyzyjnie poukładaną pomiędzy kłonicami dłużycą. Kierowca zwolnił koło chłopca aby go przez przypadek nie zahaczyć i po chwili, w czarnej chmurze tłustych spalin ruszył dalej.

Edwin minął zakręt z dwoma stojącymi po przeciwległych stronach drogi drzewami po czym skręcił w lewo i wąską dróżką wszedł na teren posesji wysokiego domu, którego górne piętro i poddasze otoczone było murem pruskim. Żółtawa elewacja dawno już zatraciła swój pierwotny kolor, a odpadający tu i ówdzie tynk mógłby doprosić się w końcu o remontową interwencję. Na parterze, z oknem pokoju wychodzącym na niewielką drewnianą werandę, mieszkał Berthold, kolega, z którym wspólnie chodzili do szkoły realnej w Kynau. Codziennie woził ich ojciec Bertholda, jadący swym trójkołowcem, służącym do przewozu chleba, do pracy w piekarni w Wüstewaltersdorf[6]. Dzisiaj jednak były wakacje świąteczne i nigdzie nie jechali. Dlatego Edwin zastukał w drewniane, pomalowane na zielono drzwi. Otworzyła mu starsza, niezwykle pomarszczona na twarzy babcia w zawiązanym na obszernym brzuchu, wykrochmalonym fartuchu i rękoma wytarzanymi w mące. Nie mogło to być dziwne, wszak w najlepsze trwały przygotowania do świąt i z tego właśnie powodu matka Edwina wygoniła go na dwór. Wolała mieć w kuchni święty spokój.

– Bert może wyjść na sanki? – spytał grzecznie.

– Wejdź bo mróz do środka leci – wpuściła go do przedsionka. Mały Max i sanki zostały na zewnątrz. – Usiądź, zaraz go zawołam – wskazała drewnianą ławkę pod zwieszającym się ze ściany stadem płaszczy. Po czym ruszyła w kierunku kuchni nawołując wnuka. Ten, wyższy od Edwina o pól głowy, z jasnymi blond włosami ubrany w zieloną, flanelową koszulę w kratę i drelichowe spodnie wyszedł z pokoju przeżuwając ostatni kęs. Ustalili, że dokończy Sonntags–Brödchen[7] i za chwilkę dołączy do niego na podwórku. Edwin wyszedł więc na dwór by się nie zgrzać i pogonił Maxa dookoła niewielkiej jodły zasadzonej przy wejściu na schody. Po dziesięciu minutach, we trzech, włącznie ze skaczącym pomiędzy nimi psem, ciągnąc dwie pary sanek, ruszyli w kierunku górki za rzeką, którą wczoraj wyjeździli na tyle, że mogła zapewnić im kilka ekscytujących przeżyć. Zostawiając po lewej drogę do elektrowni przeszli po betonowym moście, poniżej którego, pomiędzy kamieniami szemrała rzeka próbując nie dać się mrozowi. Minęli ostatnie zabudowania wsi i drogą prowadzącą zakosami w kierunku korony zapory przeszli kawałek otoczeni tunelem bezlistnych gałęzi zwieszających się z drzew rosnących po obu jej stronach. Na końcu odcinka równoległego do koryta rzeczki skręcili w lewo i pozostawiając za sobą przybity do wysokiego, drewnianego słupa drogowskaz wskazujący podróżnym kierunek jaki należało obrać, aby trafić do Schlesiertalbaude[8], mijając dwa granitowe słupki z wymalowanymi na czarno opaskami, weszli na łąkę będącą celem ich wędrówki. Zadarli głowy w górę aby wypatrzyć ślady ich poprzednich zjazdów. Pod lasem, w młodniku kręcił się jakiś człowiek doglądający choinek. Miał na sobie zielony mundur leśniczego i dubeltówkę przewieszoną przez ramię. Mimo to rozpoczęli powolną wspinaczkę pod górę starając się nie podejść do gościa za blisko. Nigdy nie wiadomo co takiemu do głowy strzeli, czy przypadkiem nie będzie chciał ich stąd przepędzić. Machający ogonkiem Max stracił nimi zainteresowanie ruszając w swoją stronę. Osiągnąwszy pożądaną wysokość nad dnem doliny postawili sanki w poprzek stoku i usiedli aby nieco odsapnąć rozmawiając o spodziewanych prezentach jakie znajdą pod choinkami w swoich domach. Na przeciwległym zboczu, mozolnie pod górę wspinał się parowóz ciągnący skład siedmiu donnersbuchów[9] z otwartymi pomostami. Zaskowyczał przeciągle gwizdawką zbliżając się do przejazdu tuż za domem Edwina.

Chłopcy zjechali w dół rozwiewając wokoło wysokie pióropusze zmrożonego śniegu wzniecanego piętami przy korygowaniu trasy. Zatrzymawszy się na dole, tuż przy samej drodze, obaj przypominali bardziej jakieś prastare, futrzane zwierzęta, całe w bieli, niż dwóch ośmiolatków. Nic sobie z tego nie robili i z roześmianych ust, wbrew matkom wysuniętym ponad szaliki, rozprzestrzeniały się kosmyki pary zamarzającej na mrozie. Wrócili na górę i jeszcze raz, krzycząc głośno na całą dolinę, zjechali w dół. Poświęcili pięć minut na otrzepanie się i ponownie rozpoczęli wędrówkę na miejsce startu. W połowie drogi stanęli jednak aby odpocząć. Wtedy Berthold wskazał w dół dłonią osłoniętą wełnianą rękawiczką z jednym palcem, w stronę drogi skrytej między drzewami.

– Kto to idzie? – Edwin wytężył wzrok, przykrył ręką czoło bo niespodziewanie wypadające zza chmury słońce spłynęło w dolinę swoimi promieniami.

– Karl?

– Chyba – wzruszyli ramionami i podjęli przerwaną wędrówkę.

Gdy zjeżdżali ponownie hałasując ile tchu w płucach, wysoki, blond chłopak w sukiennej kurtce kroju mundurowego zatrzymał się między słupkami stojącymi na skraju szosy. Skórzane rękawiczki miał niedbale wciśnięte za pasek, a na uszy opuszczone zauszniki czarnej czapki mundurowej, do której nadgorliwie wpiął znaczek Hilterjugend. Pod brodą zamocował ją dwoma stalowymi guzikami. Kącik ust przeznaczył zaś na przetrzymywanie w nim niezapalonego papierosa.

– Cześć Karl – Berthold wstał z sanek, otrzepał się i wyciągnął je z zaspy wprost na wyjeżdżoną oponami samochodów szosę.

– Cześć – Edwin dołączył do niego z niewielkim trudem pokonując głęboki śnieg w miejscu rowu odwadniającego, którym w lecie deszczówka spływa wprost do rzeki.

– Nie za stroma ta górka dla was? – Karl wyraźnie przechodził właśnie mutację. Skrzeczał przy tym jakby próbował szpikulcem cyrkla wyryć w talerzu swoje imię.

– Nie. W sam raz. A co?

– Ta przy tamie jest lepsza.

– Mnie mama tam zabrania chodzić bo na drogę można wpaść.

– Jak przestaniesz być pimpfem[10] i trafisz do Hitlerjugend to też się będziesz mamą zasłaniał? – Karl wydął kpiąco spierzchnięte, grube usta mające kolor śniętej ryby i wciągnął nosem to co mu na mrozie z niego wypłynęło. Zmarszczył go przy tym tak, że pieprzyk jaki miał po lewej stronie schował się całkowicie za załomem skóry okalającej dziurkę.

– Nie, nie będę się nią zasłaniał – Edwin zmarkotniał spuszczając głowę.

– Idziecie? – Karl nie czekając na odpowiedź pomaszerował w kierunku zapory skrajem drogi, która jakieś trzydzieści metrów od jej ściany zakręcała ostro w lewo aby dalej wspinać się stromo pod górę. Szerokie zakole, ogrodzone od strony rzeki i stoku barierką z identycznych granitowych słupków malowanych na biało z czarnymi opaskami, znajdowało się mniej więcej w dwóch trzecich wąskiego, ale stromego stoku zaczynającego się pod drzewami, wysoko, prawie przy koronie tamy. Zjeżdżając tutaj trzeba było uważać na jadące drogą samochody, ale na całe szczęście tych, ze względu na stromy podjazd i dość mocno ośnieżoną nawierzchnię, nigdy nie było tu za wiele. Bardziej jednak niebezpieczne było zadanie przy zakręcie, trzeba było tak manewrować by trafić między dwa słupki, obok których usypano pryzmę umożliwiającą wjazd na drogę, następnie kilka metrów po szosie i dalej, między kolejnymi dwoma, których pozbawiono łączącej je niegdyś stalowej liny z grubych drutów, następnie pokonując zeskok, można było zjechać nad samą rzekę. Taka jazda dostarczała niezapomnianych wrażeń każdemu, nie tylko młodym chłopcom, ale także twardym członkom Hitlerjugend.

Dotarłszy na zakręt wszyscy zgodnie przysiedli przy jednym ze słupków i sankach. Podziwiali majestat zapory, która wspinając się na swoje czterdzieści cztery metry ponad poziom gruntu, z tej perspektywy wydawała się jeszcze masywniejsza niż była w istocie. Z otworów przelewowych sączyła się ledwie nikła stróżka wody zamarzającej i tworzącej groteskowe kształty lodowych pióropuszy. Karl pierwszy ruszył w górę. Edwin odważnie dołączył do niego i razem pomagali sobie pokonywać trudności stromizny.

– Nie lepiej dookoła drogą? – krzyknął za nimi pozostały na zakręcie Berthold.

– Drogą to dla mięczaków! – odkrzyknął Karl, a echo tej wymiany zdań kilka razy odbiło się od piętrzącej się nad ich głowami kamiennej ściany jak i okolicznych stoków. Minęło dziesięć minut zanim osiągnęli najbardziej oddalony punkt, z jakiego można było rozpocząć zjazd. Wyżej były już tylko powyginane wiatrem krzaki i młode, obecnie pozbawione liści, drzewa. – Cykora masz? – spytał.

– Trochę – młody przyznał całkiem szczerze.

– Nie bądź ciepła klucha tylko jedź – na okrytym wełnianym szalem ramieniu wylądowała sina od mrozu dłoń. Rękawiczki dumnie zalegały nadal za paskiem. – Spotykamy się na dole, przy kładce.

Edwin usiadł więc na sankach i wcale nie musiał się odpychać. Pod wpływem ciężaru same rozpoczęły podróż w dół. Zmrożony śnieg nie dawał co prawda takiego poślizgu jakby mógł, ale i tak jazda w podskokach, odbijając się od nierówności terenu, sprawiała wrażenie jakby pędził po gigantycznej tarce do warzyw. Głowa podskakiwała w górę i w dół, z ledwością był w stanie utrzymać się na siedzisku, a sznurek, który trzymał w dłoniach, o mało nie porwał go pod płozy gdy go za bardzo poluzował. Cały świat wirował i tańczył przed oczami w sposób trudny do opanowania. Nie brakowało wiele, a wpadłby na jeden ze słupków stojących na poboczu drogi, w porę jednak udało mu się kopnąć lewą piętą w równą taflę śniegu aby skierować sanki w odpowiednią stronę. Zmieścił się z trudem, wyskoczył na szosę, z głuchym dudnieniem opadł na zaśnieżony bruk, wpadł w wiraż i niemal bokiem wjechał między kolejne słupki. To spowodowało, że nie zeskoczył z uskoku, a zsunął się z niego bez upadku. Dalej wyprostował tor jazdy i do samej obłożonej kamieniami krawędzi koryta rzeki dojechał w jednym kawałku całkiem zadowolony ze swego osiągnięcia. Dumny z siebie, umorusany na twarzy drobinkami białego, zimnego puchu wstał z sanek i z uśmiechem na twarzy pomachał ku górze. Widząc to Karl ruszył jego śladem. Przez wykroty pierwszego odcinka przeleciał niczym zawodowiec na rodeo trzymając tylko jedną ręką uzdę sań, a drugą balansując wysoko nad głową. Bez problemu przejechał między słupkami i wzbijając ogromny tuman wyhamował przy Bertholdzie, który spoglądał na drogę czy aby nic nie nadjeżdża. Zamienili kilka słów i wspólnie zjechali dalej do rzeki.

– Idziemy zapalić – zaordynował gdy już byli razem.

– Mi nie wolno – próbował oponować Edwin.

– Jak ja mówię to wolno – Karl zdławił w zarodku ten opór i ciągnąc sanki Bertholda ruszył ledwie widoczną w śniegu ścieżką prowadzącą w kierunku niewielkiego domku o spadzistym dachu, który stał przy samej podstawie zapory, na skraju obmurowanego obszaru mającego uporządkować nurt wylewającej się z góry wody i wprowadzić ją w koryto zmierzające dalej, na północ, w kierunku majaczącego w oddali wysokiego budynku elektrowni. Był tu niewielki placyk i jeszcze jakaś kamienna szopa wyglądająca tak, jakby przechowywano tu narzędzia. Obok ustawiono drewnianą ławkę z widokiem na wspinającą się niemal ku niebu ścianę. Wspólnie odgarnęli śnieg z desek siedziska aby nie zmoczył im spodni i zajęli swoje miejsca. Młodzi po bokach, Karl w środku jak przystało na urodzonego przywódcę. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki zdezelowane pudełko z wybitymi na nim kołami olimpijskimi i napisem Olimpia.

– Przecież olimpiada już dawno się skończyła – zauważył Berthold.

– W naszym Gefolgschaft[11] jest taki jeden gość, co to jego stary rozwoził je po trafikach. On mu wtedy  pomagał auto pakować więc co jakiś czas podbierał sobie po paczce albo dwie. Ojciec się nie zorientował, a jemu zostało tego całkiem sporo – wyjaśnił z wyższością w głosie ściągając rękawiczki.

Oderwał z krawędzi granatową banderolę i wyjął lekko zwichrowaną tutkę tytoniu na zewnątrz. Fachowo wygniótł co większe kawałki liści po czym wydobył pudełko zapałek i wydłubał z niego jeszcze nie zużytą. Zwinął dłonie w mały parawan wokół ust i przypalił rozdmuchując naokoło całkiem sporą chmurę siwego dymu. Młodzi przyglądali się temu co robi z mało skrywanym podziwem dla wprawy jaką reprezentuje. Po dwóch wdechach przekazał papierosa Bertholdowi. Bądź co bądź jakaś hierarchia musi zostać zachowana, chociażby ze względu na wiek czy wzrost. Ten zakrztusił się lekko, co zamaskował splunięciem pod nogi i podał dalej, najmłodszemu Edwinowi, który ujął go kciukiem i palcem wskazującym jakby były pincetą i przysunął ostrożnie do ust. Wciągnął do płuc mały haust bojąc się poważniejszych kłopotów ze złapaniem oddechu, ale nic takiego nie nastio. Zaszczypało tylko przez chwilę poniżej szyi. Oddał go jednak czym prędzej Karlowi.

– Boisz się, że mamusia wyczuje? – ten zakpił z mniej doświadczonego kompana bojącego się łamać rodzinne nakazy.

– Nie. Muszę się wyszczać – ruszył przez skrzypiący pod stopami śnieg w kierunku szopy na narzędzia. Pomiędzy nią, a domkiem ze spadzistym dachem stojącym tuż nad wodą był niewielki podest obecnie mocno zasypany śniegiem. Właśnie na niego miał zamiar oddać to co wypił rano do śniadania. Zanim zaczął rozpinać z guziki rozporka spodni zwrócił uwagę na coś co wystawało z pryzmy.

– Chłopaki! – krzyknął przez ramię. – Tu coś leży.

– Uważaj bo cię zje! – ryknęli śmiechem, który długo odbijał się echem nad ich głowami.

– Ale tu jest ręka.

– Co ty gadasz? Jaka ręka? – Karl wziął słowa Edwina za rojenia młodego umysłu zaćmionego jednym zachłyśnięciem się dymem papierosowym.

– No ręka – upierał się przy swoim. – Tu ktoś leży.

Butem o grubej, kilkuwarstwowej podeszwie, Edwin dotknął tego co wydawało mu się ręką, a co wystawało kciukiem spod świeżo nasypanego śnieżnego puchu. Niewątpliwie była to ręka. Sina i sztywna, wystająca z kawałka materiału, który mógł być rękawem płaszcza. Karl stanął za jego plecami i przyglądał się przez chwilę co robi. Gdy nabrał już pewności, że nie są to żadne omamy odsunął Edwina i klęknął przy znalezisku zastanawiając się co z nim zrobić. Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy, a czego nauczyli go na licznych spotkaniach Hitlerjugend, to sprawdzić czy właściciel ręki żyje. W tym celu ostrożnie dotknął tego co wystawało spod śniegu. Było zimne i twarde. Odgarnął kawałek do miejsca gdzie powinien znajdować się łokieć. Dalej było coś co kiedyś przypominało głowę. Było nią w zasadzie jeśli nie liczyć braku całej tylnej części, którą ktoś gdzieś rozmazał. Wystawały z niej jakieś żyłki, kikuty kości oraz kępki sinego mózgu. Opadła w wykopane zagłębienie ukazując szare, upaćkane czerwienią wnętrze pozbawione sklepienia czaszki. Edwin zwymiotował wprost pod nogi, a Berthold zaczął się cofać w przerażeniu zasłaniając dłońmi usta.

– Trupa nie widzieliście? – Karl zdawał się nie przejmować widokiem.

– Nie – odpowiedzieli zgodnie.

– Ja widziałem. Jak się jest w Hitlerjugend to się widzi różne rzeczy – rzucił pewnie przez ramię.

– Ale chyba nie takie – jęknął Edwin ocierając wargi ze śladów jajecznicy jakie mama podała mu na śniadanie.

– Sprawdźmy coś za jeden – mruknął do siebie Karl, po czym odgarnął śnieg w poszukiwaniu poły płaszcza i znalazłszy interesujące miejsce wsunął pod nią dłoń w rękawiczce, którą przezornie na powrót założył. Z niemałym trudem wyciągnął na wierzch znoszony portfel z karbowanej, giętkiej skóry. Rozchylił go i gwizdnął.

– Fiuuu.. Całkiem ładna sumka – na światło dzienne wyciągnął pięć banknotów po sto marek każdy. Zwinął je w pół i wsunął sobie do kieszeni. Szukał dalej. Z drugiej przegródki wyjął portretowe zdjęcie przedstawiające niezwykle urodziwą kobietę o blond lokach i dużych, podkreślonych kredką, oczach. Miała wąskie usta, ale dolną wargę wyginała w rodzaj bezzębnego uśmiechu powodując, że układały się w pełny kształt serca.

– Całkiem niezła babka trzeba przyznać – wstał i pokazał kompanom po czym także schował je do kieszeni kurtki. – Nie stać tak jak pokraki – parsknął na nich z wyższością. – Zebrać tyłki i do roboty. Ja tu zostanę przypilnować delikwenta, a wy pójdziecie do starego Grubbera poinformować co się stało. On ma telefon. Niech zadzwonią po policję aby tu jak najszybciej przyjechali. Zrozumiano? – spojrzał na nich niczym oficer na żołnierzy ściśniętych w okopie tuż przed wydaniem rozkazu do ataku na linie wroga. Odrobinę tak się czuł i było mu z tym całkiem przyjemnie. Adrenalina władzy rozlewała się powoli gdzieś z tyłu głowy.

Pokiwali smętnie głowami

– Nie stać tak mazgaje! – ryknął aż się skulili. Zaczerpnął pełną gębą od najlepszych wzorców nauczających musztry na zbiórkach. – Nie będę tu sterczał na mrozie cały dzień. Niech Grubber przyśle tu kogoś aby mnie zmienił. Do roboty – ponaglił chłopców po czym odwrócił się na pięcie i jeszcze raz obejrzał zwłoki. Miał wrażenie, że już gdzieś widział tę twarz. Może to jednak było tylko niespójne, przelotne wrażenie? Wsunął portfel na jego dawne miejsce i zgarnął na odwiniętą połę płaszcza nieco poczerwienionego krwią śniegu. W oddali zadudniła syrena parowozu dojeżdżającego już z pewnością do Kynau. Odwrócił się i skonstatował, że młodzi wdrapali się już na szosę zmierzając w kierunku stojącej tuż przy moście knajpy Grubbera. Pozostało tylko czekać na dalszy rozwój wydarzeń w towarzystwie trupa, ale dla kogoś takiego jak on to była pestka. Oczami wyobraźni już widział siebie otoczonego przez tłumek zafascynowanych twarzy, jak będzie opowiadał o tym co tu się działo.

Przejdź do rozdziału 1 >>

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.