Trzeba tylko chcieć – 9

9.

Następnego dnia był wtorek, wpadłem na moment do biura nadgonić kilka zaległych spraw. Już miałem się zabierać do wyjścia gdy nieśmiało we framugę otwartych drzwi zapukała generalska dłoń. W ślad za nią w otworze pojawiła się też głowa w odpowiednio wystrojonej czapce. Poderwałem się na równe nogi, choć salutować nie miałem zamiaru. Był w tym swoim szykownym mundurze, a w lewej dłoni trzymał spory wiklinowy kosz nakryty niewielkim, kraciastym kocykiem.

– Można?

– Proszę! W zasadzie to czekałem na pana, panie generale.

– Domyślam się – postawił koszyk obok zielonego fotela, stojącego po drugiej stronie biurka. Zdjął czapkę i położył sobie na kolanie. – Nie ma pan pojęcia jak się cieszę, że się panu wczoraj udało. Ten chłopak, co go pan przysłał, zdjął mi z serca niezwykle ciężki kamień przynosząc paczkę od pana.

– Zdążył pan ze wszystkim na czas? – skinąłem uprzejmie.

– Tak. Nie mogę wyjść z podziwu jak pan dał sobie z tym wszystkim radę.

– Było gorąco – uśmiechnąłem się cierpko. Wszak niewiele brakowało abym tu dziś nie siedział. – Mam nadzieję, że wynagrodził pan młodego tak jak mu obiecałem?

– Oczywiście. Dostał ode mnie sto marek.

– Miało być dwadzieścia – nasrożyłem się. – Teraz przez pańską rozrzutność będę go musiał wyciągać z alkoholowego nałogu – próbowałem jakoś rozluźnić atmosferę. Przez chwilkę byłem przekonany, że mi się udało.

– Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Proszę mi powiedzieć co pan ustalił.

– Miał pan rację generale. To był wywiad. W moim przekonaniu polski wywiad.

Scheiße! Czyli jednak.

– Tak.

– Że też wcześniej nie wiedziałem.

– Wiedział pan.

– To znaczy?

– Przecież przyszedł do pana z tą sprawą pański drewniany Pinokio.

– Ech. Że też wcześniej nie zareagowałem jak należy. Może by się obeszło bez tych wszystkich komplikacji – zmartwił się.

– Możliwe. Z drugiej zaś strony jesteśmy dziś mądrzejsi o parę ważnych kwestii.

– Ma pan coś konkretnego na myśli?

– Jeśli mogę coś doradzić to na początek porozmawiałbym poważnie z naszym drewnianym chłopcem – zdziwił się bo brwi podjechały mu niemal do połowy czoła. – Stromheimer przyszedł z tym do pana, ale później, chyba nie bardzo wierząc w pańską chęć działania, doniósł na pańską opieszałość do SD.

– I oni go posłuchali?

– Można to tak nazwać. Zdecydowanie zbyt szybko się do mnie przykleili. Musieli więc od kogoś dostać cynk, żeby się mną zainteresować. Nie podejrzewam aby sam im pan o mnie wspominał, a o sprawie, poza nami dwoma, wiedział tylko Stromheimer. Podejrzewam, że Polaków poddawali rutynowej kontroli i prędzej czy później by się na mnie natknęli, ale oni nie są aż tak rozgarnięci aby tak szybko wpaść na moją rolę albo na pańskie zaangażowanie w sprawę. Zdecydowanie ktoś im musiał w tym pomóc. Pańską żonę raczej wykluczam. Zatem odpowiedź na tak postawione pytanie może być tylko twierdząca.

– Napawa mnie pan przerażeniem – cofnął brodę w kierunku grdyki co nienaturalnie powykrzywiało jego dolną wargę i zmarszczyło skórę na szyi.

– Dlaczego?

– Ufam mu od lat. Nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze mogłem na nim polegać. To jest stary bojownik – podrapał się za uchem. Wydawał się faktycznie przejęty.

– Może właśnie dlatego tak się zachował? – zapadła chwila smętnej ciszy po czym podjąłem wątek. – Panie generale. W dzisiejszych czasach to ja bym nie ufał nawet samemu sobie gdyby nie to, że brzydzę się donosicielstwem. Ale postąpi pan jak będzie pan uważał. Ja swoje zrobiłem.

– Tak. Dziękuję bardzo za pomoc – sięgnął do kieszeni na piersi. Wyciągnął stamtąd portfel z lakierowanej na czarno skóry i spojrzał na mnie. – Ile się należy?

– Pracowałem dla pana od soboty. Piątku z obiadem nie liczę – rzuciłem okien na kalendarz wiszący na ścianie. – Dziś mamy wtorek. Czyli trzy dni. Razem sto pięćdziesiąt marek. – Wysupłał trzy niebieskie banknoty i położył je przede mną. Spojrzał w oczy i dorzucił jeszcze jeden. – Nie wiem jak mam panu dziękować. Pieniądze tego nie zrekompensują. – Uznałem, że ten dodatkowy kawałek papieru wyrówna mi stanowczo zbyt wysokie koszty jakie poniosłem w trakcie tej sprawy. Już dawno bowiem przestałem je liczyć. Odpowiedziałem mu jednak w ten sposób:

– Umówmy się, że jak ja kiedyś będę miał problem z mundurowymi to przyjdę do pana i wtedy będziemy kwita.

Perfekt! W takim razie jestem pańskim dłużnikiem – wydawało się, że ma zamiar zebrać się do wyjścia, ale sięgnął pod nogi po koszyk. Wstał i postawił go na blacie. Odwinął koc. Spojrzałem do środka. Na tej samej poduszce co w jego gabinecie spał smacznie ten sam mały, czarny kotek. Nawet oka nie otworzył. Z rozdziawionymi ustami podniosłem głowę by zrozumieć o co mu chodzi. – Mówił pan przecież, że dla pana istotna jest pewna czarnowłosa kocica. No to ją panu przyniosłem – wskazał do wnętrza kosza puszczając perskie oko.

– Ale ja już mam kota.

– Wiem. Teraz ma pan dwa. Jakaś przybłęda okociła się nam w kotłowni, pomyślałem więc mógłby pan nam pomóc. U nas są już cztery – uśmiechnął się rozbrajająco.

– Nie taką kocicę miałem na myśli – gdybym miał nieco więcej odwagi to bym tupnął nogą ze złości.

– To też wiem. Ma trzy miesiące. Nie słucha jeszcze nikogo, nie ma też imienia, ale odchowana już. Mleka matki nie pije, myszy łapie. Będzie pan miał z niej pożytek.

Zakryłem zwierze kocem aby go nie obudzić i usiadłem ciężko na swym krześle. On cały czas stał. Na dłonie zaczął nakładać miękkie rękawiczki z elastycznej, sztucznej skóry.

– I co ja mam z nią zrobić?

– Zabrać i wychować jak swoje – roześmiał się krótkimi, urywanymi kaszlnięciami. Pokręciłem głową z dezaprobatą. Był gotów do wyjścia.

– Niech pan jeszcze nie idzie. Nie skończyliśmy – wskazałem dłonią fotel. Kolejny raz uniósł brwi niemal do połowy czoła co wypadło prawie na potylicy. Zdjął szybkim ruchem rękawiczki i na powrót zatopił się między oparciami. Zatrzeszczała popękana skóra.

– Co jeszcze pozostało?

Bez słowa sięgnąłem do szafki pancernej i wyciągnąłem stamtąd pogniecioną kopertę z szarego papieru. Położyłem ją przed sobą rozcięciem w moją stronę. Zajrzałem do wnętrza ukradkiem jakbym bał się, że wyskoczy stamtąd jakiś niebezpieczny gad. Generał wpatrywał się w moje ruchy, a po chwili podniósł wzrok do mej twarzy i ze zdziwieniem zgubił brwi między łopatkami. Bardzo spodobała mi się jego mimika. Nie miałem sumienia dłużej trzymać go w niepewności więc popchnąłem pakunek przez szybę w jego stronę. Odwrócił niepewnie i rozchylił papier.

– Co to ma być?

– Pańskie dziesięć tysięcy. Proszę przeliczyć

– Co pan powie! – byłby zerwał się na równe nogi gdyby wiek mu na to pozwalał. – Skąd pan je ma?

– Widzi pan, panie generale, udało mi się przekonać polski wywiad, że będzie lepiej jak wykażą się minimum dobrego wychowania i oddadzą to co do nich nie należy.

– Niech pan nie żartuje.

– Dobrze. W czasie wymiany na przystani doszło do małej strzelaniny między nami, a smutnymi panami z SD. Jedną z kulek przeznaczoną dla mnie, pan Polak, z którym się dogadywałem, był uprzejmy przyjąć na siebie. Uznałem więc, że jemu ta kasa nie będzie już potrzebna. Nie miał wyjścia jak tylko się ze mną zgodzić.

– Pan jest niesamowity.

– Przesada.

– Absolutnie nie! – krzyknął podniecony. Musiano go słyszeć co najmniej w sztabie przy Gabitzer Straβe.

– Panowie będą mieli przez jakiś czas ważniejsze sprawy na głowie aby zamartwiać się jakimiś głupimi dziesięcioma tysiącami. One i tak miały być tylko dodatkowym, nie rejestrowanym profitem. Jak znam życie to ich przełożeni pewnie nigdy by się o tym nie dowiedzieli.

– Oby.

– Byłbym w stanie się o to założyć.

– Wierzę, wierzę. Jak to było z tym wagonikiem? – tym razem ja zabawiłem się swoimi brwiami i zsunąłem je ku sobie bo nie bardzo wiedziałem o co mu chodzi. – Greta ciągle w kuchni dziewczynom opowiada o panu – zaskoczył mnie tą nagłą zmianą tematu.

– No tak. Mogłem się tego spodziewać.

– Zrobił pan na niej piorunujące wrażenie. Mam tylko nadzieję, że świadomy jest pan konsekwencji.

– Jakich?

– No wie pan. Rozwód. Ponowny ślub, dwójka przysposobionych dzieci pod opieką. To nie są przelewki.

– Nie, nie. To nie dla mnie – wzbraniająco poruszyłem rozcapierzonymi palcami dłoni uniesionej do pionu. – Przynajmniej na razie. Skoro jednak już jesteśmy przy tej kwestii. Jeśli mogę zapytać: układa pan sobie jakoś sprawy z żoną?

– Jak wcześniej panu wspominałem, że umówiła się ze mną. Jesteśmy po rozmowie. Trochę mi opowiedziała o sobie. Stawia ją to w zupełnie innym świetle niż byłem tego świadom na początku.

– Zrozumiałe. Cieszę się, że wszystko jest na dobrej drodze.

– Mam nadzieję, że na dobrej.

– Może uda mi się trochę państwu w tym pomóc.

– Już i tak pan dla nas wiele zrobił – sięgnąłem ponownie do szafy pancernej. Tym razem wydobyłem z niej błękitną kopertę z polskimi znaczkami i jakimiś zapisami w tym języku, których nie rozumiałem. Podałem mu nad kotem.

– Co to jest?

– Pańska żona została zmuszona szantażem do współpracy. Wie pan o tym?

– Tak. Wspominała mi, że jak ją Gruber odwoził do domu… Wie pan, z tym płaszczem – upewnił się. – To przez kratę furtki pokazał coś co spowodowało, że go zaczęła słuchać, coś o czym mi dokładnie jeszcze nie mówiła, ale obiecała, że to zrobi.

– Wierzę jej. A mówiła jak to było jak ich pan przyłapał?

– Owszem. Wprowadziła go do mego gabinetu. On zrobił swoje, ale mając ją w garści postanowił to niecnie wykorzystać. Zaczął się do niej dobierać akurat wtedy gdy wszedłem – zawiesił głos na chwilę, a ja wierząc, że ma coś jeszcze ważnego do dodania nie przerywałem. Cały czas obracał kopertę w rękach – Do niczego wtedy nie doszło. Co to jest?

– Niech pan otworzy. To jest przyczyna tego szantażu. – Zajrzał ostrożnie do środka i wysunął dokumenty. Pobieżnie przyjrzał się nagłówkom i spojrzał na mnie wzorkiem, który zdaje się, że można byłoby przypisać pewnemu mało rozgarniętemu zwierzakowi z rogami.

– Skąd pan to ma?

– Po tym jak rozmawialiśmy w Capitolu postanowiłem przespacerować się jeszcze raz do mieszkania Grubera. Miał to schowane za trzcinową makatką zawieszoną nad łóżkiem. Mówiłem panu, że coś mi nie pasowało w jej relacji z tym pajacem. Była za mało zaangażowana więc pomyślałem,, że gdzieś tu musi być drugie dno. Szantaż to pierwsze wpadło mi do głowy. To był trochę strzał na ślepo, ale okazało się, że celny. Miałem fart. Gruber po spotkaniu z pańską żoną nie miał okazji zwrócić tych papierów Polakom, którzy mu je dostarczyli. Zdaje się, że to jego właśnie oczekiwali u świętego Marcina jak się tam pojawiłem. Nie mogę zagwarantować, że to są oryginały, ale mając je w ręku będzie pan w stanie wykorzystać to tak, aby panu nie zaszkodziły.

– Nie wiem co powiedzieć – próbował zachować zimną krew, ale ewidentnie mu się to nie udawało.

– Nie ma potrzeby aby pan mówił cokolwiek.

Uścisnął mocno moją prawicę i niemal wybiegł na zewnątrz. Nie zatrzymywałem go już niczym innym. Miał prawo do własnego szczęścia, które zdaje się, że właśnie otworzyło przed nim jakieś dodatkowe drzwi.

<< Przejdź do rozdziału 8; Przejdź do rozdziału 10 >>

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.