Kłamałem… – 9

9.

Jadąc przez miasto widziałem ludzi przystających grupkami na chodnikach, pod kolumnami radiowymi, czy przed oknami wystawowymi, na których ktoś wymalował napisy JUDE. Było już przed jedenastą wieczorem gdy zajechałem na powrót przed knajpę Schulmbachów. Parkowałem w tym miejscu dzisiaj już trzeci raz. Z lenistwa zostawiłem auto dwoma kołami na krawężniku i wszedłem do środka. Przybiłem do baru. Stojący za nim Heinrich próbował swoim wzrokiem przewiercić moją czaszkę na wylot.

– Willlliiiii! – radosny okrzyk z głębi Sali wywołał mnie zanim zdołałem otworzyć usta w zamówieniu. Odwróciłem głowę. Machał do mnie Bilke z tego samego boksu co poprzednio. Tym razem miał na sobie brunatny mundur SA. Wyglansowany jak na jakiś przemarsz. Czako powiesił na drucianym wieszaku przymocowanym do przepierzenia, a doszorowane ręce rozłożył obok talerza, z którego zniknęły już kluski. Pozostał tylko ciemny sos.

– Wiesz co robić – szepnąłem do Schulmbacha i ruszyłem pogodnie machając.

– Widzę, że bywasz tu częściej niżbym się tego spodziewał – zagadnął jeszcze nim usiadłem naprzeciw.

– Mieszkam po sąsiedzku – odparłem wymijająco. – Co słychać? – zaświtała mi w głowie pewna myśl.

– Widzisz chłopie, poprzednio nie dałem ci rady. Muszę się zrehabilitować – rzucił przepraszająco rozkładając ręce, a ja uśmiechnąłem się cierpko.

– Myślisz, że tym razem ci się uda?

– Jak zwykle cięty dowcip cię nie opuszcza – wyrzucił rękę nad głowę. – Ober! Wódki!

– Tam zaraz cięty dowcip. Zwyczajnie znam swoje możliwości – mruknąłem, a Schulmbach przyniósł na lakowej tacy po dwie stopki i starannie je poustawiał przed nami.

– Panowie długo będą? – spytał niepewnie. Bezosobowo.

– Aż któryś z nas nie zaśnie… – zarechotał Bilke.

– Ale w środy mamy tylko do jedenastej. Gości już brak. Panowie sami zostali…

Nimm und verpiss dich![1] – Rzucił na stół dziesięć marek. Schulmach w ukłonach wycofał się za bar i zaczął polerować jakieś szkła obserwując co się dzieje za oknem. Tam, w kierunku skrzyżowania z Adalbert Straβe[2] podążały coraz liczniejsze grupki ludzi. Skandowali jakieś hasła, których nie słyszałem. Niektórzy nieśli jakieś transparenty. – Pij! – Bilke wyrwał mnie z zamyślena.

Wypiłem. Nie musiałem udawać żeby się skrzywić. Zdaje się, że w tej talii nie będzie jokerów.

– Nie masz dziś wychodnego? – wskazałem ruchem głowy czako.

– Dziś już wszystko zaplanowane. Będę potrzebny dopiero jutro, ale wszedłeś, a ja nie mam w zwyczaju odpuszczać.

– Zawsze musisz być najlepszy?

– Zawsze.

– We wszystkim?

– Absolutnie – uniósł kolejny kieliszek do góry. Stuknąłem się z nim. Na tyle mi jeszcze wystarczyło samokontroli. Piekło w przełyk jakbym wódkę pił po raz pierwszy w życiu. Musiałem wytrzymać. Dochodziliśmy do sedna.

– W maltretowaniu Żydów też? – spytałem gdy już wytarł nos rękawem.

– Co?

– Proste pytanie zadałem – spojrzałem na niego spod półprzymkniętych powiek.

– Też. Ich trzeba wytrzebić. Jak chwasty wyrwać z niemieckiej ziemi.

– Nawet jeśli właśnie są Niemcami?

– O co ci chodzi? – zmarszczył czoło.

– Co zrobiłeś Klinnerowi?

– Co? – zdawał się nie rozumieć.

– Nie udawaj.

– A kto ci, gnoju, dał prawo do zadawania takich pytań? – szerokie plecy nacisnęły na oparcie aż zaskrzypiało w lichej próbie protestu.

– Ja sam. Co z nim zrobiłeś?

– Z kim?

– Klinnerem. Mówię przecież.

– Nie znam człowieka – wzruszył ramionami.

– Jasne – sięgnąłem pod pachę. Wyciągnąwszy ViS’a położyłem go sobie na dłoni i pogładziłem opuszkiem karbowanie na jego rękojeści. W końcu chwyciłem jak należało i ścisnąłem aby zapadka bezpiecznika chwytowego została zwolniona. Powoli przeładowałem wprowadzając do komory dziewięciomilimetrowy nabój. Byłem teraz gotów wysyłać tych co mi staną na drodze tam gdzie będą mogli się układać do snu. Wiecznego.

– Jego żonę trzymasz w piwnicy. Córkę mu gwałcisz co jakiś czas robiąc zdjęcia i ty mi mówisz, że nie wiesz o co mi chodzi? – zirytowałem się.

Verpiss dich![3] – warknął, a ja powoli przesunąłem lufą w prawo i w lewo co miało oznaczać moją dezaprobatę dla takiego sposobu prowadzenia konwersacji.

– Trochę grzeczniej gnoju – zza moich pleców odezwał się Heinrich głosem, który swoim chłodem mówił, że nie powinno się mu przeciwstawiać. Położył mi dłonie na ramionach.

– Czego ode mnie chcecie? – Bilke próbował wstać, ale tak naprawdę miało to zamaskować próbę wyjęcia broni z brązowej kabury wiszącej na pasie. Wskazałem ją lufą:

– Powoli i bez wygłupów. Od nieodpowiednich pomysłów może cię rozboleć głowa. – Zadziwiająco posłusznie położył lugera na stole. Wrzuciłem go sobie do kieszeni marynarki.

– Czego chcecie? – powtórzył.

– Prawdy. To proste.

– Co was obchodzi jakiś jüdisches U-Boot?[4]

– Widzisz, tym się różnimy od siebie, że ja, nawet jak mi ktoś nie pasuje, potrafię z nim rozmawiać i powiedzieć co mi przeszkadza. Nie zabijam od razu.

– Może to właśnie twój błąd? – warknął złowrogo. Zignorowałem zaczepkę sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnięty stamtąd skrawek grubego, mokrego i ubłoconego materiału położyłem między nami na stole. Rzucił okiem, ale nie przekonał mnie swoją obojętnością do tego, że go kompletnie to nie interesuje. Chciał coś powiedzieć. Powstrzymałem go ręką.

– Wiesz co to jest? – podniosłem skrawek do jego oczu.

– Gówno mnie to obchodzi.

– To róg dywanu, w który kazałeś Ryfce i Oldze zawinąć ciało Ariela zanim zawiozłeś je aby wykopały mu grób – być może zrobiło to na nim jakieś wrażenie, ale nie chciało mi się zwracać uwagi na takie szczegóły. – Jeśli ja go umiałem odnaleźć to znaczy, że zaczyna ci się palić pod dupą.

– Bo?

– Zabicie Żyda, Niemca, ale Żyda, pewnie by ci jeszcze uszło płazem, szczególnie jeśli spojrzymy za okno – machnąłem dłonią w kierunku ludzi po drugiej stronie szklanej tafli. – Ja mam jednak pewien pomysł jak ci uprzykrzyć nieco życia.

– Ty? Mi? Możesz najwyżej popielniczki wytrząsać – kpiąco wydął wargi.

– Ja mogę ci wsadzić w pysk ten pistolet – pieszczotliwie pogłaskałem ViS’a – i odstrzelić ci łeb. Wybuchnął głębokim śmiechem.

– Mnie? Szanowanego Niemca? Porządnego przedsiębiorcę chcesz zabić? Chłopcze, ulica cię na buty weźmie. Dokona sprawiedliwego linczu. Nie wiesz na co się porywasz.

– Ciekawostka. Zbieraj się. Sprawdzimy kto kogo będzie linczować.

– Takiś chojrak?

– Przejedziemy się odświeżyć ci pamięć, zobaczymy czy wtedy będziesz taki twardy – wstałem od stołu odsuwając z szuraniem krzesło. Byłoby poleciało na ziemię gdyby nie Schulmbach i jego brzuszysko. Bilke uniósł się prawie z ochotą, jakby oczekiwał, że wyjście na dwór pozwoli zakończyć to przedstawienie. Wzięliśmy go we dwóch pod ramiona aby żadne idiotyzmy do głowy mu nie wpadały. Pistolet wsadziłem do kieszeni płaszcza i przeszliśmy przez na zaplecze.

– Jeden ruch, a zastrzelę jak psa – chwyciłem broń przez materiał kieszeni i pokazałem mu, że mam nad nią pełną kontrolę. Nic nie powiedział więc ruszyliśmy przez czeluść bramy na ulicę. Kręciło się tu i ówdzie kilku przechodniów. Kawałek dalej, na skrzyżowaniu z Adalbert Straβe stała grupka chłopaków w brunatnych mundurach, wśród których rozpoznałem tych co pomagali nam nad Bilkem zapanować ostatnio. – Do wozu gnoju! – popchnąłem go w kierunku opla. Otworzyłem drzwi od strony pasażera. Oparł dłonie o krawędź dachu i na szeroko rozstawionych nogach zamarł w bezruchu. – Właź! – warknąłem do ucha, a w bok wsadziłem lufę plującą ołowianymi argumentami. Nagle nabrał w płuca powietrza i wrzasnął z całych sił:

Hilfe![5] Porządnego Niemca mordują! – Wyszarpałem z kieszeni broń i przyłożyłem do jego skroni.

– Właź gnoju bo cię tu zastrzelę.

Verpiss dich! – stawał się nudny. Za to na skrzyżowaniu zrobiło się ruchliwie. Młodzi ożywili się by po chwili wahania rozpoznać mojego zakładnika. Ruszyli ku nam biegiem czesząc podkówkami snopy iskier, a Bilke widząc co się dzieje zaczął energiczniej reagować próbując się wyrwać uścisku. Wierzgał ramionami, uginał i prostował nogi w kolanach. Całe szczęście, że blokowały go drzwi oraz trzymające je dłonie Schulmbacha.

Halt![6] – powstrzymałem ich wystawioną dłonią.

– Co tu się dzieje? – wycharczał palacz jakby nadal jeszcze nie do końca wiedział, po której stronie będzie mu się wygodniej opowiedzieć. Całkiem słusznie. Pozory mogły bowiem mylić.

Dieser Hurensohn[7] porwał mnie i siłą chce wywieźć za miasto. Tam gdzie wam mówiłem. Przy moście – Bilke rzucił głową do tyłu wskazując mnie chłopakom. Z całej siły zdzieliłem go kolbą w potylicę. Gruchnął czołem o dach i zwiotczał. Na szczęście Heinrich zdołał go przytrzymać łapiąc pod ramiona. Byłby się całkiem wyślizgnął.

– O mojej mamusi z szacunkiem proszę – wysyczałem do ucha, ale zapewne nic do niego nie dotarło.

– Ostatni raz pytam. Co tu się dzieje? – zdaje się, że młodemu kończyła się cierpliwość. Nerwowy rocznik.

– Nie wasz interes. Zabieramy go na małą przejażdżkę. Musi wyjaśnić parę spraw.

– Jakich?

– A co to was obchodzi? To moje z nim sprawy.

– On ma nami rano dowodzić.

– Znajdźcie sobie więc innego dowódcę.

– Coś pan powiedział? – niemal udławił się swoim językiem.

– To co słyszałeś. Po dzisiejszej nocy on już raczej nie będzie niczyim dowódcą.

– Niedoczekanie twoje – ruszył na mnie zaciskając pięści. Jego koledzy widząc ten ruch także zaczęli się zbliżać. Otoczyli nas ścisłym kręgiem i zdecydowanie straciliśmy możliwość manewru. O mój rękaw zahaczyła czyjaś dłoń w potrzebie wytrącenia mnie z równowagi. Tego było już za dużo. Uniosłem pistolet nad głowę i pociągnąłem za spust. Wystrzał z tej armaty był ogłuszający i długo kołatał się między wysokimi kamienicami. Chłopcy cofnęli się o kilka kroków, a Bilke ożył, choć nadal miał miękkie kolana. Skorzystałem z chwili konsternacji i wepchnąłem go do środka na tylną kanapę. Spłynął na nią z gracją przedziurawionej dętki. Mierząc w stronę palacza wpuściłem Schulmbacha na miejsce pasażera, a gdy tam wylądował zatrzasnąłem za nim drzwi.

– Waruj jak mówię bo ci przybędzie parę pryszczy na czole.

– Dopadnę cię… – wycharczał niczym jakieś dzikie, zdesperowane zwierze – Jeszcze cię dopadnę…

Upewniwszy się, że Heinrich zamknął się od środka pognałem dookoła wozu by wsiąść za kierownicę. Natychmiast zapuściłem silnik i wbiłem bieg. Koła zawirowały na śliskim bruku jęcząc przeraźliwie. Ruszyliśmy z szarpnięciem, a na szybach wylądowało kilka pięści, ktoś kopnął w zapas przypięty do kufra, ale tylko na tyle byli w stanie się zdobyć w tak krótkim czasie. Całe szczęście, że nie rozdano im broni bo z pewnością byłoby w nas kilka dziur do załatania. Nie zdołałem odetchnąć. Trzeba mi było bardzo mocno się nagimnastykować aby wejść w zakręt za szaletem stojącym na rogu Hirsch Straβe[8] i nie trafić jednocześnie w górującą po drugiej stronie ulicy kamienicę. Wiele nie brakowało, ale dałem radę. Opony piszczały, a silnik wył jeszcze jakiś czas gdy rwałem w kierunku Stern Straβe[9] gdzie omal nie wpakowałem się w rozpędzoną trójkę zmierzającą ku Scheitniger Park[10]. Musiałem przed nią mocno wcisnąć pedał hamulca bo by nas motorowy rozsmarował na pół przecznicy. Jego dzwonienie długo jeszcze kołatało mi się pod czaszką. W końcu jednak skręciłem w lewo i popędziłem wzdłuż Botanisch Garten[11] na wschód.

Przy Gneisenau Platz[12] zatrzymał nas jeden z białych myszek[13] w swoim nocniku na głowie. Na chodniku za jego plecami dostrzegłem przygotowane czarno-białe koziołki. Ciekawe komu drogę będzie blokował. Nic nie słyszałem o żadnym kolejnym przemarszu. Widząc policjanta Bilke próbował rozrabiać z tyłu więc podałem ViS’a Heinrichowi aby go cały czas trzymał na muszce. To na moment przemówiło gościowi do rozumu. Nie znam nikogo do kogo by lufa nie przemawiała jeśli kazano mu w nią patrzeć. Po przejechaniu kolumny ciężarówek pozwolono nam ruszyć dalej.

– Jak mi zdemolują knajpę to będę oczekiwał, że pokryjesz straty – smutny bas Schulmbacha nie wróżył niczego dobrego.

– Mam odłożone parę marek, możesz spać spokojnie.

– Mnie bardziej chodzi o to, że nie będę miał teraz życia jak mnie ta gównażeria będzie męczyć na każdym kroku.

– Dasz radę – zacisnąłem dłonie na kierownicy koncentrując się na jeździe. Sam bardzo chciałem wierzyć w to co mówiłem. Po wiadukcie przerzuconym nad Schlageter Straβe[14] przetoczył się powoli skład kusego parowozu z kilkoma boczniakami zaścielając wszystko dookoła siwym dymem, który z komina rozwiewał lekki wiatr. Maszynista już nie dodawał pary i pozwalał maszynie dotoczyć się do peronów Odertor Bahnhof. Wynurzyliśmy się spod torów by po chwili wjechać na Gröschel Brücke[15]. Gdzieś po drodze ktoś rozbił szybę sklepowej witryny, która rozlała się okruchami po trotuarze. Ten i ów zaglądał do środka uszczknąć coś dla siebie zanim dotrze tutaj jakaś władza. Skręciłem w lewo za mostem, gdy minął nas ostatni wóz piętnastki zjeżdżający do zajezdni, o czym informowała stosowna tablica zatknięta niechlujnie za szybą. Czyżby na tym kursie Bilke spotkał Ruhrkego? Rzuciłem okiem za siebie. Nasz więzień pół leżał, pół siedział na tylnej kanapie i wrogo łypał to na moje plecy, to na ViS’a, to na kamienną twarz Schulmbacha. Wydawał się być zblazowany jakby nie wierzył, że jesteśmy mu w stanie zrobić coś złego.

Dojechaliśmy w końcu do zachodniej bramy cmentarza i mostów kolejowych w linii prowadzącej do granicy z Polską. Skręciłem w lewo przecinając torowisko tramwajowe i wjechałem na drogę, którą wspięliśmy się na wał przeciwpowodziowy. Przestałem się dziwić, że Bilke nie był w stanie tu wyhamować ciężarówki przed tramwajem Ruhrkego. Wiele było tu kolein i świeżych śladów opon odciśniętych w rozmiękczonej ziemi. Wspiąłem się na wysypaną żwirem promenadę i zjechałem w dół. Tutaj musiałem ostro zawinąć aby trafić na drogę prowadzącą do zimowiska barek. Nie to było jednak naszym celem. Przed estakadą mostów skręciłem w lewo w sporadycznie uczęszczaną polną drogę prowadzącą niemal prosto do rzeki. Po bokach rosły wysokie trawy omiatane reflektorami. Ich kępy szorowały o podwozie i karoserię gdy auto podskakiwało na nierównościach jak piłka. Schulmbach omal nie wybił mi dziury w dachu swoją wielką głową. W końcu dotarliśmy do grupy drzew rosnącej jakieś sto metrów od brzegu, który majaczył w mroku w oddali. W wodzie odbijały się światła lamp zwieszających się ze stojących po drugiej stronie okrągłych zbiorników paliwa Petroleumlager[16]. Polna droga skręcała w lewo, ale jakaś niepewna przecinka zmierzała nad samą wodę. Zatrzymałem wóz na tym rozdrożu i zgasiłem silnik. Opuściłem ręce z kierownicy, odwróciłem się i zabrałem broń Heinrichowi. Wypchnąłem się na zewnątrz. Uchylając mojego fotela gestem lufy kazałem wyjść Bilkemu. Wystawił głowę nad dach i rozejrzał się niepewne po okolicy.

– Jak tu trafiłeś? – po raz pierwszy w jego głosie słychać było jakiś rodzaj strachu. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, że to był strach.

– Długa historia.

– Mamy czas.

– Znalazłem wóz, który prowadziłeś wioząc tu Klinnerów. Później przez zajezdnię trafiłem do motorowego. On wskazał mi miejsce gdzieś go trafił. Na koniec pozostało tylko poszukać świeżo kopanej ziemi. Nie ma tu za wiele opcji do wyboru, a że jesteś leniwy to nie musiałem długo szukać. – Skinąłem na niewielki kopczyk niestarannie przykryty powyrywanymi kępami zeschniętej trawy odznaczający się wyraźnie po drugiej stronie duktu. Popchnąłem go w tę stronę. Ociągał się, ale w końcu stanęliśmy nad prowizorycznym grobem pana Klinnera.

– Wiesz co to za miejsce, prawda? – cały czas trzymałem go na muszce. Opuścił trzymane pierwotnie nad głową ręce tak, że bezwładnie zwisały wzdłuż tułowia.

– Wiem. I co z tego?

– Dwie sprawy mam do ciebie.

– Jakie? – wpatrywał się beznamiętnie w grób. Od strony huczącej w oddali elektrowni przyfrunęły pierwsze strzępki gęstej, mlecznej mgły. Znów spuszczano gorące wody chłodzące wprost do Oder.

– Przede wszystkim oddasz sklep Klinnerom. Albo przynajmniej ich spłacisz. Godziwie.

-Teraz chcesz abym to zrobił? Jak na ulicach pełno szkła z żydowskich sklepów?

– Dzisiaj nikt go nie ruszy więc możesz spać spokojnie. Masz na to dwa dni.

– Po co?

– Oddasz im pieniądze, które sobie przywłaszczyłeś. Będą miały z czym zaczynać nowe życie na emigracji.

– A ja co będę z tego miał? – odwrócił się.

– Łeb na miejscu jakie przewidziała do tego celu natura. To wystarczająca nagroda dla kogoś takiego jak ty – wnerwiał mnie swoją butą więc dźgnąłem go w lędźwie lufą pistoletu trzymanego w dłoni.

– Przecież jak ten sklep im oddam to go zdemolują i nie będzie nic wart.

– Dlatego zrobisz to za dzień lub dwa. Teraz go nie ruszą bo zaryzowany już jest.

– A jak nie?

– To uprzejmie doniosę komu trzeba o tym co zrobiłeś córce Klinnera.

– Też mi wielka rzecz. Ruchać Żydówę.

– Czy pojecie Rassenschande[17] coś ci mówi?

– Przecież się z nią nie będę żenił kretynie.

– Nie wiem czy wiesz, ale ona jest w ciąży.

– Chyba kpisz – bardzo się starał ukryć zaskoczenie, ale mimo to jakieś jego wątłe oznaki dostrzegłem między oczami. Jeśli dodać do tego drżące dłonie to wszystko powoli zaczynało do siebie pasować.

– Bynajmniej. Będziesz miał z nią dziecko. Myślisz, że tego nie da się, przy mojej wydatnej pomocy, podciągnąć pod paragrafy norymberskie? Jestem przekonany, że nie trzeba się będzie nawet specjalnie gimnastykować.

Du, Giftzwerg![18] – zdaje się, że miał zamiar rzucić mi się wprost do samego gardła. Nie dałem mu ku temu sposobności. Cofnąłem się o krok i odbezpieczyłem broń. Podziałało.

– To wasze metody, ja się jedynie przystosowuję do tworzonych przez was warunków – uśmiechnąłem się pod nosem. Zupełnie nie wiem dlaczego to zdanie wywołało u mnie dreszcz wesołości. Przez estakadę mostu przetoczył się z dudnieniem pociąg zmierzający w kierunku polskiej granicy. Parowóz rycząc energią z komina nabierał prędkości jak tylko wjechał na blachownicę. Przelatując nad nami musiał mieć już ponad setkę. Podwójnymi uderzeniami wózki przelatywały przez kolejne łączenia szyn. Faktycznie brzmiało to jakby ktoś walił młotem w stalową beczkę.

Spokojny do tej pory Schulmbach klepnął mnie w ramię. Trzymając Bilkego na muszce rzuciłem okiem za siebie. Z wału zjeżdżał właśnie jakiś samochód. Toczył kolumnami świateł po okolicy w rytm podskoków na wybojach. Nie pojechał do portu tylko skręcił w naszą stronę. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Minęła minuta i zatrzymał się jakieś dwadzieścia metrów od nas. Z szoferki wysiadł jeden facet. Kierowca został na miejscu, ale zgasił silnik reflektory zostawiając włączone. Drewniana burta z tyłu opadła z łomotem i z paki zeskoczyło na miękką ziemię parę energicznych stóp. Przepalony chłopak w mundurze SA wszedł w strumień światła.

– Co tu się wyprawia? – spytał swym rwącym się głosem. Ktoś stojący za nim, kogo nie widziałem bo pozostawał w cieniu, przeładował jakiś pistolet posługując się metalicznym dźwiękiem.

– Nic szczególnego. Pan Bilke się spowiada.

– Więc dość już będzie tej spowiedzi – dopiero teraz dostrzegłem, że trzyma P08[19] w swojej cienkiej dłoni. W odpowiedzi przyłożyłem ViS’a do głowy Bilkego i pchnąłem go aby opadł na kolana. Zaryły w miękką ziemię grobu Klinnera.

– Jeszcze krok i on zginie – zagroziłem.

– Nie zabijesz porządnego Niemca.

– Chcesz się przekonać? – zdaje się, że moja pewność głosu przemówiła mu do rozsądku na tyle, że opuścił nieco lufę swojego pistoletu.

– Spróbuj tylko zrobić mu krzywdę. Mam za sobą dziesięciu chłopaków pod bronią. Nie wyjdziesz z tego cało.

– Dlaczego uważasz, że to porządny Niemiec? – zadałem pytanie, którego najwyraźniej się nie spodziewał.

– Jest członkiem partii, działa z nami. Czego więcej można oczekiwać w dzisiejszych czasach? – Przez most nad nami przetoczył się zmierzający na południe skład towarowy. Żadne światło z okien nie przepełzło po czubkach okolicznych drzew.

– Nie wiem czy wiesz co ten twój Parteigenosse[20] zrobił pewnej żydówce.

– Co?

– Dzieciaka.

Scheiβe – wyrwało mu się chyba trochę bezwiednie. – To prawda? – zwrócił się do klęczącego przy mogile Bilkego. Szturchnąłem go w potylicę aby raczył odpowiedzieć.

– Tak – jęknął.

– Cożeś robił? Dosiadałeś tę chudą żydówę coś jej ojcu sklep przygarnął? – młody nie bardzo był w stanie uwierzyć. Zdaje się, że taka sytuacja nie miała szans zmieścić się w jego ramach światopoglądowych. Jakoś mnie to specjalnie nie dziwiło.

– Dokładnie tak – odpowiedziałem za klęczącego.

– Te, Bilke, teraz to żeś przesadził – basem świeżo po mutacji odezwał się ktoś z tylnego rzędu, którego przez padające, żółtawe światło reflektorów ciężarówki nie byłem w stanie dostrzec.

– Ale to on tak twierdzi. Ja nie miałem z nią nic wspólnego. To kłamstwo! – Bilke zawył po ostatnim słowie. Każdy by to zrobił gdyby go w ucho trafiła taka gruba lufa jak moja. Byłem z niej coraz bardziej dumny.

– Panowie, w moim wozie, w nogach miejsca pasażera jest koperta. Niech no jeden z was ją tu przyniesie. Zajrzyjmy wspólnie do środka.

Ktoś otworzył drzwi mego wozu, zaszeleścił papier i przepalonemu młodzianowi podano kopertę ze zdjęciami. Ten zajrzał do wnętrza, wyciągnął jedno i wystawił do światła tak, że wszyscy zainteresowani byli w stanie zobaczyć jego szczegóły. Przedstawiało łono Ryfki, jej symboliczne piersi oraz na trzecim planie burzę czarnych włosów i charakterystyczne rysy twarzy. Tuż przed obiektywem widać było przedramię Bilkego. Po wewnętrznej stronie, w połowie kości promieniowej, widniał tatuaż z kotwicą oplecioną grubą liną. Palacz spojrzał na mnie.

– Kazać mu podwinąć rękaw? – uniosłem brew aby zabrzmiało to przekonująco.

– Obejdzie się – odpowiedział, a Bilke próbował wstać z kolan, lecz mu na to nie pozwoliłem.

– To jednak jeden z naszych – znów odezwał się ten sam basik spoza światła rzucanego przez ciężarówkę. – Trzeba by mu dać szansę.

– O tak. Dajcie mi szansę. Obiecuję, że już jej nie będę miał… – klęczący próbował zmienić strony.

– Myślałem raczej o dostępie do niej dla nas wszystkich – ktoś inny zachichotał z tyłu spluwając jednocześnie na trawę.

– To się da zorganizować. Ich jest dwie, możecie mieć je wszyscy na raz. Jednocześnie. Albo każdy z osobna – wyrzucił z siebie z prędkością karabinu, a ja odniosłem wrażenie, że w niejednych majtkach się zagotowało.

– A co z dzieciakiem? – odezwał się milczący dotąd Schulmbach.

– Wyskrobie się ją. Znajdę lekarza i będziecie sobie na niej używać do woli – Bilke zachowywał jak by był na starożytnym targu niewolników. Zaczynał mnie wnerwiać.

– To twoje dziecko – przerwałem mu.

– Nic mnie to obchodzi – prawie płakał.

– Czyli, mam rozumieć, że przyznajesz się do tego, że z nią spółkowałeś?

– Młoda, jędrna, jurna, to co to za grzech?

– Ano grzech. Choćby dlatego, że to wbrew jej woli – odpowiedziałem cicho.

– Kto by się tam wolą Żydówy przejmował? – Bilke był nieugięty w swej postawie.

– Dość tego! – wrzasnął młodzian z przepalonym głosem. – Teraz odsuniesz pistolet od głowy pana Jacoba, on wstanie z kolan i puścisz go wolno w naszą stronę.

– Nic z tego.

– Bo?

– Bo tu leży zakopany ktoś, kogo on zabił.

– Żyd? – zabrzmiało to tak jakby młody doskonale znał odpowiedź.

– Tak – kiwnąłem głową powoli.

– To srać na Żyda. Puszczaj go pan – skinął na mnie swoim pistoletem. Zupełnie nie wyglądał na kogoś, kto potrafi przeładować. Spojrzałem mu w oczy. Było w nich coś czego powinienem się obawiać, ale całkowicie to zignorowałem.

– Nie – stwierdziłem twardo.

– Willi. Daj spokój. Zobacz ilu ich jest – Schulmbach wtrącił się zupełnie niepotrzebnie. – Sam sobie z nimi nie poradzisz.

– Nie z takimi chłystkami dawałem sobie radę. Nie po to yle się nagimnastykowałem, żeby teraz odpuszczać. – Mojego kompana przechwyciły dłonie, które sprawdziły czy jest uzbrojony. Nastęnie i jego wzięto na muszkę.

– Te, łapsie, spieprzaj do swojej budy. To człowiek partii. Dostaniesz kuksańca jak mu się co stanie – bas z cienia zaczął się materializować w postaci długich nogawek spodni sukiennych w kolorze zbliżonym do zielonego, wpuszczonych w wysokie buty do konnej jazdy. W ślad za głosem w snop świateł ciężarówki weszła dłoń trzymająca za magazynek wystający z boku perforowanej lufy MP28[21]. Jego sztywne oblicze nie eksponowało żadnych ciepłych emocji. Wyglądał raczej na takiego co to w ciemnej bramie potrafi posłużyć się brzytwą w sposób całkowicie kontrolowany.

– Zabiję gnoja jak się do mnie zbliżycie – zagroziłem, ale chyba bez przekonania bo nie uwierzyli specjalnie. W tej chwili byłem jednak gotów to zrobić.

– Jak on mnie wkurwia! – wrzasnął ktoś z cienia i strzelił nad moją głową. Na moment ciemność rozświetlił ogień z lufy. Schulmbach padł na kolana. Ja ustałem – Nie rozumiesz gnoju po niemiecku? Masz puścić pana Jacoba bo inaczej ciebie tu zakopiemy!

– Mówiłem żebyś spieprzał palancie, my nie mamy w zwyczaju żartować. Szczególnie w takich sprawach – chłopak z MP wszedł już cały w krąg światła. Był wysoki i dobrze zbudowany wypełniając kurtkę kroju mundurowego do ostatniego skrawka przestrzeni jaką ten oferował. Ruszył w moją stronę.

– Nie radzę – spojrzałem na jego stopy. Znalazły się stanowczo za blisko.

Verpiss dich! – gruchnął kolejny strzał. Nie uchyliłem się. Schulmbach przywarł do trawy całym swym obszernym ciałem. Tym razem kula przeleciała tuż koło mego rękawa rozrywając materiał płaszcza.

– Co robisz debilu? – wrzasnąłem. Nie tak to zaplanowałem więc dłonie pokryły mi się ciepłym potem. Wpadły też w lekkie wibracje.

– Przywracam właściwy porządek rzeczom jakie tu mają miejsce. Puść go.

– Chyba kpisz.

– Bynajmniej – widziałem jak pociąga za spust. Musiał mieć selektor ustawiony na ogień pojedynczy bo kolejna kula rozerwała mi płaszcz na wysokości szwu łączącego prawy rękaw z plecami. Tym razem zapiekło bo drasnęła skórę. Syknąłem, ale wytrzymałem. Poczułem ciepło stróżki krwi jaka zabarwiła mi ubranie i zaczęła swoją podróż ku nadgarstkowi.

– Willi, ona naprawdę jest ze mną w ciąży? – Bilke przywierając coraz bardziej do mogiły odwrócił niezręcznie głowę i spytał cicho cały czas trzymając dłonie nad głową.

– A chciałbyś?

– Nie wiem. Chyba tak – poza kręgiem światła coś jakby zafalowało jęcząc z zawodu. Dostrzegłem kątem oka, że nad miastem rozlała się po niebie żółto-pomarańczowa łuna. Coś dużego musiało się palić.

– Nie sądzisz, że teraz to już trochę za późno na skruchę?

– To nie skrucha. Ja inaczej kocham niż ty. Wiesz o tym, ale tego nigdy nie zrozumiesz. – Zza reflektora wyszedł kolejny chłopak z rewolwerem w ręku. Zbliżał się do mnie niebezpiecznie blisko. Ktoś musiał mu dać jakiś rozkaz bo obszedł nas dookoła ustawiając się tak, że jakby zaczął strzelać to by raził swoich kompanów. Zdaje się, że ktoś się dopiero uczył jak postępować w takich sytuacjach.

– Wypad – kiwnięciem broni kazałem mu się cofnąć. Nie zareagował. – Jeszcze krok! – zagroziłem, ale nie zrozumiał. Spuściłem palec z kabłąka na spust. Lekko go podciągnąłem ku sobie – Powiedziałem! Do tyłu! – Za nim pojawił się jeszcze jeden. Tym razem z karabinem Mausera. Pokonałem pierwszy, niepewny opór sprężyny.

W tym samym czasie chłopak z MP28 drobił stopami i był coraz bliżej. Przysuwał się centymetr po centymetrze myśląc, że odwracając moją uwagę tymi dwoma po drugiej stronie, będzie mógł zbliżyć się na tyle, żeby mi wytrącić broń z ręki. Nie mogłem mu na to pozwolić, ale nie reagował na moje słowa.

– Kazałem się wam cofnąć! – rzuciłem przez ramię do tych dwóch co to zanurzyli się w wysokiej trawie.

– Oni słuchają tylko moich rozkazów – ponownie odezwał się palacz.

– To niech przestaną bo ktoś tu zginie.

– Jeśli ktoś tu ma zginąć to będziesz to ty, gnoju – warknął.

– Wolicie chronić gościa co to hańbi waszą rasę niż oddać go władzom?

– Jego zasługi znacznie przekraczają taką winę – odpowiedział powoli jednocześnie gestem dłoni ponaglając tych dwóch w trawie. Po chwili wykonał kolejny gest, który zmusił dwóch następnych do obejścia mnie i Bilkego z prawej strony.

– Nie tobie to oceniać. Stać! – wrzasnąłem. Mimo, że nie spodziewałem się takiej reakcji, młodzi zatrzymali się w pół kroku, ale kolejne drgania dłoni palacza zmusiło ich do kontynuacji. Mięśniak znów rozpoczął swoje małe kroczki w naszą stronę. Pokręciłem głową z dezaprobatą.

– Jeszcze krok…

– Willi, ja ją kocham! Po swojemu, ale kocham. Ty tego nigdy nie zrozumiesz… – Bilke wykrzywił usta w grymasie desperacji i ukrył twarz w dłoniach.

– Obawiam się, że będę musiał z niszczyć w tobie i to uczucie – wróciłem do wcześniejszego wątku. Zwiększyłem nacisk na język pistoletu. Brakło już tylko pół milimetra, poczułem silniejszy opór sprężyny.

– Dlaczego?

– Ona nie jest w ciąży.

– Co?

– Kłamałem… – wewnątrz ViS’a coś przeskoczyło z cichym brzękiem. Gruchnął strzał. To tylko ja oparłem palec z całej siły na spuście. Nagle zrobiło się strasznie jasno. Poczułem swąd spalonego prochu, a echo długo błądziło pod sklepieniem mostu kolejowego. Zanim spadła na mnie ciemność zdołałem tylko usłyszeć, że całe stado kul przeleciało koło mojej biednej głowy.

linia_1

<< Przejdź do rozdziału 8; Przejdź do rozdziału 10 >>

Możliwość komentowania jest wyłączona.