Od dawna chciałem to zrobić – 6

6.

Mocno pchnąłem ciężkie drzwi i szybkim krokiem przemierzyłem obszerny hall hotelu Savoy nie zwracając najmniejszej uwagi na stadko znudzonych reporterów, którzy okupowali rozstawione pod ścianami fotele, krzesła i stoły. Dwóch, siedzących najbliżej przejścia, poderwało się na mój widok na równe nogi. Próbowali zastąpić drogę. Zanim turek zszedł ze swojego posterunku na schodach aby mnie ratować, zdążyli rzucić kilka pytań:

– Czy już coś wiadomo? Jaka wysokość będzie okupu? Zapłacicie?

Zobaczyli detektywa hotelowego w moim otoczeniu i wycofali się o kilka kroków. Poganiany okrzykami niezadowolenia wbiegłem na schody wyłożone dywanem w biało-czerwone pasy, który pozostawał dzisiaj niezamieszkany. Po chwili dotarłem przed drzwi apartamentu von Hannsmana. Zastukałem i nie czekając na odpowiedź z wnętrza nacisnąłem klamkę.

W salonie zastałem Lennarda nadal zagłębionego w fotelu stojącym pod oknem. Wychodziło na to, że wylegiwanie się w nim to jedyne jego zadanie. Miał na sobie wzorzysty, atłasowy szlafrok, białe skarpety oraz lekkie pantofle z marokinu[1]. Nogi trzymał oparte o blat biureczka, a w ręku zastygła mu oszroniona szklanka z czymś czerwonym. Saal zalegał na sofce pod lustrem. Jego bose stopy przebierały nerwowo palcami po dywanie, a podwinięte rękawy, tej samej co ostatnio, koszuli sprawiały wrażenie, że jest jeszcze szerszy niż w rzeczywistości. Ustawione w rogu radio nuciło cicho jakiś rzewny kawałek z przejmującą trąbką. Bez słowa podszedłem do barku i nalałem sobie do szklanki szkockiej na dwa palce. Przechyliłem tułów, odchylając mocno głowę, aby jej zawartość miała możliwość gładko spłynąć do przełyku. Na całe szczęście nabity na czubek głowy kapelusz nie spadł na podłogę, więc odstawiłem szkło z hukiem blat i nalałem kolejną porcję. Z nią w ręku usiadłem w miękkim fotelu o obiciu w pasy ustawionym twarzą w kierunku reżysera. Obaj obserwowali mnie spod półprzymkniętych powiek.

– Myślisz, że jak ci zlecam robotę to sobie możesz tu tak wchodzić bez zaproszenia i alkoholizować się na umór? – Lennard odezwał się cicho prawie nie otwierając ust. – Mam poprosić Büsche aby cię wyprowadził?

– Obejdzie się. – Na dźwięk słów von Hannsmana ochroniarz pojawił się w drzwiach łazienki. Oparł się o framugę i wydłubał z kieszeni papierosa, wetknął go sobie do ust, ale nie zapalał jakby oczekując komendy do działania.

– Czego chcesz? – Tym razem Saal podniósł się z kanapy przygładzając zmierzwione włosy.

– Zadać parę pytań.

– Nam? – Zdziwili się obaj w tym samym momencie. Popatrzyli na siebie i zrobili znudzone miny. Jakby to była ich wyuczona rola do zagrania przed kamerą. – Chyba powinieneś pytać tego kto napisał anonim. Odebrali okup? Wszystko załatwiłeś? – Kontynuował rolę wodzireja.

– Dojdziemy do tego.

– To znaczy?

– To znaczy, że dojdziemy jeszcze do tego. – Odparłem z naciskiem. – Na początek odpowiedzcie mi na jedno proste pytanie: Po co ten cały cyrk z przekazaniem okupu? Mieliście mnie za takiego idiotę, że się nie domyślę, że to była lipa? – Saal wybałuszył na mnie oczy, aż myślałem, ze mu wypadną z czaszki. Wyglądał na autentycznie zaskoczonego. Hannsman zdjął buty z blatu i wsparł się na nim łokciami zginając tułów w nienaturalny sposób. Büsche nerwowo przerzucił papierosa z jednego kącika ust do drugiego.

– Jak mam to rozumieć? – Reżyser obrzucił mnie stalowym wzrokiem. Wywołało to swędzenie w dołku między obojczykami. Podrapałem się więc jak trzeba.

– Ty jesteś tak durny sam z siebie czy brałeś lekcje? Odstawiliście szopkę z tym szantażem i wmanewrowaliście mnie w ten pasztet abym was wyręczył w lipnym przekazaniu kasy. Wszystko pod publiczkę, od samego początku. Tylko, że kasę sami zabraliście, więc nie róbcie mnie teraz w konia, że nic nie wiecie.

– Ktoś zabrał kasę? – Gdybym był naiwnym sześciolatkiem to może bym się nabrał na jego zdziwienie. Ale nie byłem.

– Kurwa, nie obrażaj mnie!

– Nikt cię tu nie obraża, a ty się nie musisz wulgarnie wyrażać. – Wtrącił Lennard.

– O proszę. Jaki świętoszek się znalazł. Nie obrażaj mojej inteligencji. Jak żeś podszedł do mnie po fajkę przed stacją w Ohlau to specjalnie po to aby mnie zająć przypalaniem żebyście kasę sami mogli gwizdnąć zza gaśnicy. Büsche niby poszedł się wyszczać, a nawet rąk by nie zdążył wymyć, nie mówiąc o zapięciu spodni. Tak krótko go nie było. A jak drugi list pisaliście to od początku wiedzieliście, że w pociągu wagon pierwszej klasy będzie trzeci za lokomotywą. Przyjeżdżając do Breslau korzystaliście z tego właśnie połączenia więc dokładnie sobie obejrzeliście co i jak. Nawet peronowego wypytywaliście dla pewności. To wszystko aż tak proste było, że to grzech myśleć, że się nie połapię. Chciałem wysłuchać co więc macie mi do powiedzenia na ten temat.

– Nie twój biznes. – Kontynuował von Hannsman spod grubej zasłony miętosząc frędzle między palcami.

– Facet, ty masz łeb tylko po to aby chronił wnętrze twojego korpusu przed opadami.

– Co?

– Gówno. Żeby ci się nie lało do środka jak deszcz pada. Skoro mnie wynajęliście, to chyba mój biznes. Poza tym nie lubię jak się mnie robi w wała. Słucham więc. Co macie mi do powiedzenia? – Zaczynałem się wkurzać.

– Ma rację. – Odezwał się Saal bezosobowo – Nie wściekaj się. – Zrobił pauzę. – Jak wiesz, ostatnio Lenni nie jest już tak popularny jak to kiedyś bywało. A to pozwala podejrzewać, że film nie przyniesie takich zysków jakie zaplanowaliśmy. Trzeba było wymyślić coś co spowoduje zainteresowanie prasy. Więc wpadliśmy na pomysł z tym szantażem. Wydało nam się to najlepszym rozwiązaniem. Nie gniewasz się chyba? Nikomu nic się nie stało, a cel został osiągnięty. – Uśmiechnął się tak jakby faktycznie myślał, że przejdę z tym do porządku dziennego. Niedoczekanie jego.

– Nie kumasz facet jednej podstawowej rzeczy. Mną się nie manewruje jak jakim wagonem na bocznicy. Szczególnie gdy sobie mną gęby wycieracie przed reporterami. Wyjdziesz teraz do nich i powiesz im, że to wszystko była lipa i że ściemnialiście od początku do końca?

– No nie, bo całe to zamieszanie straciło by sens. Przecież o to chodziło aby się nami zainteresowali.

– Właśnie. Was to nie rusza, a ja będę musiał zostać z tym gównem na życiorysie jak sobie stąd pojedziecie.

– Przecież można im powiedzieć, że rozwiązałeś sprawę, przekazałeś okup i wszystko jest cacy. – Ponownie odezwał się Lennard po czym uniósł się i poszedł zmieszać sobie kolejnego drinka. – Rudi! Wypłać mu honorarium i wszystko jest jak winno być.

– Z tym, że nie koniecznie.

– Bo?

Wydobyłem z kieszeni kopertę i wysypałem z niej zdjęcia na blat stolika stojącego przed reżyserem. Wbił w nie swoje serdelkowate paluchy. Natychmiast się ożywił i nerwowo zaczął je przekładać. Gdy dotarł do tego z dzieciakiem pochylił się nad nim.

– Co to jest?

– Chcieliście szantażu? No to go teraz macie. – Uwielbiam takie drobne chwile dzikiej satysfakcji.

– Co to jest, pytam się? – Powtórzył znacznie głośniej. Do stolika podszedł Lennard i przeleciał szybko wzrokiem po odbitkach. Spojrzał na mnie, a jego stalowe oczy próbowały się na mnie wyżyć, jakbym to ja był ich autorem. Źrenice zwęziły mu się, a zaciśnięta w pięść prawa dłoń poszybowała dalekim lobem w kierunku mojego podbródka. Zdążyłem się uchylić łapiąc go powyżej nadgarstka i wykręcić tak aby nie był w stanie się ruszyć.

– Ty skurwysynu… – Zasyczał z wściekłością ochlapując mój policzek drobnymi kropelkami śliny. Büsche odbił się od framugi i zaczął zbliżać się do nas, ale zasłoniłem się aktorem jak tarczą więc stanął w pół drogi nie wiedząc co zrobić. Saal odesłał go na miejsce machnięciem dłoni.

– Troszkę grzeczniej proszę, szanowny panie, bo się przestaniemy lubić. – Wyszeptałem mu do ucha.

– Gardzę takimi gnojami jak ty.

– To jesteśmy kwita. – Puściłem go by mógł wrócić na swój fotel.

– Co to ma znaczyć? – Reżyser powtórzył swoją frazę po raz trzeci. Uznałem więc, że czas na wyjaśnienia.

– W pociągu mnie wykołowaliście. Sprytnie się to wam udało, ale zaszło tam coś jeszcze. Wy wysiedliście, a ja dostałem tę paczkę. Była w niej kartka. Wydobyłem ją z kieszeni i rozprostowałem na blacie stołu. Pochylili się nad nią we trzech. Saal czytał zapisane na niej zdanie bezgłośnie poruszając ustami.

– Cholera. – Spojrzał na von Hannsmana pytająco. – To przecież Gabi Lucchese. Grałeś z nią bodaj w trzydziestym pierwszym.

– I co z tego? – Wypił jednym haustem przygotowanego drinka i machnął na Büsche aby mu zmieszał kolejnego.

– To z tego, że właściciel tych pięknych, artystycznych zdjęć oczekuje od ciebie okrąglutkich dwudziestu pięciu tysięcy.

– Kur…

– Tylko dwadzieścia pięć? – Zza moich pleców ochroniarz zdziwił się jakby sam miał taką furmankę kasy z kieszeni wyciągać.

– Chcieliście to macie. Mam nadzieję, że sobie z tym poradzicie sami bo ja się w to bawić nie mam zamiaru. – Pozbierałem od nich wszystko i na powrót umieściłem w kopercie, a tę w kieszeni.

– Panie Knocke. Chyba pan nas nie zostawi w takiej sytuacji? – Saal wyglądał tak jakby miał zamiar się za moment rozpłakać. Wyglądało na to, że faktycznie jest przestraszony rozwojem wypadków.

– Ależ dokładnie taki właśnie mam zamiar. – Odparowałem z bezczelnym uśmiechem.

– Proszę się nie wygłupiać. Ani nie obrażać o nasze wcześniejsze zachowanie. Musi pan nam pomóc dla dobra naszego filmu panie Knocke! – Zdawało się, że za moment opadnie na kolana aby mnie o to błagać.

– Nic nie muszę.

– Co pan radzi w takiej sytuacji? – Wtrącił się Hannsman.

– Zapłacić.

– Łatwo panu mówić. Nie pańska forsa.

– Nie ja wykombinowałem cały ten bajzel.

– Myśli pan, że to ktoś poważny? – Aktor zwrócił się do mnie ciągle jeszcze masując skórę na swoim nadgarstku.

– Na mój gust włoska mafia, ale mogę się mylić. Na pewno nikt miejscowy.

– Rozmawiał pan z nimi?

– Byli tak uprzejmi i się do mnie pofatygowali.

– To znaczy? – Włączył się Saal ponownie.

– To znaczy, że jak wróciłem do domu to czekał tam Flip z Flapem i wzięli mnie pod pachę, wsadzili do wozu i kazali spotkać się z jednym facetem, co to mu niedobrze z oczu patrzy.

– Widział się pan z nim?

– Prosto od niego tu lezę.

– I?

– I on mi powiedział czego od was chce. Macie czas do jutra.

– Cholera. Co robimy? – Saal rzucił bardzo poważnie uwagę, która była skierowana do Lennarda choć na niego nie patrzył. Skorzystałem i zapaliłem papierosa. Jedną zapałką przypaliłem także Büsche, który zgłosił się do mnie po ogień i wrócił do swojej framugi.

– Jeśli mnie pytasz to nie licz na jakąś sensowną odpowiedź. – Hannsman przysunął sobie z szuraniem fotel do stolika i rozsiadł się nonszalancko ponownie opierając stopy o blat. Szlafrok zsunął mu się z kolana ukazując czarne podwiązki trzymające nieskazitelne skarpety na wydepilowanych łydkach.

– Co pan myśli? – Reżyser ponownie zwrócił się do mnie. W tym błaganiu wyglądał jak zagłodzony spaniel.

– Powiedziałem już. Jak chcecie mieć spokój to zapłaćcie. Ale na moje pośrednictwo nie liczcie. Nie chcę mieć z nimi nic do czynienia.

– Pan i tak już jest w środku całego tego zamieszania.

– Owszem. Ale właśnie składam rezygnację. Zadzwońcie tylko do mnie jak ustalicie co i jak abym wiedział co mam im powiedzieć jakby mnie znów wzięli w obroty.

– Chyba ma pan rację. Muszę to przemyśleć. – Saal począł rozmasowywać skronie kolistymi ruchami kciuków.

– Tu nie ma co myśleć. Szczerze powiedziawszy to nie macie za wiele możliwości do wyboru. Ale to już nie moja sprawa.

– Tak. Ma pan rację. Mam tylko małą prośbę. Proszę zachować dyskrecję o tym wszystkim. Możemy się tak umówić?

– Owszem. Może pan spać spokojnie. Dyskrecja jest jednym z filarów mojego zawodu.

– Dziękuję. Czuję się zobowiązany wobec pana i chciałbym wypłacić panu jednak honorarium. Przyjmie pan czek?

– Przykro mi. Nie mam do was tyle zaufania. Tylko gotówka. – Wzruszyłem ramionami.

– Czy w takim razie możemy się umówić na jutro? Dziś nie jestem przygotowany. Proszę mi wybaczyć.

– Dobrze. Przyjadę po południu.

– Doskonale. Dziękuję panu. – Saal wyciągnął do mnie swoją, oblepioną małymi kropelkami potu, dłoń, którą uścisnąłem z lekkim obrzydzeniem. Wyszedłem na korytarz cicho za sobą zamykając drzwi. Zbiegłem na dół i wskoczyłem do pierwszej stojącej przed wejściem taksówki tak szybko, że żaden z pismaków nie zdążył mnie zatrzymać.

Ciekawy byłem jak sobie panowie poradzą z tym pasztetem, w który się sami wepchali. W zasadzie gówno mnie to obchodziło, ale zwykła zawodowa ciekawość prosiła się o zaspokojenie gdy siedziałem już z Adolfem na kolanach w moim wysłużonym fotelu przy grającym radio. Obracałem w palcach szklaneczkę z gorzką żołądkową o kolorze parzonej herbaty gdy on mruczał bardzo wymownie: „Daj mi jeść! No daj mi w końcu jeść!” Wstałem aby spełnić jego oczekiwania i w tym m momencie zadzwonił telefon. Musze przyznać, że akurat tego głosu się nie spodziewałem:

– Willi? Jak się masz wspólniku? Bruno mówi.

– Jaki Bruno? – Wyraźnie nie byłem już dziś w intelektualnej formie.

– Bruno Eckert z Palast[2].

– Przepraszam, że Cię nie poznałem. Miałem ciężki dzień i sporo na głowie.

– Domyślam się.

– To znaczy? – Zdziwiłem się.

– Nie ważne. Możesz do mnie przyjechać? Mam sprawę do ciebie.

– Teraz?

– No…

– To aż tak pilne, że do jutra nie może zaczekać?

– Nie może. Wierz mi.

– Kurde. Już kładłem się spać. Wiesz która jest godzina? Zmęczony jestem. Chciałem się wyspać.

– Za piętnaście jedenasta. Zbieraj się. Zaraz powinien być po ciebie mój kierowca.

– Matko. I co ja mam z tobą zrobić? Spać mi się chce.

– Nie marudź. Wyśpisz się w grobie. To ważne. – Odłożył słuchawkę zanim zdążyłem zareagować. Właśnie kończyłem nakładać kotom jedzenie gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. Otworzyłem je wpuszczając niewysokiego szofera w granatowym mundurku z wielkimi, złotymi guzikami. Kazałem mu poczekać w korytarzu, skończyłem poprzednią czynność, zdjąłem z wieszaka płaszcz i kapelusz i podążyłem za nim na dół.

<< Przejdź do rozdziału 5; Przejdź do rozdziału 7 >>

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *