Kłamałem… – 10

10.

Nadal było ciemno. Tyle wiedziałem. Gdzieś w okolicy ktoś zapalił jakąś lampę. To też wiedziałem. Jednak to było wszystko co byłem w stanie zarejestrować. Leżałem na czymś mokrym. Dodatkowo było mi zimno. Dostałem dreszczy. Coś mnie też uwierało w szyję, ale nie byłem w stanie tego odgonić ani się tam podrapać. Ktoś mną poruszył, podniósł głowę, opuścił, popychał tors to w prawo, to w lewo, jakby mnie czymś owijał. Jakiś głos rozkazująco kazał coś przynieść. Okryło mnie coś miękkiego i ciepłego. Próbowałem otworzyć oczy, ale okazało się to ponad moje siły. Ktoś mi położył coś miękkiego na czole i przycisnął.

– Panie Wilhelmie. Słyszy mnie pan? – właściciela głosu nie rozpoznałem.

– Yhymmm – próbowałem coś powiedzieć, ale język stanął kołkiem w gębie. Mogłem nim przerzucać na lewo i prawo, ale z równym skutkiem mógłby być zrobiony z betonu. Miałbym z niego taki sam pożytek jak z wywrotki gruzu.

– Jestem Rupert Schade. Przysłał mnie Obersturmbannführer Günther[1]. Już do pana jedzie.

– Yhmmmm – nadal nie byłem w stanie używać aparatu mowy. Trochę mnie to wyprowadzało z równowagi.

– Niech się pan nie denerwuje. Musieliśmy podać środek znieczulający aby zeszyć ranę na czole. Powinien za jakiś moment puścić.

– Ghymymghymmm…

– Jeśli dalej boli, niech mnie pan ściśnie za rękę. Damy kolejną dawkę. – Nie ścisnąłem bo mnie nie bolało. Chciałem mu tylko powiedzieć, żeby mi mowę wrócił, ale leżało to poza moimi możliwościami. – Przeniesiemy pana na nosze i przykryjemy jeszcze jednym kocem. Powinno być ciepło. Musimy poczekać na karetkę. Jedna pojechała, a druga zaraz będzie.

Jakieś ręce, których nie widziałem, uniosły mnie do góry i położyły na podsuniętych noszach. Zatrzeszczał napinany moim ciężarem brezent. Inne dłonie przykryły mnie włochatą materią, śmierdzącą długą obecnością w wojskowym magazynie. Ktoś, podpierając głowę od tyłu, podał mi wojskową manierkę. Szkoda, że nie mieli tam nic mocniejszego bo woda smakowała aluminium i sparciałą gumą. Mimo to wypiłem łapczywie choć trochę rozlało się po brodzie. Opadłem na brezent i znów odpłynąłem w ciemność.

– Budzi się! – Usłyszałem gdy wróciła mi jaźń. Otworzyłem oczy. Tym razem obyło się bez fajerwerków. Wisiała nade mną pokancerowana twarz SS-Obersturmbannführera Günthera. Zamknąłem na moment powieki, ale po otwarciu nadal tam była.

– Jestem w piekle? – wysapałem z trudem trącając zdrętwiałym językiem twarde wargi.

– Chciałbyś. Ale wiele nie brakowało – usiadł na swoim grubym płaszczu koło mnie na trawie. Nadal musiałem leżeć na noszach bo wysokie źdźbła falowały niemrawo wokoło nas. – Jak się czujesz?

– Jakby mnie rozjechała ciężarówka. Co się działo?

– Strzelałeś do Bilkego.

– Trafiłem?

– Prawie. Skroń ma osmaloną, skórę rozerwaną, ale przeżyje.

– Spudłowałem z takiej odległości? – zdziwiłem się. – Będę musiał poćwiczyć – zmartwiłem się.

– Tuż przed tym zarobiłeś kulkę od jednego z tych młodych chojraków. To by cię trochę tłumaczyło.

– Gdybyście ich zatrzymali wcześniej to tu bym wszystko załatwił jak trzeba po swojemu.

– Też się ich nie spodziewaliśmy.

– Musieliście czekać tak długo jak już przyjechali?

– Kazałem chłopakom zebrać możliwie dużo materiału.

– Tylko czemu moim kosztem? Zebrali chociaż?

– Aż nadto.

– Więc dlaczego to mnie boli? Ech, z wami wchodzić w konszachty. Już mamusia mnie przestrzegała…

– Nie przesadzaj.

– Obiecuję. Będę grzeczny – dźwignąłem się na łokciach. Ogólny obraz trochę zafalował, ale po chwili wrócił do normy i mogłem się wpatrywać w rozlewającą się nad miastem pomarańczową łunę. – Co to za pożar?

– Płonie synagoga przy Anger Straβe[2].

– To chyba źle, co?

– Zależy jak dla kogo. Mnie tam to akurat na rękę – uniósł się do pionu i podał mi jednego ze swoich nędznych papierosów. Przyjąłem, ale śmierdział tak jakbym próbował ssać bobrzy ogon. Wyrzuciłem kikuta w dal, gdzie zgasł z sykiem ginąc w mokrej trawie. Usiadłem z jego pomocą. Świat na moment zawirował ale zdołałem nad tym jakoś zapanować.

– Przyznał się chociaż tak jak chcieliście?

– Tak.

– Co ze mną teraz będzie? – wpatrywaliśmy się w niezwykłe widowisko.

– Zawarliśmy układ. Ja się z niego wywiążę, choć przyznam, że nie bardzo mi to pasuje. Zwarzywszy na tamto – wskazał na rozlewające się nad miastem krwawe kolory pożaru.

– Mam się zabierać z Breslau?

– Nie sądzę. Ode mnie nikt się nie dowie o twojej roli w tym przedstawieniu.

– A oni? – wskazałem na mały tłumek skutych rzezimieszków Bilkego siedzących pod piaskowcem najbliższej podpory mostu kolejowego. Kilku mundurowych pilnowało ich ich własną bronią. Tylko palacz gdzieś się zawieruszył.

– Wyślemy to stadko daleko, gdzie będą mieli na tyle ciekawych zajęć, żeby o tym nie pamiętać.

– Chyba wypadało abym panu podziękował.

– Nie musisz. Jesteśmy kwita. Za tą aferę z Baldem musiałem się jakoś zrewanżować – wykonał jakiś ruch ustami jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale blizny go zniwelowały i wyszedł z tego jakiś pokraczny grymas. Wstał.

– Czyli jak teraz wpadnę na jakiś idiotyczny pomysł aby strzelać do któregoś z pańskich kamratów w brunatnych mundurach to będzie pan mnie ścigał?

– Zdaje się, że nie będę miał wyjścia – przyznał ze smutkiem rozcierając obcasem niedopałek na mokrej trawie.

Schade![3]

– Jeśli można coś doradzić to sugerowałbym mimo wszystko rozejrzeć się za jakimś innym zajęciem. Może nawet w jakimś przyjaźniejszym kraju.

– Kiedy tu mi się strasznie podoba. – Spojrzał i pokręcił głową jakby nie mógł uwierzyć w moje słowa.

– Kiedyś wpakujesz się w takie kłopoty, z których nie będziesz się w stanie wykaraskać. Nikt ci wtedy nie pomoże.

– Przywykłem radzić sobie sam z takimi sprawami.

– Właśnie widziałem. Dziura w płaszczu, dziura na wylot w ramieniu, łeb obity, rozcięta skroń. – Wsunął dłonie w kieszenie płaszcza. – Ciesz się, że te gówniarze strzelać nie potrafią. Jakby cię nafaszerowali kulami to by nie było tak wesoło.

– Nerki mnie bolą.

– I jeszcze nerki – kolejny raz spojrzał na mnie z politowaniem. – Coś ci chyba nie idzie w tym zawodzie.

– Przesadza pan. Parę sukcesów jednak miałem.

– Nie wiem. Nie czytałem twoich akt aż tak dokładnie – podszedł do niego jakiś facet w białym kitlu. Szeptali coś na ucho przez moment. Günther skinął w bok głową i posłusznie przytruchtało do nas dwóch noszowych z Bilkem by zaraz oddalić się w kierunku wojskowej sanitarki, która zajechała kawałek dalej. – Będzie pan zeznawał jakbym tego potrzebował? – wrócił do tematu.

– A będę musiał?

– Nie sądzę. Materiału mam dość, ale jakby się ktoś za nim wstawił to bym potrzebował wsparcia od kogoś wiarygodnego.

– Zastanowię się. Co z nim będzie?

– Czapy pewnie nie dostanie, choć będę się starał, ale świat przez kraty będzie jakiś czas oglądał. Dobrze to wykombinowałeś z Rassenschande. Musimy się pozbyć z naszych szeregów tych co to wyznaczonych zasad nie przestrzegają.

– Ja myślę. Już na koniec czerwca w trzydziestym czwartym zaczęliście[4].

– Teraz będzie trzeba dokończyć.

– Trzymajcie go z daleka od Breslau.

– Da się zrobić.

– A co będzie z Kllinerami?

– Tak jak się umawialiśmy. Sprzedamy ich sklep. Po cenie rynkowej i dostaną tyle, żeby im nie zabrakło przez jakiś czas. Taki mój mały ukłon w twoją stronę. Choć nie powinienem.

– Bądź co bądź bez ich zeznań nie mielibyście zbyt wiele na Bilkego.

– Możemy więc uznać, że mamy wobec nich jakiś niewielki dług wdzięczności.

– A paszporty? Wydacie im?

– Wsunąłem ci je do kieszeni płaszcza jak spałeś. Mogą jechać choćby jutro.

– Dziękuję – spojrzałem jeszcze raz na płonące niebo wsłuchując się w nikłe wycie syren by w końcu opaść na nosze. Obserwował mnie z wysokości.

– Robisz się stanowczo zbyt miłosierny.

– Codziennie trzeba być coraz lepszym człowiekiem.

– Lepiej nie kłam już więcej.

– Postaram się – wybełkotałem zamykając oczy. Dziś było mi już wszystko jedno.

© Andrzej Szynkiewicz; Styczeń 2015 – Styczeń 2016

linia_1

<< Przejdź do rozdziału 9

Możliwość komentowania jest wyłączona.