Od dawna chciałem to zrobić – 8

8.

Gry rano wchodziłem po schodach na pierwsze piętro Savoya ostatni zdesperowani i wymiętoszeni reporterzy okupujący już tylko dwa stoliki nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi. W zasadzie bardzo mnie to ucieszyło. Nie musiałem się z nimi użerać. Oni potrafią być naprawdę upierdliwi. Dziś także korytarz był pusty i cichy więc pokonałem go bez trudu. Nawet turecki strażnik haremu gdzieś się zapodział. Było na wyraz cicho i spokojnie. Zapukałem w drzwi dwunastki jak nakazywały ostatnie okruchy mojego dobrego wychowania. Gromkie „Wejść” unosiło się jeszcze w powietrzu jak stawiałem stopę w środku.

– Witamy szanownego pana! – Szerokim uśmiechem przywitał mnie Lucciano, którego cera była jeszcze bardziej ziemista niż poprzednio. Uznałem, że to wina złej konduity. Miał na sobie biały, luźny garniak i czarną koszulę. Zamiast okularów przeciwsłonecznych jego nos zajmowały takie o cienkich, drucianych zausznikach i ośmiokątnych, grubych szkłach. Laskę trzymał między kolanami, a na jednym z palców dostrzegłem jakiś sygnet sprawiający wrażenie kosztownego. Kanapę obok niego zajmował Saal. bawiący się mankietami swojej, kremowej koszuli bez spinek. Von Hannsman siedział na tym samym krześle co zawsze. Aż dziw, że tyłek go od tego nie bolał. Musiał chyba zatrudniać cały pluton nagich aktorek do jego masowania. Taki to ma szczęście.

Büsche siedział na krześle odwróconym oparciem do blatu stolika i huśtał się odrywając swe duże stopy od podłogi. Tuż obok barku kręcił się Flip i Flap przebierając w butelkach jak głodni w kuble na obierki. – Zapraszamy do nas. Niechże pan usiądzie. – Kontynuował nie zrażony Rufus. Był w doskonałym humorze, czego nie można powiedzieć o pozostałych uczestnikach spotkania. Lennard od wczoraj skubał zasłonę, a Saal zajął się nerwowym obracaniem niezapalonego cygara w palcach jakby czekał na podanie ognia. Nikt się jednak do tego nie kwapił.

Podszedłem do Flapa i wyjąłem spomiędzy jego owłosionej dłoni szklankę z pióropuszem cukru na krawędzi Była napełniona sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy oraz wódką w całkiem sensownej proporcji. Oparłem się z nią o framugę drzwi prowadzących do sypialni. Były uchylone, ale wewnątrz było ciemno od zasłoniętych okien. Zagrodziłem przejście plecami.

– Czekaliśmy na pana. – Rufus był niewątpliwie przewodnikiem tego stada. Wydobył laskę spomiędzy nóg i oparł o podłokietnik kanapy.

– A cóż to za okazja, żebyście musieli na mnie czekać? Przecież nie jestem aż tak ważny.

– To się tylko tak panu wydaje. Jak się pan będzie trzymał ze mną to się to niewątpliwie zmieni.

– Pozwoli pan, że pozostanę przy swojej skromności. Przyszedłem się rozliczyć z Lenim i zaraz znikam.

– Wypłać mu. – Znudzony wzrok aktora nie oderwał się nawet na milimetr od falbanek zasłony. Machnął na Saala zdrową ręką. Ten odbił się z niejaką trudnością i ziajaniem od zaplecka i sięgnął do wewnętrznej kieszeni wygniecionej marynarki w różowe prążki zarzuconej na oparcie. Wydobył z niej czarny, zniszczony portfel z grubą szarą kopertą włożoną pomiędzy skrzydła. Starannie ułożył go na lakierowanym blacie, rozłożył jednym palcem poły, wysunął kopertę i wydobył ze środka pieniądze. Odliczył stosowną kwotę. Przesunął ją tym samym paluchem w moją stronę. Dopiłem drinka i sięgnąłem po zapłatę z zamiarem udania się do wyjścia. Rufus pogroził mi jednak palcem ze swojego miejsca.

– Jeszcze nie wszystko kochany.

– Co jeszcze? – Udałem zdziwienie.

– Doskonale wiesz co jeszcze. – Zmarszczył brwi markując rozdrażnienie.

– A tak. – Przyznałem mu racje i wsunąłem rękę pod połę marynarki aby położyć kopertę ze zdjęciami w miejscu, które przed chwilą zajmowało moje honorarium.

– Jakbyś nam powiedział od początku, że grasz na dwie strony to byśmy sobie wszyscy zaoszczędzili sporo czasu i zachodu. – Zaskrzypiał przepalonym gardłem Saal.

– Ja od początku gram tylko do jednej bramki. Mojej. Więc wybaczy pan, ale nie rozumiem specjalnie co masz pan na myśli. – Sztucznie uniosłem się honorem udając dotkniętego rzekomymi oskarżeniami.

– Doskonale wiesz co mam na myśli. – Zacisnął swoje paluszki w piąstki i oparł je o stolik. Coś trzasnęło pod spodem.

– W sensie?

– Nie udawaj idioty. Od początku byłeś z nimi w zmowie.

– Nic podobnego! Absolutnie nic podobnego. – Żywo zaprotestował Lucciano machając dłońmi niczym wiatrak łopatami skrzydeł. – Gdybyśmy mieli go na swoich usługach to nie czekalibyśmy teraz na niego, aż nam fotki przyniesie.

– O! Ale nie macie, więc przyszedłem. – Uśmiechnąłem się przelotnie aby nie dać poznać że mnie cała ta sytuacja zaczynała bawić. Spojrzałem na Włocha wymownie, dając mu do zrozumienia, że spoczywająca w jego kieszeni na piersi druga koperta ze zdjęciami sprawiła by dokładnie tyle samo zamieszania co ta, którą dostarczyłem filmowcom wczoraj. Więc jego teza jakby nie trzyma się kupy, ale akurat o tym to oni mogli nie mieć pojęcia.

– A co to za problem odegrać taką szopkę przed nami. – Po raz pierwszy włączył się do rozmowy Lennard.

– Przecenia pan moje zdolności. To pan w tym gronie jest aktorem i potrafi się wczuwać w odgrywane role. Ja zawsze jestem taki sam.

– Jaki?

– Prawdziwy i normalny. – Zabrzmiało to tak, jakbym wypisywał swoje zalety na podaniu o pracę. Chyba jednak nie uwierzyli. Pozostałbym bezrobotny.

– Jasne. I co jeszcze? – Von Hannsman wybuchnął śmiechem, który był tak samo naturalny jak jego porcelanowe zęby.

– Ja przynajmniej jestem szczery. Nie to co wy.

– Co pan insynuuje? Chcemy się dogadać po dżentelmeńsku ze wszystkimi, aby każdy odszedł w swoją stronę zadowolony. To takie trudne do zakapowania? – Pochylił się ku mnie, ale sięgnął po leżącą na stole paczkę papierosów. Laurensy pewnie wypalili to i pudełko gdzieś się zagubiło. Wytrząsnął jednego i Büsche mu przypalił niedbałym ruchem wyjmując z marynarki dużą, benzynową zapalniczkę, po czym tak samo flegmatycznie stanął przy witrynce z porcelaną i zaczął przyglądać się swojemu uśmiechowi. Miała lustro wprawione w tylną ściankę.

– Jakżeście wykombinowali aby mnie umoczyć w tym lipnym szantażu to jakoś nie mieliście skrupułów i wcale to dżentelmeńsko nie wyszło.

– Nie przesadzaj, że będzie ci to tak ciążyć na życiorysie.

– Wasz szwindel może nie, ale już konszachty z obecnymi tu panami z południa jakby nieco bardziej. – Odparowałem.

– Wypraszam sobie! – Obruszył się Rufus i wspierając się na swojej lasce niemal wstał z kanapy. – My tu przyjechaliśmy robić poważne interesy!

– Yhym – Pokiwałem głową i pstryknąłem rondo kapelusza aby odsunąć go nieco na kark. – Szczególnie, że swoją wtyczkę też chciałeś wymanewrować.

– To znaczy? – Rozwalony na fotelu Lennard niedbale zaciągając się papierosem spojrzał mi prosto w oczy. Dostrzegłem w nich coś na kształt zainteresowania.

– Kto wam podsunął ten pomysł z szantażem? – Zwróciłem się więc bezpośrednio do niego.

– Nikt nie podsuwał. Sami na niego wpadliśmy.

– Sami, a dokładniej?

– Ja, Saal i chyba Gerhard. Chyba byliśmy wtedy w trójkę. Bo co?

– No niby nic, ale jeżeli wziąć pod uwagę, że to właśnie Büsche znacznie wcześniej wpadł na ten pomysł i go wam delikatnie zasugerował, licząc na pewien procent z kasy jaka leży na stole, to może przestać być wesoło. Prawda? – Wypowiadając te słowa wzrok utkwiłem w czubkach moich trzewików. Gdy go podniosłem, spojrzałem w zimny, niezmiernie czarny otwór lufy pistoletu skierowanego w moją skroń. Otworzyłem usta ze zdziwienia.

– Ani kurwa drgnij platfusie. – Głos Büschego. był równie zimny jak rozpędzający się za oknami wiatr zwiastujący nadchodzącą zimę.

– Spokojnie. Niech mówi. – Von Hannsman zdawał się być nieporuszony rozwojem sytuacji. Flip i Flap stali w bezruchu próbując nadążyć za faktami. Marnie im szło. Pozostali nie zmienili pozycji, jednak ich twarze były skupione i poważne. – Słuchamy cię chłopcze. – Słodyczą jego głosu można by wytapetować cały domek z piernika.

– Jeszcze nie doszedłem do wszystkiego, ale myślę, że dzień lub dwa a bym polepił to w całość.

– Mów co wiesz. – Warknął Saal.

– Na tych zdjątkach macie włoską aktorkę. Nazywa się Gabriella Lucchese. Wy to wiecie i ja to wiem, bo sam ją rozpoznałeś. Jakiś czas temu pan Lennard kręcił film w Monte Carlo i tam się poznali. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że panienka zaszła w ciążę. Trochę nie bardzo to na rękę było Leniemu, a dokładniej jego zazdrosnej żonie. Czego bez trudu można się domyśleć, bo o jej manii prześladowczej i przesadnej zazdrości wszyscy wiedzą. Jako, że jest ona z tak zwanego dobrego domu co to posagi wysokie daje to Hannsmanowi zasadniczo zależy na dobrych z nią stosunkach. Mam rację? – Zwróciłem się do niego, ale w nieruchomych oczach nie odnalazłem odpowiedzi.

– Do rzeczy. – Ponaglił mnie Gerhard wspierając przekaz stosownym drgnięciem lufy.

– Moment. Więc jak tam balowaliście pod palmami to w pani Lucchese zakochał się też tu obecny Büsche.

– I co z tego? Wolno mu. – Lennard był zblazowany jakby cała sprawa go w ogóle nie dotyczyła.

– Nie mówię, że nie, ale ze względu na dzieciaka, pani Lucchese nie pracuje w filmach i generalnie kiepsko przędzie teraz. Tym bardziej, że jej mąż to obrotny prawnik i w trakcie rozwodu pozbawił ją niemal całego majątku jakiego się dorobiła. Wszystko w majestacie prawa oczywiście. W sumie mu się nie dziwię, bo jakby mnie baba po rogach waliła z jakimś przybłędą to też bym się wściekł. – Hannsman pogroził mi palcem, a na jego twarzy pojawił się ten wredny uśmieszek znany z plakatów. Nigdy nie widziałem go na żywo, ale można powiedzieć, że wywarł na mnie pewne wrażenie. – Więc nasz zakochany Gerhard postanowił zemścić się na sprawcy nieszczęścia jego wybranki i wykombinował sobie, że wydoi go na dziesięć tysięcy. – Spojrzałem na niego. Miał na twarzy wymalowane mniej więcej tyle sympatii do mnie co zmieści się na szufli łopaty, która akurat szybuje w stronę mojej głowy.

– To znaczy?

– To znaczy, że wymyślił sprytny plan podsunięcia wam koncepcji szantażu, który sprzedał też obecnym tutaj gościom z Włoch. Pomógł im o tyle, że dostarczył niektóre fotki i dogadał się z nimi tak, że kwota żądania zwiększy się o owe dziesięć tysięcy, jakie chciał przekazać pięknej pani Gabrieli. Taki mały szpieg grający na dwa fronty co to sobie silnorękich znalazł aby odwalili za niego całą robotę. Pech chciał, że oni mają nieco inny pomysł na cały ten pasztet. Wybaczcie więc, ale to nie ja gram do cudzej bramki. – Dodałem na koniec z uśmiechem, a Büsche zamachnął się próbując dosięgnąć mnie kolbą trzymanego pistoletu. Zdołałem się uchylić więc trafił tylko w rondo kapelusza, który spadł i potoczył się po podłodze. Zignorowałem go, ale zrobiłem pół kroku do tyłu. Tak na wszelki wypadek. – To on ich informował o każdym waszym ruchu i tym co kombinujecie, dlatego tak idealnie wpasowali się w termin.

– Skąd to wiesz? Gadaj gnido! – Byłby zawisł mi na szyi gdybym nie wykonał kolejnego uniku w bok. Odepchnąłem go gdy zbliżył się zanadto aż poleciał na przeciwległą ścianę. Odbił się od niej i stanął w rozkroku pomiędzy wejściem do łazienki, a barkiem okupowanym przez Flipa i Flapa, którzy nadal nie byli w stanie nadążyć. Stale trzymał nas wszystkich na muszce.

– Zdradziłeś się jak podawałem kwotę okupu mój drogi. Wiedziałeś, że miała być o twoje dziesięć tysięcy wyższa więc zdziwiłeś się odrobinę za mocno. To mi dało do myślenia, że ktoś tu komuś musi donosić i mieć jeszcze jakiś układ pod stołem, o którym nie wiedziałem. Na pierwszy strzał sprawdziłem w hotelowej centralce gdzie dzwoniłeś jakżem tu przyszedł po raz pierwszy. Dzwoniłeś do Passoccuro, czyli tam gdzie mieszka pani Lucchese. Do tego Saal w trakcie konferencji prasowej stwierdził, że szantażysta żąda okupu, o czym nie było ani słowa w pierwszym liście oraz uznał autorytarnie, że pierwszy list pisali jacyś „oni”, a z jego treści nijak nie można było takiego wniosku wyciągnąć. Więc wydawało mi się oczywiste, że cała sprawa z szantażem to lipa. Posumowałem co trzeba i wyszło mi właśnie tak. Zgrabnie, co? – Zwróciłem się do Rufusa, którego twarz zdobił szeroki uśmiech ukazujący równe, małe ząbki. – Zresztą ten pistolet, który trzymasz w ręku chyba dość jasno mówi, że mam rację. Nieprawdaż?

– Trzeba przyznać, że jestem pod wrażeniem. – Lucciano przyznał mi rację. – Gdybyś miał trochę oleju w głowie to myślę, że byśmy mogli się dogadać.

– Troszkę mi z wami nie po drodze.

Rufus poderwał się z oparcia i wysunął lewą rękę w kierunku leżącej na stole koperty.

– Pozwolicie państwo, że będziemy się już zbierać. Miło się gawędzi, ale czas na nas.

– Rusz to, a dostaniesz kulkę gnoju. – Warknął Büsche cały czas w rozkroku lustrujący pomieszczenie.

– Nic mi nie zrobisz debilu. Jesteś tak rozgarnięty, że trzeba ci trzy godziny klarować dwa proste ruchy, a i tak spieprzysz je swoim kretyńskim kłapaniem dzioba. Jesteś mi zbędny. Wolę współpracować z kimś kto ma w głowie poukładane jak na przykład pan Wilhelm. Twój kretynizm poraża. – Już prawie uchwycił kopertę w palce gdy zagrzmiał strzał. Blat stołu wyskoczył w górę setkami drzazg i kurzu. Lucciano zawył z bólu i błyskawicznie cofnął dłoń. Ziała w niej ciemna, niemal granatowa dziura gdzie spomiędzy fragmentów kości i ścięgien rozlewała się coraz większa kałuża krwi. Zdrową ręką wyszarpnął z butonierki wzorzystą chusteczkę i niezdarnie owinął ranę. Na błękitnej marynarce Büschego osiadała ospale mgiełka drobinek spalonego prochu.

– Nie mów do mnie „debilu” – Wysapał przez zaciśnięte usta. Skinieniem głowy nakazał Flipowi i Flapowi przejść w głąb pokoju aby mieć ich na oku. – Zabawki rzućcie do mnie. – Zwrócił się do nich potęgując przekaz swojej wypowiedzi ruchem lufy. O podłogę głucho zadudniły ich pistolety, które miały niewątpliwą przyjemność uprzednio terroryzować moją skromną osobę. Przeszli dalej i unosząc dłonie do góry stanęli koło mnie.

– Co teraz? – Zwróciłem się do niego.

– Grzecznie podasz mi pieniądze łapserdaku. Tylko bez głupich pomysłów. Dobrze ci radzę.

– Jasne. – Zrobiłem krok do przodu i pochyliłem się aby sięgnąć nad stołem kopertę. Robiłem zwrot aby mu ją podać kiedy dostrzegłem kątem oka, że Lucciano schowany za mną, zdrową rękę wsunął pod marynarkę. Byłem już w połowie drogi gdy wypalił dzierżąc w dłoni mały, srebrny, damski pistolecik. Kula minęła o grubość tapety mój łokieć i poszybowała ku głowie Büschego. Nie zrobiła jednak na nim większego wrażenia. Wyrwała tylko sporych rozmiarów, poszarpaną dziurę w kapeluszu jaki wisiał za nim na wieszaku. Zdążyłem uskoczyć w kierunku drzwi do sypialni gdy jego armata zagrzmiała po raz drugi. Wszyscy pozostali wykonali przepisowy pad na podłogę. Tylko Rufus pozostał na swoim miejscu. Odwróciłem się aby sprawdzić dlaczego jego korpus osunął się jak na zwolnionym filmie w prawo, w kierunku oparcia. Elegancka marynarka pokrywała się coraz większą plamą karmazynu. Miała dziurę na wysokości kieszonki i nic nie wskazywało aby miła zostać prędko zaszyta. Saal z rozdziawioną gębą, na czworaka próbował wepchnąć się pod stolik. Wyglądał jak prosiak ryjący w poszukiwaniu trufli.

– Od dawna chciałem to zrobić. – Büsche wysapał z ulgą. – Nie ruszaj się grubasie. – Zwrócił się do reżysera, a na mnie kiwnął pistoletem. Leżąc na plecach na wyciągniętej w górę ręce podałem kopertę. Ukłonił się w podziękowaniu jakbym mu usługiwał do stołu i przykucnął aby zebrać z podłogi broń Flipa i Flapa. Cały czas mierzył do nich i nie spuszczał z oczu. Sprawiał wrażenie niezwykle opanowanego. Przeszło mi przez myśl, że mógłby to być najlepszy moment na atak, ale zrezygnowałem z tego pomysłu. Wolałem czekać na rozwój wypadków. Odmiennego zdania był jednak Flip. Skoczył do przodu, ku podłodze, ale Büsche był szybszy i moją twarz opryskała mgiełka czerwonych kropel wyrwana z jego ramienia. Strzału w zasadzie nie usłyszałem. Musiałem jeszcze być ogłuszony poprzednim. Byłby upadł na moje nogi gdybym ich w porę nie podwinął. Gdy już znieruchomiał na podłodze, Gerhard oparł stopę na jego głowie i pogroził pistoletem pozostałym. – To nie było mądre. – Stwierdził na odchodne i zaczął się powoli cofać na korytarz. Po chwili powoli zamknął drzwi, do ostatniego momentu pozostawiając w szparze wylot lufy. Coś o nie musiał także oprzeć. Wskazywał na to głuchy dźwięk i szuranie jakie do nas dobiegło.

Gdy już zostaliśmy sami, przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Flap podbiegł do swojego kompana i przyglądał się ranie przez rozerwany rękaw marynarki.

– Nie mogłeś go zastrzelić durniu? – Saal wrzasnął na mnie bo zacząłem gramolić się z podłogi.

– Nie jestem kuloodporny i akurat wolałbym zakończyć żywot z dokładnie taką liczbą otworów w korpusie jak to zaplanowała natura.

– Durniu. Durniu! – Walnął pięścią w stół. Za co ci płacę?

– Zapłacił mi pan za coś zupełnie innego niż bycie kamizelką kuloodporną. – Usiadłem na podłodze chwytając dłońmi czubki butów. Flip i Flap pozbierali się bez słowa i rozpoczęli oględziny swojego szefa poprzez poklepywanie go po ramieniu i zdrowej dłoni. Jeżeli można ją było nazwać zdrową przy takim rozwoju wypadków.

– Szefie, szefie! Nic panu nie jest? – Nie doczekali się odpowiedzi. Spojrzeli więc na siebie i ruszyli do wyjścia. Sforsowali zaporę za pomocą dwóch potężnych kopniaków, które wyłamały lichy, hotelowy zamek zasypując podłogę i dywan kolejną porcją odłamków drewna. Zajęło im to pewien czas bo Flip musiał wspierać się na kompanie obficie brocząc krwią. Bezwładne ramię zwisało mu niczym sflaczały balon przypięty agrafką do korpusu. Gdy zostaliśmy sami Saal się buńczucznie ożywił:

– Nie będziesz go ścigał? – Wrzasnął jakbym był co najmniej głuchy na jedno ucho.

– A po co?

– Ma moje pieniądze.

– I mafię na karku.

– Potroję pańskie honorarium.

– W dupie mam jakiekolwiek honorarium. – Odparowałem bezczelnie, bo przestało mi na czymkolwiek zależeć. Tak jakoś mam, że przestaje mi zależeć jak ktoś próbuje zrobić mi więcej dziur w marynarce niż powinno ich być.

– Coś pan powiedział? – Zdziwił się takim postawieniem sprawy.

– Pozbyłem się makaroniarzy z Breslau. To mi wystarczy. Znasz pan chyba takie słowo jak „vendetta”, nie?

– A co to ma do rzeczy?

– Ty masz jakieś intelektualną obstrukcję? Gdzie on będzie im zwiewał?

– Skąd mam to wiedzieć?

– Pewnie do swojej pani, do Passoscuro.

– No i? – Dopytywał się. Rozwój wypadków wyraźnie go przerósł albo myślenie nie było jego najlepszą stroną.

– Jak go będą ścigać pomagierzy pana Lucciano to ich nie będzie tutaj. To mi pasuje.

Odszukałem kapelusz, wsadziłem go sobie na głowę i zarzuciłem na ramię płaszcz. Zanim ruszyłem dalej odpaliłem jeszcze papierosa. Gdyby po działaniu Włochów w drzwiach pozostała klamka to bym pewnie ją nacisnął, a tak musiałem zakrzywionym palcem wsadzonym w dziurę przysunąć je do siebie robiąc odpowiednie przejście. W progu zawahałem się bo w zasadzie mógłbym jeszcze podsumować jakoś całe zajście, ale w duchu przejmującego zniechęcenia odpuściłem sobie. Po chwili zmieniłem jednak zdanie, cofnąłem się o krok i oznajmiłem im:

– Teraz to już właściwie bez znaczenia, ale w sumie byłoby chyba dobrze jeśli będziecie wiedzieć, że obecny tu wśród nas pan Lucciano i pani Gabiella to ni mniej więcej tylko ojciec i córka. Choć akurat mam wrażenie, że Büsche kompletnie nie miał pojęcia, że właśnie zastrzelił sobie teścia.

Pozostawiłem Saala i Lennarda w towarzystwie martwego Włocha. Wszyscy w trójkę mieli rozdziawione w zdziwieniu gęby. Musieli poradzić sobie sami z tym bałaganem, ja swój posprzątałem na tyle na ile byłem w stanie.

© Andrzej Szynkiewicz; Maj 2014 – Wrzesień 2014

<< Przejdź do rozdziału 7

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *