Kłamałem… – 3

3.

Dzień po zamachu Grynszpana[1] mogłem ostatecznie wrócić do sprawy Klinnerów. Wszystkie inne zlecenia zakończyłem z lepszym lub gorszym skutkiem więc miałem teraz na to czas. Radio nie nadawało niczego innego. Ciągle mówiono o tym co się stało w Paryżu i jaki to bestialski atak na Niemcy. Gdyby część z nas sama sobie na takie coś nie zapracowała to można by było jeszcze tę całą nagonkę zrozumieć, ale wyglądało na to, że myślenie inne niż zgodne z jedyną dopuszczalną linią było wręcz karalne.

Wychodząc od siebie z bramy przy Scheitniger Straβe stanąłem na popękanych płytkach trotuaru. Było mokro i zimne krople deszczu wpadały za kołnierz. Ignorowałem je. Przeszedłem szybko na drugą stronę ulicy aby znów zostać zaatakowanym przez brzęczący dzwonek zamocowany na drzwiach sklepu Bilkego. Skrzywiłem się bo przyprawiał mnie o ból zębów. Twarz Strunza przeciął jakiś promyk uśmiechu gdy zasiadłem na zielonej sofie.

– Pan w jakiej sprawie? Pani Grecie coś się nie spodobało? A może panu? – próbował przybrać dobrotliwy i wesoły wyraz twarzy, ale wyszło tak jakby ktoś go zmuszał do zaglądania do wnętrza szamba.

– Nie. Wszystko w porządku. Wołaj pan szefa. Mam tu paczkę do odebrania.

– Ach, faktycznie! – uradował się z nawrotu pamięci jakby co najmniej dostał miskę psiej karmy do wylizania. Mało brakowało aby zechciał kręcić ze szczęścia jakimś ogonkiem. Potruchtał schodkami na zaplecze i wrócił za moment z niewielkim pakunkiem fikuśnie obwiązanym różową wstążeczką.

Kroczył za nim Bilke z dłońmi wpuszczonymi w kieszenie spodni garnituru z wielbłądziej wełny. Starannie zawiązana pod szyją batystowa apaszka w kolorze połyskliwej wiśni doskonale komponowała się z wytwornymi trzewikami z krwisto czerwonej skóry jakie obłapiały jego wielkie stopy.

– Nie ma pan pojęcia jak wiele mnie zachodu kosztowała ta pańska babka.

– To znaczy? – uniosłem brew udając zdziwienie, ale pozostałem na miejscu. Stanął przede mną na szeroko rozstawionych nogach.

– Żeby jej dogodzić musiałem towar ściągać aż z samego Wiednia.

– Nie ma pan pojęcia jak ja muszę się nagimnastykować, aby jej dogodzić – roześmiałem się śmiechem, który można by nazwać perlistym, gdyby był tylko odrobinę mniej fałszywy. – Coś czuję, że moglibyśmy się doskonale dogadywać panie Bilke. – Uśmiechnął się pod nosem.

– Skąd taka myśl?

– Przyszło mi do głowy, że nie bez przyczyny prowadzi pan sklep z takim, a nie innym asortymentem. Można powiedzieć, że łączy nas wspólne zamiłowanie do kobiecych kształtów.

– Coś w tym jest – usiadł koło mnie. Szczurek krzątał się gdzieś między regałami zostawiając nas samych. – Zapali pan?

– Z przyjemnością! – sięgnąłem do nadstawionej złotej papierośnicy ze skomplikowanym monogramem, w której pod gumką gościło kilka brązowych papierosów z czarnym szlaczkiem przy ustniku. Odniosłem wrażenie graniczące z pewnością, że to nie było monogram od jego imienia i nazwiska.

– Niech pan uważa, bo mocne.

Zaciągnąłem się aż mnie zakuło w dołku między piersiami. Z całych sił próbowałem nie dać tego po sobie poznać, ale faktycznie miały moc powalania całych armii. Można by nimi wygrać nie jedną bitwę bez konieczności wysyłania żołnierzy w pole. Wystarczyło je rozrzucić nad liniami wroga i sam by się wytruł. Na zakończenie trzeba by tylko wysłać kolumnę karawanów do pozbierania trupów.

– Ruskie? – spytałem powstrzymując się ostatkiem sił od kaszlnięcia.

– Tak – pomilczeliśmy moment co było zbawienne.

– Nie ma pan ochoty na coś mocniejszego? – odezwałem się ostrożnie. Z jego odpowiedzią wiązałem duże nadzieje.

– Jeszcze panu mało? – zdziwił się wyciągając z ust swojego papierosa aby mu się przyjrzeć z boku, tak jakby próbował zaleźć odpowiedź na pytanie czy oba zrobiono z tego samego gatunku tytoniu.

– Miałem na myśli raczej jakieś płyny. Muszę coś zjeść, a podkład nie byłby głupim pomysłem. Zapraszam pana na obiad – klepnąłem z energią podłokietnik kanapy. – Tu zaraz obok widziałem knajpkę. Co pan na to?

– A wie pan, że myślałem o tym samym – wstał prostując kanty nogawek. – Niech pan poczeka moment. – Strunz! – wrzasnął w kierunku zaplecza. – Gdzie żeś polazł?

Zasuszony pomagier wynurzył się z jakiejś nory i przybrał swoją pozę usłużnego szczurka ze zagiętymi w łokciach ramionami i splecionymi na mostku dłońmi. Przestraszyłem się, że czołem trafi między stopy Bilkego, tak się rozhuśtał w służalczych pokłonach.

– Słucham pana?

– Przynieś mi mój płaszcz. Idę z panem… – odwrócił się do mnie – Jakże się pan, do cholery, nazywa?

– Knocke. Wilhelm.

– Idę z panem Knocke na obiad. Nie będzie mnie jakiś czas. Dasz sobie radę.

Wyszliśmy na ulicę mijając w drzwiach wysoką jejmość o palcach tak chudych, że nawet rosołu nie dało by się na nich ugotować bez dodawania czegoś bardziej soczystego. Poprowadziłem go pod Bociana. Widzący nas Heinrich uradował się nieco zbyt sztucznie i skierował do boksu odgrodzonego od reszty sali drewnianym przepierzeniem kończącym się powyżej mojej głowy ażurową kratką. Zasiedliśmy, a on odebrał od nas płaszcze i kapelusze obiecując przybyć zaraz skompletować zamówienie.

– Panie Heinrichu. Jak już pan będziesz wracał to przynieś pan wódki. Tylko chłodnej – pogroziłem teatralnie palcem. – Nie tak jak ostatnio.

– Się wie panie Wilhelmie – podreptał tym swoim kaczym chodem na zaplecze.

Wrócił niosąc dwa zeszyty z kartą dań i tacę z dużymi stopkami, na górnych krawędziach których zbierały się niewielkie kropelki alkoholu. Zamówiliśmy po Breslauer Rotkraut[2]. Powinien pasować doskonale pod wódkę. Spojrzeliśmy po sobie z Bilkem i bez słowa wychyliliśmy kieliszki. Zawartość paliła w przełyk. Nie tak się umawialiśmy. Miałem nadzieję, że Schulmbach o tym nie zapomniał, inaczej mógłbym nie wytrzymać tempa, szczególnie, że Bilke nie wyglądał na takiego co to ma w zwyczaju zostawiać niedopite butelki na stole. Zamówiliśmy jeszcze jedną kolejkę.

– Jak idzie interes?

– Zawsze mogło być lepiej. Wie pan jak to jest. Jakbym produkował karabiny to bym miał zbyt zapewniony. Ale nie narzekam.

– Ja myślę. Babskich cycków się pan naogląda przez tydzień tyle co niejeden całe życie nie widział. – Roześmiał się pokazując dawno nie szczotkowane zęby.

– Trudno się z pańskim punktem widzenia nie zgodzić – przytaknął uprzejmie.

– A ten pański przydupas? Zawsze mi się wydawało, że takim asortymentem to babka powinna doradzać klientkom.

– To mój kuzyn. Ciągnie się za mną od Beuthen[3]. Bo ja stamtąd. Tylko, że tam ostatnio w ogóle żyć nie można. Tyle się tego żydowskiego tałatajstwa najechało. Dlatego przyjechałem tutaj.

– Nie potrzebuje pan wspólnika? – perskie oko jakim go obdarzyłem było najbardziej wypielęgnowanym perskim okiem jakie kiedykolwiek udało mi się zrobić.

– Może gdybym zakładał jakiś oddział w innej dzielnicy to tak, ale na razie jest mi dobrze z tym co mam. Praca nie za ciężka, przyjemna. – Skinąłem głową z uśmiechem na znak, że go rozumiem.

– A nie miał pan myśli aby niektóre z pańskich klientek zabrać na jakieś tańce? – Schulmbach przyniósł kolejne wódki. Wypiliśmy od razu. Tym razem dostałem wodę. Skrzywiłem się oczywiście w sposób może nieco przesadzony, ale dający gwarancję, że mój podstęp nie zostanie jeszcze przez jakiś czas wykryty.

– Myśli pan o jakichś konkretnych tańcach i jakiejś konkretnej kanjpie? – odpowiedział marszcząc czoło.

– Bo ja wiem? Mnie tam pląsy do szczęścia nie potrzebne – uśmiechnąłem się kącikiem ust. – Ja bym od razu przechodził do rzeczy. Nie ma pan pojęcia jaka ta Greta jest ruchliwa… – wymownie zawiesiłem głos.

– No to ma pan powód do zadowolenia.

– A żeby pan wiedział. Sama wymyśla czym by można sobie urozmaicić zabawy. Wie pan co mam na myśli?

– Jasne – poruszył wąsem wydymając górną wargę. – To pańska żona?

– Coś pan, zgłupiał? Żebym ją jeszcze musiał utrzymywać? Nieczekanie. Ma często męża w delegacji w Berlinie to korzystam z jej uroków jak mogę.

– No proszę. – Pokiwał głową.

– Ostatnio wymyśliła, abym ją związał i wykorzystał jak ulicznicę. Da pan wiarę?

– Ciekawa propozycja. Ja bym się długo nie zastanawiał – znów ukazał krótkie zęby.

Na stół zajechała kapusta z kiełbasą i zajęliśmy się jedzeniem. Przywołałem Schulmbacha jeszcze z jedną kolejką. Znów dostałem jokera. Bilkemu oczka zaczynały się szklić, a to znaczyło, że zmierzałem w dobrą stronę.

– Mówi pan, żeby skorzystać? – zagadnąłem między jednym kęsem, a drugim.

– Jak panu kobieta sama takie zabawy wymyśla to trzeba korzystać. Co pan powie na stare lata wnukom? Żeś pan całe życie w łapciach przed kominkiem przesiedział?

– Ma pan rację. Tylko gdzie ja dostanę kajdanki? Albo jakiś bat?

– Na policję niech pan idzie. Będzie wesoło. – Zaryczeliśmy jakbyśmy sami zajmowali cały lokal i wszystko nam było wolno z tego tytułu. Paru gości odwróciło głowy, ale kompletnie to zignorowaliśmy.

– Niech pan się nie wygłupia. To poważna sprawa jest – udałem, że się smucę robiąc stosowną minę.

– Domyślam się. Dogodzić kobiecie to poważna sprawa.

– A co pan myślał?

– Ja? Ja myślę jak panu pomóc. Gorset pan już ode mnie ma. Pańska Greta ma gdzie oddech złapać więc trzeba kuć żelazo póki gorące – poważnie się zmartwił, albo przynajmniej tak to miało wyglądać.

– Jakbym znał jaki lupanar gdzie pokój z takim wyposażeniem można wynająć to bym się nawet pięciu minut nie zastanawiał. Ale z drugiej strony, może to jest jakiś pomysł na interes? Wchodzi pan?

Schulmbach przyniósł od razu po dwie stopki z rżniętego szkła, poustawiał starannie przed każdym z nas i zabrał opróżnione z jedzenia talerze. Od razu wypiliśmy po jednej. Na czoło Bilkego wystąpiły kropelki lekkiego potu. Otarł go ręką i wsparł na niej brodę.

– A co by pan powiedział jakbym zdołał panu wynająć taki apartament?

– Poważnie pan mówi?

– Najpoważniej.

– Nie wierzę – uśmiechnąłem się. – Od razu wiedziałem, że znajdziemy wspólny język – uniosłem szklaneczkę do góry. – Proszę mówić mi Willi. Będę zobowiązany.

Zum Wohl Herr Willi![4] – uniósł i swoją. Zderzyliśmy się nad środkiem stołu. Rozlał nieco na sztywny od krochmalu, biały obrus.

– Tylko bez Panie. Proszę mówić mi po imieniu.

– Dobrze więc. Jacob – podał mi dłoń nad stołem. – Tak mi matka dała – czknął głośno. Wypiliśmy. Zapiekło w przełyku, zrobiło się ciepło w całym ciele i poczułem mrowienie w dłoniach.

– A gdzie pan, pardąsik, gdzie masz ten apartament?

– A tu na górze – machnął chybotliwie dłonią nad głową co Schulmbach przyjął jako kolejne zamówienie. Po chwili pojawiła się przed nami kolejna czwórka szklanych żołnierzy. Bez odpowiedniego przygotowania bałbym się stanąć w szranki z moim oponentem. Musiał z niego być pierwszoligowy zawodnik.

– I masz odpowiednie wyposażenie? – upewniłem się.

– A pewnie! Jest wszystko co trzeba, a nawet więcej – wytarł wierzchem dłoni zmoczone śliną usta podsuwając rękaw ku górze. Na przedramieniu mignął jakiś błękitny tatuaż. Zdaje się w marynarskim stylu.

– Już się doczekać nie mogę. A to więcej to co to jest?

– Bo widzisz, jedna sprawa to odpowiednie akcesoria o jakich wspominała Greta. Druga to moje małe hobby. Lubię fotografować panie, które mam w łóżku. Nie koniecznie w tym co miały na sobie przychodząc.

– Masz aparat do takich zdjęć? – starałem się udawać zdumienie najlepiej jak potrafiłem.

– Pewnie – sięgnął chwiejnie po stopkę i strzelił nią w moją. Wypiłem. Bez efektów, ale przez tydzień będzie mi się odbijało samą wodą niczym jakiemuś karpiowi przed świętami.

– To musisz mieć i ciemnię. Przecież nie oddasz takiej kliszy do zakładu.

– Ciemni nie mam, ale mam zaufanego fotografa. – Musiałem się mocno wysilić aby zrozumieć co do mnie mówił. Zaczynał stosować pijacki szyfr.

– Niemożliwe.

– Wszystko jest możliwe jak się odpowiednio zapłaci.

– Coś o tym wiem. Zdradzisz gdzie ten zakład? Tak żeś mnie zachęcił, że nabrałem ochoty na kilka ujęć.

– Gräbschner Straβe 15[5]. Gość się nazywa Walter Kretschmer. Musisz gadać z nim osobiście. Jak powiesz, że jesteś ode mnie i jeszcze, że masz parę pejzaży wymagających specjalnej troski to będzie wiedział w czym rzecz. To pewny człowiek. Nie będzie robił odbitek dla siebie. Ma swoje własne źródła, ale lubi popatrzeć na ładne panie.

Genial![6] – uradowałem się, bo wiedziałem już jaki będzie mój następny ruch. – Napijmy się – sięgnąłem po ostatni kieliszek i wlałem sobie zawartość do środka. On zrobił to samo po czym opadł na oparcie krzesła z ramionami rozłożonymi szeroko na boki. Z kącika ust pociekła mu ślina i rozmazała się ciemną plamą na koszuli. Szturchnąłem go palcem ale nie zareagował. Podszedł do mnie Heinrich.

– Skończył się?

– Zdaje się, że tak. Pomożesz mi go zanieść na górę?

Ujęliśmy bezwładne ciało Bilkego pod pachy i powlekliśmy na zewnątrz. Niektóre głowy gości pokręciły się z dezaprobatą, ale tylko te, których właściciele nie byli w mundurach. Był dość ciężki więc czerwone trzewiki straciły swój połysk na noskach. Nie zdążyliśmy zostać wessani przez mrok bramy gdy przyfastrygował się do nas młodzian w mundurze SA z żółtymi patkami oklejonymi dwoma pionowymi paskami i w czarnym, skórzanym płaszczu. Brązowe czako zatknięte na czubku podłużnej, jajowatej głowy musiał zapiąć sobie pod brodą brązowym paskiem bo by mu się zsuwało przy każdym kroku.

– Co mu się stało? – zapytał głosem tak zdrapanym od nikotyny, że można by spokojnie się zakładać o to iż nie dożyje trzydziestki.

– Co cię to obchodzi? – Schulmbach warknął posapując przy każdym kroku.

– Pan Bilke jest SA-Obersturmführerem[7] i dowódcą w naszej Sturmbanne[8]. Mam prawo wiedzieć co się stało – bez słowa złapał w pół ciało swojego szefa i zmienił stękającego Heinricha. Zaczęły się schody więc z każdym krokiem było mu coraz trudniej. Mnie też ciążył okropnie więc dla odpoczynku posadziliśmy go na ostatnim stopniu przed półpiętrem. Młodzian musiał podtrzymać dłonią korpus bo by się biedaczek stoczył nam na sam dół.

– Popił odrobinkę za dużo. Każdemu może się zdarzyć. Nic wielkiego – roztarłem na czole warstewkę lepkiego potu i wsparłem się na filigranowo kutej poręczy. Koniecznie potrzebowałem czegoś chłodnego. Podszedłem do okna i otworzyłem je na oścież.

– Panowie poczekają tutaj to przyprowadzę chłopaków. Pomożemy.

– Dobra. Leć – zbiegł tłukąc podkówkami o drewniane stopnie i zniknął w ciemnościach. Nie pozostało nam nic innego jak chwilę postękać w milczeniu.

– Mam nadzieję, że nie będzie jutro zbyt wiele pamiętał – wysapałem z trudem łapiąc powietrze.

– Oby – Schulmbach był w stanie zdobyć się wyłącznie na tyle. Usiadł koło Bilkego.

Nie minęło pięć minut gdy w czeluści bramy załomotały podkute buty szturmowców. Było ich czterech. Wszyscy w mundurach, wszyscy z młodzieńczym meszkiem pod nosem, wszyscy z trądzikiem na twarzach. Żwawo zabrali się do roboty więc bez trudu wdrapaliśmy się na piętro. Wydobytymi z kieszeni poszkodowanego kluczami otworzyliśmy starannie odmalowane drzwi, przez które wchodziłem jakiś czas temu. Zanieśliśmy go do salonu i ułożyliśmy wygodnie na sofie. Któryś z chłopaków przyniósł miskę z chłodną wodą, inny z łazienki ręcznik. Zrobiono z niego okład, zdjęto też Bilkemu lekko już zszargane buty, rozpięto koszulę, a marynarka wylądowała z kapeluszem na fotelu obok. Chłopcy właśnie zaczęli się zastanawiać, czy nie powinien ktoś z nim zostać gdy biedaczek dał odpust swoim potrzebom i lekko poszatkowaną kapustą z kęsami kiełbasy zwymiotował wprost do miski z wodą, która upaprała starannie wypastowane wysokie buty wojskowego kroju. Dyskretnie wycofaliśmy się z Heinrichem na korytarz cicho zamykając za sobą drzwi. Szerokimi schodami zeszliśmy na półpiętro, przy którym odpoczywaliśmy w drodze na górę. Tym razem zapaliliśmy tu papierosy dym, wydmuchując na ciemne i ciche podwórze.

– Co myślisz o tym wszystkim? Wiesz już co się stało z panem Arielem? – Podałem mu ogień zyskując kilka chwil na zastanowienie.

– Co się z nim stało to ja się z grubsza domyślam, sęk w tym, że muszę to jeszcze udowodnić, a to się może okazać nieco bardziej skomplikowane niż się z początku wydawało.

– Wiesz gdzie on jest?

– Tego jeszcze nie wiem, ale moim zdaniem lepiej się nie nastawiać na to, że będzie jeszcze okazja napić się z nim jeszcze wina czy herbaty – moje słowa przerwał ten sam chłopak, który zaczepił nas wcześniej. Wyszedł na korytarz, zszedł do okna i po chwil bezczelnie rozsiadł się pośladkami na szerokim parapecie. Dłoń z wsuniętym między palce papierosem wycelował we mnie:

– Ja pana znam. Pan jesteś detektyw – splunął wprost pod moje nogi zielonkawą flegmą z niewielkimi bąbelkami białej śliny. – Prywatny. I na dodatek nie należysz pan do naszej partii. Lepiej żeby się nie okazało, że wykorzystałeś pan naszego kochanego Bilkego do jakichś swoich brudnych gierek. Dobierzemy się do pana. Jeśli nie partia to na pewno my z chłopakami. Możesz pan być tego pewien – zdaje się, że starał się być groźny i ważniejszy niż całe szefostwo miejscowego gau[9].

<< Przejdź do rozdziału 2; Przejdź do rozdziału 4 >>

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.