Od dawna chciałem to zrobić – 4

4.

Wyrwawszy się z dudniących objęć parcianej harmonii wiszącej między wagonami przebiegłem przez korytarz drugiej klasy, która stała na mej drodze do gaśnicy. Wywołałem tym niemałe zgorszenie wśród jadących podróżnych, szczególnie tej starszej, żeńskiej części. Dalej był restauracyjny. Po krótkiej szarpaninie z drzwiami w przejściu międzywagonowym wpadłem do krótkiego korytarzyka biegnącego wzdłuż kuchni. Kopniakiem rozgoniłem niewielkie, dwuskrzydłowe, wahadłowe przegrody rodem z westernowego salonu i dałem nura między stoliki wyłożone białymi, wykrochmalonymi obrusami. Poustawiane na nich lampioniki z niewielkimi, papierowymi abażurami był zapalone, co dawało wrażenie wieczoru. Tym bardziej, że za przesłoniętymi filigranowymi zazdrostkami oknami gromadzące się chmury skutecznie zasłaniały słońce. Wyminąłem kelnera niosącego tacę z parującym półmiskiem pieczeni ze śliwką nurkując pod jego ramieniem. Byłbym prawie wylądował płasko na podłodze, ale wsparłszy się o udo kobiety pałaszującej sałatkę odbiłem do pionu i pognałem dalej. Coś za mną spadło z brzękiem tłuczonego szkła, ale kompletnie się tym nie przejąłem. Byłem już w przedsionku jedynki. Nie tym co trzeba. Pozostało mi pokonać korytarz z dywanem. Gdzieś w połowie drogi potknąłem się o zawinięty fragment i rąbnąłem jak długi dudniąc głośniej niż zwrotnice pod podłogą. W przedziale, na wysokości którego wylądowałem, uchyliła się zasłona i pojawiła się uśmiechnięta buzia chłopca. Tego co to wcześniej zadawał swojej opiekunce trudne pytania. Poskładałem się w całość i pobiegłem dalej.

W najważniejszym przedsionku tego pociągu wsunąłem dłoń za gaśnicę. Niestety przestrzeń była pusta. Zdjąłem ją z obejmy dla pewności, ale nic to nie dało. Koperta nie chciała się zmaterializować. W zasadzie wcale mnie to nie zaskoczyło. Odwiesiłem gaśnicę na miejsce, przypiąłem paskiem i ruszyłem powoli w kierunku przedziału jaki zajmowaliśmy uprzednio. Stanąłem przy oknie i zapaliłem papierosa gapiąc się bezmyślnie w mijane krajobrazy. Nie wiem ile tak stałem. Mogło to być nawet z dziesięć minut. Kompletnie się wyłączyłem. Nie docierały do mnie żadne bodźce zewnętrzne. Było w tym wszystkim coś co mi nie chciało dać spokoju. Ale nie wiedziałem jeszcze co to było.

W pewnym momencie poczułem szarpanie. Przyssało się do rękawa mojej marynarki i nie chciało przestać. Okazało się, że to ów chłopczyk o kręconych czarnych lokach.

– Tak? – Odwróciłem się do niego, a on bez słowa wręczył mi trzymaną w lewej ręce szara kopertę wielkości szkolnego zeszytu. Otworzyłem ją i zajrzałem do środka. Było w niej kilka kartek. Wysunąłem je. Okazały się być zdjęciami. Pozował na nich Lennard z jakąś ciemnowłosą pięknością. Nago. Ona zresztą też nie miała za dużo materiału na swoim apetycznym ciele. Jedno z nich przedstawiało ją z wydatnym brzuchem ciąży. Kolejne wykonano jej już z małym dzieckiem na ręku. Zdziwiłem się, ale spomiędzy zdjęć wysunęła się niewielka kartka cienkiego, kratkowanego papieru. Ktoś odręcznie napisał na niej ołówkiem trzy zdania:

Wracaj łapsie do Breslau. Czekaj instrukcji. To jeszcze nie koniec zabawy.

– Kto ci to dał?

– Taki pan co właśnie wysiadł.

– Właśnie wysiadł? – Zdziwiłem się

– No. Na tej samej stacji co pan też wysiadł. Jak ona się nazywała? – Spojrzał na mnie swymi wielkimi, ciemnymi oczami.

– Brieg. Jechał z tobą w przedziale? – Próbowałem cokolwiek z niego wydobyć.

– Trochę.

– Jak „trochę”? – Zdziwiłem się, bo trudno było mi sobie wyobrazić kogokolwiek jadącego tylko „trochę” w pociągu.

– No bo jechał, ale wysiadł.

– Acha. – Przekonał mnie do swojego punktu widzenia. – A twoja mama to gdzie?

– Została z dziadkiem w Breslau. Ma jakąś ważną sprawę do załatwienia. Obiecałem, że będę grzeczny i zgodziła się żebym z nianią pojechał na wycieczkę. Bo wie pan, ja bardzo lubię pociągi.

– Rozumiem. – Podeszła do nas starsza pani w szarej, prostej sukience bez żadnych ozdób. Jedynie siwe włosy upięte w kok miały jakąś kolorową wsuwkę. Uśmiechnęła się skromnie i pogładziła chłopca po włosach. Zidentyfikowałem ją jako jego opiekunkę, którą widziałem wcześniej, zdaje się, że jeszcze na peronie w Breslau.

– Nie przeszkadzasz panu? – Bardziej zadała pytanie mnie, niż jemu.

– Skąd. To bardzo miły, młody człowiek.

– Strasznie żywotny. Nie mogę za nim nadążyć. I jeszcze te pociągi. Zadaje mnóstwo pytań, na które nie znam odpowiedzi. Rozumie pan?

– Doskonale rozumiem. Sam w jego wieku też taki byłem i zadawałem zbyt trudne dla mego ojca pytania. Mówi, że jechał z wami jakiś pan co dał mu kopertę dla mnie. Powie mi pani coś więcej?

– No jechał z nami, ale już wysiadł.

– Przedstawiał się jakoś?

– Nie. Całą drogę czytał gazetę.

– A gdzie wsiadł?

– Wsiadał razem z nami w Breslau.

– Dał małemu kopertę dla mnie. Nie zareagowała pani?

– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Ale Karol biegał chwilę po korytarzu więc nie miałam go stale na oku.

– Czyli nic pani nie wie co to za koperta była?

– Nie.

– A ty Karolu powiesz mi coś na temat tego pana? – Zwróciłem się do niego przybierając najbardziej dobroduszny wyraz twarzy na jaki byłem w stanie się zdobyć.

– Tak. Że już wysiadł.

– To już wiem. A jak wyglądał? Wysoki był? Niski?

– Wysoki.

– Okulary miał? Wąsy? Brodę?

– Brodę.

– A płaszcz jakiś? Marynarkę?

– Miał.

– A kolor pamiętasz?

– Jasny.

– A coś więcej? Miał coś ze sobą?

– Nie. Nic nie miał.

– Co pan tak go wypytujesz? – Wtrąciła się mamka wyrażając zniesmaczenie złowrogim zmarszczeniem czoła.

– Dał mi coś co może mieć związek z przestępstwem.

– A idź pan. Dziecko w przestępstwa wplątywać. – Oburzyła się. – Chodź Karolu. Zaraz będziemy wysiadać. – Ujęła rękę chłopca i pociągnęła go w kierunku przedziału. Jeżeli miałem ochotę zadać jeszcze jakieś pytanie to mnie skutecznie odwiodła od tego pomysłu wzrokiem jakim rzuciła na odchodne przez ramię. Było to coś jakby sęp wpatrujący się w biegającą jeszcze po lesie sarnę oczekując aż stanie się padliną. Zostałem sam.

Z zamyślenia wyrwało mnie przeciążenie i pochyliłem się lekko aby je zniwelować. Hamowaliśmy. Trzymaną wciąż w ręce kopertę obróciłem dokładnie ją oglądając. W jednym z rogów miała ślad po znaczku, który ktoś oderwał. Pozostał tylko klej i skrawek pieczęci pocztowej. Udało mi się odcyfrować jedynie kawałek nazwy. „PASS…”. Dziwne. Nie miałem czasu na dalsze rozmyślania, bo pociąg przetoczył się po moście nad Oder[1] i po chwili wjechał pod wiatę peronu w Oppeln. Wysiadłem. Czekała mnie podróż powrotna, w czasie której akurat możliwości na rozmyślanie mi nie zabraknie.

<< Przejdź do rozdziału 3; Przejdź do rozdziału 5 >>

linia_1

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *