Raport tendencji – 8

8.

Łamiąc wszystkie możliwe przepisy popędziliśmy przez Königs i Blücher Platz[1]. Wyjeżdżając na Reusche Straβe[2] obtrąbiłem maszerującą z pochodniami kolumnę brunatnych S.A.-manów. Rycząc na całą okolicę śpiewali tę ich idiotyczną przyśpiewkę Wessela[3]. Tuż obok jakieś młokosy malowały szerokim ławkowcem gwiazdę Dawida na witrynie sklepu z maszynami do szycia Gottsteina. Zignorowałem to i pognałem pod kamienicę, w której mieszkał Covalus. Häscher nie odezwał się do mnie ani słowem. Wyraźnie podobała mu się taka szybka jazda. W jej trakcie z pięć razy sklęto nas do żywego, a jakaś ochlapana brudną kałużą z rynsztoka przekupa obdarzyła tylną szybę roztrzaskanym jajkiem. Ewidentnie przesadziłem z atrakcjami gdy wypadając na Schloβ Straβe[4] omal nie rozbiliśmy się o czoło nadjeżdżającej dziewiątki Po lewej jakiś łobuz zapaskudził witrynę sklepu z hamburską porcelaną wizerunkiem szubienicy dźwigającej napis Jude. Mój pasażer jęknął coś pod nosem. Kątem oka spojrzałem na jego twarz. Cieszył się jak dziecko z nowej zabawki. Dzwonienie motorniczego nie zdążyło umilknąć gdy przez ryk silnika usłyszeliśmy huk wystrzałów. Z jęczeniem opon zatrzymałem wóz przy skrzynce pocztowej przypominającej iglicę wieży kościelnej, która stała naprzeciw wejścia do bramy. Wyskoczyłem na mokry bruk wydobywając pistolet spod płaszcza, ale zanim wpadłem w czeluść klatki schodowej odwróciłem się i wydałem rozkazy:

– Czekaj tu na dole, złap i zatrzymaj do przybycia policji każdego kto będzie złaził po murze. – Spojrzał na mnie jakbym co najmniej skrzywdził brzydkim słowem jego rodzoną matkę.

– Się wie szefie. Ale muszę powiedzieć, że takich akcji się po panu nie spodziewałem.

– Willi. Mam na imię Wilhelm. Nie spodziewają się. Zaskocz ich i wyperswaduj idiotyczne pomysły. – W odpowiedzi ponownie zatrzeszczały kostki palców. Zrobiło mi się zimno na karku więc ruszyłem w mrok bramy. Zdążyłem dostrzec tylko jak zakasuje rękawy i staje w rozkroku czekając na ewentualną zwierzynę. Błądząc palcami po gładkiej ścianie, po omacku szukałem przełącznika światła. Kosztowało by to zbyt wiele czasu, więc zrezygnowałem i ruszyłem po chodach rozświetlanych jedynie bladą poświatą lampy włączonej gdzieś na podwórzu. Przykleiłem się do ściany i przesuwałem się ostrożnie w górę. Zanim dotarłem do piętra, na którym mieszkał Martin klatkę schodową rozsadziły cztery wystrzały. W końcu stanąłem pod znajomymi drzwiami. Przełamując strach przyłożyłem do nich ucho. Ktoś coś do kogoś mówił, ale nie byłem w stanie rozróżnić słów. Naparłem na klamkę. Znów w środku ktoś do kogoś strzelał. Zamek trzymał jakby go zalano betonem. Niewiele się zastanawiając wziąłem dwa kroki rozpędu i trzasnąłem barkiem. Nie odpuściły. Twardy obcas również nie nakłonił ich do współpracy. Dopiero kula posłana tuż koło zamka wyrwała kawał deski i zasypała podest piętra tumanem brązowego kurzu. Sąsiad z lokalu obok niepewnie wystawił na klatkę schodową swoje wyłupiaste ślepia. Dostrzegł trzymany przeze mnie pistolet i próbował wrócić do mieszkania.

– Niech się pan schowa. Zaraz tu będą mundurowi. – Rzuciłem przez ramie wbiegając do środka. Minąłem niewielką poczekalnię i będąc mniej więcej w połowie korytarza ryknąłem na całe gardło: – Covalus! To ja Willi! Żyjesz? – Dopadłem do przejścia prowadzącego do biura, przeskoczyłem przez nie rzucając okiem do wnętrza i przywarłem do przeciwległej ściany.

– Żyjesz? – Powtórzyłem.

– Ta. Jednego dziabnąłem. – Jego głos dobiegał gdzieś z głębi, po prawej stronie.

– Zuch chłopak. Gdzie jest drugi?

– Przy oknie. Za biurkiem zdaje się.

Odważyłem się wyjrzeć za załom muru. Gruchnął strzał i nad moją głową odłamał się gruby kęs ściany. Siwy pył osypał mi się za kołnierz i zatrzeszczał między zębami. Gardło momentalnie stało się suche jak Kalahari[5], a tyłek ze strachu zmarszczył mi się niczym nos królika.

– Ty gnoju. – Wywarczałem raczej do siebie bo adresat z pewnością tego nie słyszał. Zaryzykowałem i rzuciłem się do przodu aby dopaść do wywróconego fotela leżącego już w pomieszczeniu. Ta osłona była najbliżej mnie. Liczyłem też na odrobinę zaskoczenia. Wypaliłem z kolana dwa razy w kierunku stopy wystającej zza biurka. Krzywdy jej nie zrobiłem, ale udało mi się bez uszczerbku dotrzeć tam gdzie zaplanowałem. Kawałek dalej, przy drzwiach prowadzących do kuchni, tuż obok otwartej szafy gdańskiej, za masywną, wywróconą sofą, leżał rozpłaszczony na podłodze Covalus. Spojrzałem na niego. Nie wyglądał na uszkodzonego. Uniosłem lewą dłoń z trzema palcami ku górze. Lufą wskazałem po kolei każdy z nich dwa razy uderzając o ostatni. Pokiwał głową na znak zrozumienia mojego pomysłu. Odliczyłem więc zginając palce i po schowaniu trzeciego wyturlałem się zza oparcia. Martin rozpoczął ostrzał biurka. Coś z niego spadło na podłogę, ale stopy w jej dawnym miejscu nie dostrzegłem. Dla pewności posłałem jednak w tamtym kierunku kolejne dwie kule. Rozbiła się jakaś szyba i coś zadudniło. W magazynku zostały mi tylko dwa pociski. Czas było rozpocząć oszczędzanie. Za firanką mignął jakiś cień. Przyskoczyłem do masywnej ściany czołowej mebla i wyjrzałem ostrożnie. Nikogo za nim nie było. Tuż obok, pod parapetem, leżał Upust trzymający się za bark. Między palcami pyszniła mu się wielka, czerwona plama. Znak, że Covalus skutecznie wybił mu z głowy durne pomysły. Kopnąłem leżącego przed nim Lugera[6] z zamkiem odsuniętym po wystrzeleniu ostatniego pocisku. Lepiej żeby mu nic nowego nie przyszło na myśl. Wyjrzałem przez uchylone okno na zewnątrz. Tuż obok wisiała gruba, konopna lina. Falowała w rytm opuszczającego się po niej kierowcy. Zanim przestała dobiegł do mnie charakterystyczny dźwięk pięści uderzającej o policzek. Zdało mi się, że towarzyszył temu także odgłos pękającej szczęki i padającego na bruk ciała. W jednym się nie myliłem. W zalegającej ciemności, poprzez opadające płatki śniegu, dostrzegłem bladą plamę koszuli pochylającego się nad nim Häschera. Sprawdził puls przyłożywszy dwa palce do szyi leżącego i podniósł wzrok do góry. Podziękowałem mu kiwając głową. Z oddali dobiegały już jęki i błyski syren policyjnych. Uniesionym w górę kciukiem kazałem mu czekać na mundurowych, a sam wróciłem do wnętrza. Covalus stał za mną wpatrując się w leżącego u jego stóp Upusta i kopał go w kolano. Ten jęczał i syczał. W oczach miał zaczerwieniony strach. Zanim zdołałem zareagować mój przyjaciel zamachnął się i kolbą swojej broni wyłączył wizję swojemu niedoszłemu oprawcy. Znad oka spłynęła mu fala czerwieni.

– Coś ty mi dał za papiery?

– Zawsze mi się wydawało, że lubisz atrakcyjne wieczory.

– Bez przesady. Wolę atrakcje w towarzystwie jakiejś wystrzałowej blondynki niż to co mi zafundowałeś.

– Da się zrobić. Zaraz zadzwonię po jakieś luks panienki z aksamitnym, francuskim podniebieniem aby ci nieco ulżyć. – Poklepałem go po ramieniu upewniając się, że nadal jest w jednym kawałku po czym chwyciłem Upusta za kołnierz i podniosłem do pionu. Odzyskał przytomność, ale nadal był dość bezwładny Rzęził. Martin poukładał powywracane meble i z kuchni przyniósł gruby sznur. Zawiązałem go jak umiałem najlepiej na złączonych nadgarstkach rannego, a drugi koniec owinąłem dookoła stalowej nogi pieca kaflowego zajmującego narożnik pokoju. Wróciłem do okna. Skrzyżowanie na dole rozświetlały błysku reflektorów policyjnych. Ktoś chromowanym szperaczem umocowanym do słupka karoserii radiowozu omiatał fronty okolicznych kamienic. Nad leżącym Zwenigiem, wspierając się na lasce, pochylał się Gustav Knauer, oraz dwóch mundurowych i jakiś cywil. Zadowolony ze swojej roli Häscher wyszczerzał żeby w głupawym uśmiechu stojąc w pewnym oddaleniu na szeroko rozstawionych nogach. Wiedziałem już, że ten jego uśmiech zapamiętam na długo. Bochny pięści nadal miał zaciśnięte jakby w poszukiwaniu kolejnego dla nich zajęcia. Odczekałem aż mój szef wstanie i spytałem:

– Żyje?

– Jasne. – Knauer otrzepał kolana z brudu. – Dobra robota!

– Weźcie go i chodźcie na górę.

Po pięciu minutach wnętrze mieszkania Martina zapełniło się ludźmi. Knauer i Häscher zajęli sofę, Zweniga przypięliśmy kajdankami do liny zniewalającej Upusta, a policjanci trzeszcząc wypastowanymi trzewikami rozglądali się po pomieszczeniu w poszukiwaniu śladów po kulach jakie tu przelatywały. Jeden z nich, najobszerniejszy, przedstawił się jako Krimimaldirektor Spatz. Jego twarz była mi znajoma, ale nie mogłem sobie teraz przypomnieć skąd. Ledwo zresztą rozpoznałem wypowiadane przez niego nazwisko. Mówił bardzo niewyraźnie. Za taki stan rzeczy obarczyłem gruby kikut niezapalonego cygara zajmującego mu połowę ust.

– Będzie potrzebny ambulans? – Wymamrotał przyglądając się przywiązanym do pieca.

– Wytrzymają. – Odpowiedziałem. Spatz odesłał więc mundurowych na dół. Kazał im zdjąć wywieszoną przez okno na strychu linę i przynieść sobie jako dowód w sprawie. Z wdziękiem parkującego autobusu zasiadł w fotelu, który służył mi wcześniej za osłonę. Zdjął gumowany, służbowy płaszcz z gatunku tych jakie można było spotkać na motocykliście w dzisiejszą noc i zanurzył dłonie w kieszeniach marynarki w szare prążki. Pojawił się Covalus niosąc tacę ze szklankami i syfonem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że na nogach miał futrzane kapcie, które sprawiały, że na

– A nie masz czegoś dla ludzi po przejściach? – Spojrzałem na niego błagalnie.

– Mam. Zaraz będzie. – Znów zniknął w kuchni.

– Zaskoczył mnie pan tym swoim telefonem. Nie byłem pewny czy zdążymy. – Odezwał się Knauer.

– Proszę mi wierzyć, że mój mózg też mnie zaskoczył swoim rozumowaniem. – Odparowałem wesoło.

Covalus wrócił po chwili niosąc kwadratową butelkę opróżnioną w jednej czwartej z płynu w kolorze przesadzonej kobiecej opalenizny. Spojrzał każdemu z osobna w oczy i nalał do pięciu szklanek słuszną działkę. Spatz nie zdążył swojej zakryć tłustą dłonią.

– Musi pan teraz wypić. – Podsumowałem i umieściłem się za biurkiem. Odszukałem pod ścianą skołtuniony Raport Tendencji i rozłożyłem go przed sobą. Martin strzyknął sobie wody z syfonu do szklanki i wyjrzał na korytarz bo zaszurały tam czyjeś obcasy. Wrócił niosąc linę ze stalowym hakiem wielkości połowy sporego arbuza. Za nim wszedł jeden z mundurowych i nachylił się do ucha swojego przełożonego. Ten pokiwał głową.

– Niech jeden z was stanie przy drzwiach. Chce mieć tu spokój. Przywieźcie też jakiegoś speca aby je naprawił. A ty miej na nich oko. – Wskazał związanych kierowców zalegających wokoło pieca. Policjant wyszedł na moment na zewnątrz, poszeptał z oczekującymi tam kompanami i wrócił zajmując stanowisko w postawie zasadniczej przy korytarzyku, którym zdołałem się wturlać przed momentem. Zapanowała cisza a wszyscy zebrani wpatrywali się we mnie. Poczułem się jak nauczyciel na lekcji biologii, który w chłopięcej klasie ma za chwilę zacząć wykład o trudnych i ekscytujących sprawach damsko-męskich. Cała gromada w oczekiwaniu jakby mogła to by przebierała nogami.

– Rozumiem, że rozwiązał pan sprawę. – Zaczął Knauer pieszczotliwie zatapiając w dłoniach główkę laski.

– Sądzę, że tak. Czy to pan Kriminaldirektor Spatz prowadzi sprawę śmierci pana Rahmkego? – bardziej zwróciłem się do policjanta niż do mojego obecnego pracodawcy. Ten pierwszy pokiwał głową dla potwierdzenia.

– Doskonale. Nie będę musiał zatem wszystkiego opowiadać każdemu z osobna. Covalus jest też już z grubsza wprowadzony. Ale zacznijmy może od końca. Martin, powiedz nam co tu się wydarzyło.

– Zanim zabrałem się za analizę dla ciebie musiałem wykonać kilka telefonów. Zaschło mi od tego gadania w gardle więc uznałem, że miło będzie się napić czegoś dobrego na koniec dnia. Poszedłem po kieliszek do kuchni. Tak już mam, że Magda wszystkie kieliszki każe mi trzymać w kredensie, a że pojechała na tydzień do mamy to musiałem rodzić sobie sam.

– To dość zrozumiałe. Kobiety tak mają, że lubią mieć wszystko poukładane. Raport został na biurku? – Upewniłem się.

– Tak. Oczywiście. Mam tu wszystkie narzędzia do pracy. Ale zapomniałem syfonu więc wróciłem po niego. Jak wszedłem ze wszystkim na powrót to panowie byli już w środku.

– Musieli cię obserwować wisząc na linie za oknem albo stojąc na parapecie. Ciemno już. Mogłeś ich nie zauważyć.

– Najwidoczniej. No więc jak wróciłem to mnie poczęstowali kanonadą. Całe szczęście, że mam pistolet schowany w szafie koło drzwi bo by mnie z pewnością ułożyli do dłuższego snu pod jesionową kołderką.

– Całe szczęście. – Przytaknąłem.

– Jednego trafiłem. Drugi zwiał za okno jak jakaś pieprzona kozica z niestrawnością jakżeś tu wparował grzejąc z tej swojej armatki. Moim zdaniem biedaczek bardziej przestraszył się jednak twojej parszywej gęby.

– Patrz na swoją i uważaj bo taki sposób prowadzenia rozmowy ze mną niejednego już kosztował kilka zębów. – Pokazałem mu język i pogroziłem palcem. – A pan Spatz co o tym wszystkim myśli? Dlaczego Rahmke zginął? Możliwe, że to był wypadek? – Zwróciłem się do niego.

– Wszystko na to wskazuje. – Wysapał przypalając w końcu kikuta wetkniętego między popękane i suche wargi. Zapachniało stęchłymi liśćmi palonymi na wiosnę. Siedzący najbliżej Häscher skrzywił się z niesmakiem i wypalił:

– Jezu. Z czego to jest zrobione? Z tygodniowych gaci koniuszego? Chcesz pan nas wytruć?

– Przeżyje pan. – Spatz uciął dyskusję, a ja kontynuowałem swoją myśl.

– Otóż nie koniecznie to był wypadek.

– Jak to? – Uniósł się nieco swym wielkim cielskiem jakby lekko wyprowadzony z równowagi. Poprawił płaszcz pod tyłkiem i opadł z powrotem na siedzisko.

– Na początek trzeba by ocenić czy ktoś miał powód aby go zabijać.

– Nie znalazłem nikogo takiego.

– A ja owszem. A ponieważ nie znam zabójstwa bez przyczyny, to ta ścieżka wydaje się być sensowną aby nią podążyć.

– Ciekawe. Ciekawe. Sugeruje pan, że jest w swym fachu lepszy od policji kryminalnej?

– Nic takiego nie powiedziałem, ale biorąc pod uwagę skuteczność instytucji jaką pan reprezentuje to wszystko wydaje się być możliwe. Być może moje myśli poszły w kierunku, którego nie wzięliście panowie pod uwagę?

– Może pan jakoś rozwinąć te swoje przemądrzałe myśli? Strasznie pan wygadany, a jak na razie nic z tego nie wynika. – Popatrzył na mnie oczami, w których mógłbym utopić cały miot szczeniaków. Tyle tam było sympatii.

– Mam to po mamusi. Cofnijmy się zatem nieco w czasie. Panie Knauer, ma pan przy sobie ten list, o który pana prosiłem?

– Mam. – Sięgnął do kieszeni płaszcza i podał im pogniecioną kopertę z fioletowym znaczkiem z podobizną naszego umiłowanego wodza. Wyciągnąłem ze środka kartki i rozprostowałem na blacie.

– Nie będę wam całości czytał, streszczę tylko. Otóż jakiś tydzień przed śmiercią pan Rahmke napisał osobiście list do swojego szefa. List ten, na co wskazuje stempel, wysłany został z Hauptpost[7].

– Jakie to ma znaczenie? – Wtrącił Spatz.

– Zasadnicze. Po co wysyłał list pisany ręcznie, skoro miał sekretarkę i każdą korespondencję, zarówno tę oficjalną, jak i nie, przesyłał za jej pośrednictwem? Przepisaną na maszynie.

– No właśnie. To bez sensu. – Wzruszył ramionami.

– Wcale nie jeżeli chciał jego treść ukryć właśnie przed nią.

– Tylko w jakim celu?

– Najwyraźniej jej nie ufał. List zawierał bowiem informacje o podejrzeniach jakie pan Rahmke powziął wobec dwóch kierowców, zresztą obecnych tu z nami. – Rozpromieniłem się w ich kierunku. Moja twarz była niczym radosne słoneczko. Jedynie zamiast promieni wysunąłem w ich stronę oskarżycielski palec. – Rahmke domyślał się, że kradną paliwo. Aby to udowodnić opracował specjalny raport zbierający tendencje w spalaniu paliwa przez pojazdy. Tylko w ten sposób był w stanie dowieźć swojej tezy bo te wartości porównywać można jedynie w szerszym kontekście, z większej perspektywy wyłapując tendencje zmian. Dlatego sam poszedł na pocztę i tą drogą podzielił się swoimi podejrzeniami.

– No ale sekretarka przecież też mogła wysłać taki list nawet nie będąc wtajemniczoną w jego treść. Mógł przecież zakleić kopertę.

– Czy ja wiem? Musiał mieć powód, dla którego zrezygnował z jej pomocy. Po mojemu uważał, że ona także w tym procederze w jakiś sposób bierze udział.

– Tak pan sądzi?

– Nie! Ja to wiem. Ale za moment panowie też będą dysponowali tą wiedzą. Proszę mi tylko nie przeszkadzać. No więc wysłał ten list, w którym prosi pana Knauera o wizytę. Chciał w jej trakcie przedstawić swoje podejrzenia i podeprzeć je dowodami. Pan Knauer przejął się sprawą i postanowił odwiedzić oddział w Breslau. Niestety Rahmke w liście nie napisał, że podejrzewa też sekretarkę. Być może liczył na domyślność szefa, ale teraz to już tylko spekulacje. Dlatego telefon pana Knauera z informacją kiedy przyjeżdża i w jakim celu wywołał ciąg nieszczęśliwych zdarzeń. Oczywistym jest, że podejrzenia były prawdziwe. To nam daje bardzo elegancki motyw. Jak wiadomo, paliwo drogie, więc każdy litr, który nie trafiał do silnika mógł im przysporzyć całkiem spory, dodatkowy dochód. – Spatz chciał coś powiedzieć, ale przerwałem mu machnięciem dłoni. – Panna Anne-Marie odebrawszy ten telefon z centrali, z Berlina, przestraszyła się, że cała sprawa może wyjść na jaw. Słusznie. Bo Rahmke od jakiegoś czasu gromadził dowody w postaci notatek dotyczących spalania paliwa przez pojazdy w jego oddziale. Porównywał je ze sobą za pomocą „Raportu Tendencji”. Gdy okazało się, że bez względu na pojazd, największe spalanie mają ci dwaj panowie, nabrał pewności. Stąd list. Ten brulion zaś jest bardzo ważny bo dzięki niemu można udowodnić winę. Dokładnie w ten sam sposób myślały nasze dwa gołąbeczki. Aby wyjść cało z sytuacji i zachować możliwość działania na przyszłość trzeba było się do niego dostać przed przyjazdem pana Knauera i: albo go ukraść, ale wtedy sprawa byłaby dość oczywista, albo tak pozmieniać dokonane w nim zapisy, aby niczego nikomu nie można było udowodnić. Podejrzewam, że pierwszym krokiem była jakaś próba dobrania się do raportu przez Anne-Marie. Najwyraźniej nie zakończyła się powodzeniem. Dlatego postanowili działać nieco bardziej drastycznie. Uradzili więc, że najlepiej będzie włamać się do biura i nanieść stosowne poprawki do dokumentu. Ale jak tego dokonać, skoro Rahmke mieszkał tam niemal cały czas? Wpadli na pomysł imprezy urodzinowej Anne-Marie, na którą zaprosili wszystkich. Jestem przekonany, że ona szczególnie mocno nakłaniała szefa do tego wyjścia.

– To jej jeszcze nie wiąże ze sprawcami. – Spatz próbował moją teorię.

– Problem w tym, że pani Anne-Marie ma urodziny w maju. Dokładniej ostatniego dnia maja.

– I co z tego? Skąd pan to wie?

– Nie wydaje się panu dziwne, że ktoś organizuje przyjęcie urodzinowe jakieś sześć miesięcy później niż powinien? A skąd wiem? W dokumentach w biurze jest jej teczka osobowa. Sprawdziłem. Wracając do tematu. Organizują wyjście, w czasie którego, pod byle jakim pretekstem, panowie Upust i Zwenig urywają się wcześniej. Tak było? – Tym ostatnim pytaniem zwróciłem się do milczącego, delektującego się doskonałym trunkiem, Häschera.

– No jasne. Upust był pijany w sztok i Günther obiecał go odprowadzić do domu. Zataczał się i obijał o ściany.

– No więc mam rację. – Uśmiechnąłem się. – Za pomocą liny z hakiem wspięli się na balkon. Jeśli bym się miał założyć, to pewnie bym wygrał, ale sądzę, że posłużyli się tą tutaj. Zarzuciliście ją na barierę balkonu biura i wspieraliście się o rynnę wchodząc do góry. Zgadza się? – Zwróciłem się do leżących na podłodze kierowców. Upust splunął czerwoną śliną na dywan.

– No! Będę gnoju zmuszony obciążyć cię dodatkowo kosztami czyszczenia. – Covalus nie specjalnie darzył ich sympatią. W kontekście minionych wydarzeń trudno się było facetowi dziwić.

– A dlaczego włazili przez balkon, zamiast normalnie, drzwiami? – Knauer tym pytaniem dowiódł, że uważnie słuchał tego o czym mówiłem.

– To akurat dość proste. Rahmke zawsze wychodząc zamykał drzwi do swojego biura na klucz. Pan nie był pewny jak to wyglądał więc dokładnie przepytałem Burghardtów w tym względzie. Jego klucza nie byli w stanie ukraść, a że byli akrobatami to łatwiej im było wspiąć się na balkon. Oni kiedyś pracowali razem w cyrku Buscha[8], co podali w formularzu przy zatrudnieniu. Nie są jednak włamywaczami. Więc wybrali takie rozwiązanie, które pozwoliło im ominąć trudną do pokonania niedogodność. Chodziło tylko o to aby Rahmkego nie było w mieszkaniu. To im umożliwiło niepozostawienie żadnych śladów. Jakby ich nikt nie nakrył to tak by właśnie to wyglądało.

– Ale drzwi do balkonu też musieli wyłamać. – Spatz był jednak uparty.

– Wcale nie. Wycięli szybkę diamentowym nożem aby je otworzyć i wstawili nową po wyjściu.

– Sprytne. – Przyznał.

– Owszem. Nie wpadłbym na to gdyby w zamieszaniu po zabójstwie nie wykopali kawałka koca, którym Rahmke uszczelniał szparę pod drzwiami. Przykrył on okruszki kitu jakiego użyli przy wprawianiu wybitej szyby aby zatrzeć tym samym ślady. Żona pana Burghardta potwierdziła mi, że dawno tych szyb nie myła, a ta jedna nie tylko ma nowy kit, ale też i jest o wiele czystsza od pozostałych.

– Kim jest ta Burghardtowa? – Wtrącił się Spatz.

– To sprzątaczka. – Wyjaśniłem.

– Czyli jednak oni? – Knauer musiał się upewnić.

– Tak. Wleźli do biura i zaczęli poprawiać wpisy w „Raporcie Tendencji” aby nie było dowodów na ich proceder. Niestety Rahmke nie wytrzymał długo na imprezie i wrócił wcześniej niż planowano. Anne-Marie prawdopodobnie próbowała ich ostrzec dzwoniąc ale oni nie wiedzieli jak odebrać telefon w biurze, a do sekretariatu wyjść nie byli w stanie, bo drzwi były zamknięte na klucz. Na tym poprawianiu nakrył ich Rahmke. Zabili go więc i upozorowali wypadek.

– Ma pan na to jakiś konkretny dowód? – Spatz nadal nie bardzo był przekonany do tej wersji wydarzeń.

– Czy ich tutaj aktualna obecność nie jest dowodem na to, że przedstawiony przeze mnie ciąg kolejnych atrakcji jest prawdziwy?

– Ale konkretnego dowodu na to pan nie ma?

– Myślę, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że było jak mówię, ale ma pan rację. Nie było mnie tam więc nikogo ma gorącym uczynku nie złapałem. Macie jednak na Schweidnitzer Stadtgraben[9] kilku bardzo zdolnych spowiedników którzy gotowi będą obu panów nakłonić do współpracy. Poza tym oddaję w wasze ręce złodziei paliwa, którzy w dość niewątpliwy sposób próbowali zastrzelić pana Covalusa. – Wspomniany skrzywił się kwaśno nad swoją szklanką. – Czy samo to nie wystarczy aby im postawić ciężkie zarzuty? On nie jest kuloodporny.

– No to jak się tutaj znaleźli? – Policjant dopytywał się nieprzekonany.

– Proste. Pan Knauer mnie zatrudnił abym wyjaśnił sprawę. Gdy uznałem, że kluczowym okazał się być „Raport Tendencji” postanowiłem go oddać w ręce eksperta. – Wskazałem Covalusa, który właśnie uniósł się aby dolać każdemu kolejną, słuszną porcję z kwadratowej butelki. Poziom jej zawartości obniżył się niebezpiecznie. Widać była to strefa niemierzalna bo nikt na to nie zwrócił uwagi. –Zatelefonowałem po Martina aby przyszedł i mnie wsparł. Pech chciał, że zapomniałem mu powiedzieć, że z panem Knauerem uzgodniłem, że będę występował pod przybranym nazwiskiem, aby nie rozpoznano mojej profesji. W zasadzie to ta moja pomyłka wyszła całkiem na dobre.

– Jak to: na dobre? – Knauer zdziwił się marszcząc masywne czoło.

– Martin przyszedł jak mnie nie było. Byłem na obiedzie. Gaworzył wesoło z panną Anne-Marie. Wygadałeś się jej pewnie czym się zajmujesz, co? – Zwróciłem się wprost do niego tym ostatnim zdaniem.

– No. Przyznaję. Miał miejsce taki epizod. – Udał zmieszanie spuszczając oczy ku podłodze. – Jakie to ma teraz znaczenie?

– Ano ma. Ta rozbieżność pomiędzy imieniem pod jakim przedstawił mnie pan Knauer, a tym przedstawionym przez ciebie dała jej do myślenia. Zdradziła się z tym pytając mnie o pozwolenie wcześniejszego wyjścia. Wtedy posłużyła się moim prawdziwym imieniem, którego znać teoretycznie nie powinna. Ona nie jest głupiutka więc poskładała w całość dlaczego mogłeś zostać przeze mnie zaproszony. Jak jej jeszcze powiedziałeś, że przyszedłeś „do Willego” to była niemal w domu. Pewność jej dało to, jak zobaczyła nad czym się głowimy. Wszak „Raport Tendencji” leżał między nami otwarty na stronie z wypisanym wielkimi literami nazwiskiem Upusta. Trudno było tego nie zauważyć jak stawiała herbatę na stoliku. To ją tylko upewniło, że coś się święci i postanowiła działać.

– Zgadza się. Wyrwało mi się twoje imię, ale nie wiedziałem, że może jest ono okryte tajemnicą państwową. – Wydawał się faktycznie zmartwiony.

– Właśnie. Sprawdziła więc w Adressbuchu gdzie masz biuro i pozostało jej tylko przekazać obu panom gdzie mają się udać. Wymyśliła pretekst do wyjścia wcześniejszego z pracy bo nie wiedziała czy uda się jej ich znaleźć. Tak się złożyło, że akurat Upust przyjechał, a Zewnig jeszcze nie wyruszył. Powiedziała wszystko dokładnie co, gdzie i jak. Widziałem ten moment z balkonu. Minęło tylko kilka chwil zanim połapałem się w tym wszystkim i przypędziłem tutaj.

– Ładne mi kilka chwil. Byliby mnie rozwalili jak nic. – Covalus odzyskał dawny wigor.

– Po zabójstwie Rahmkego nie mieli już nic do stracenia i zdaje się, że woleli „Raport Tendencji” ukraść niż dać się złapać i posadzić za tamto. Musiałem jeszcze tylko zweryfikować czy dystrybutor na bazie podaje poprawne wartości. Masz szczęście, że przybyłem na czas.

– Nawet nie wiesz jak się z tego powodu cieszę wieśniaku. – Wyszczerzył swego krzywego kła.

– Widziałem, że od ciebie zawsze mogę liczyć na niezapomniane dowody wdzięczności. – Zwróciłem się do niego pustą szklanką po dolewkę. Sprawił mojemu oczekiwaniu zadość.

– Teraz tylko pozostaje jeszcze usłyszeć od ciebie co udało ci się ustalić.

– A tak. Faktycznie. Macie rację. Ktoś poprawiał niektóre cyfry. – Wywołany do odpowiedzi ożywił się – Te niewygodne dla siebie wydrapując. Najpewniej skalpelem.

– A nie żyletką? – Dopytywał się Knauer.

– Żyletką nie bo krawędzie dziur były by bardziej kanciaste i porozrywane. To zrobiono zaokrąglonym ostrzem lekko pocierając kartkę pod pewnym kątem. O tak… – Wstał, podszedł do biurka odstawiając szklankę na bok i zademonstrował swoją wizję pocierając podniesionym z podłogi skalpelem kartkę raportu niczym nożem smarującym masło.

– A poprawki?

– Przedmiotowe, poprawione już cyfry nie są pisane tą samą ręką co reszta cyfr w zestawieniu. Nowa piątka ma daszek zbyt wyniesiony. Jest pisana jednym ciągiem, choć to starano się zamaskować. Nieudolnie. Rahmke pisał ją poczynając od pionowej kreski z brzuszkiem później dopiero dostawiając daszek. Poprawione przez nich piątki są pisane począwszy od daszku na co wskazuje barwa atramentu w poszczególnych częściach cyfry. Takich przykładów mam jeszcze ze cztery. Jeszcze jakbym dostał próbkę ich pisma to byłaby stu procentowa pewność czy to oni.

– Dostanie pan. – Upewnił go Knauer.

– Ale taką sprzed całego zamieszania jeśli można.

– W dokumentach w biurze są ich podania o pracę. Nadadzą się? – Wtrąciłem się.

– Oczywiście.

– Na kiedy możemy się spodziewać ekspertyzy? – Tym razem odezwał się poprzez swoje śmierdzące cygaro Spatz.

– Właśnie brałem papier firmowy do ręki aby skreślić jej zarysy gdy mnie zaskoczyli.

– Rozumiem. Na jutro pan zdąży?

– Wieczorem.

– I jeszcze jedno. – Covalus sięgnął do kupki przyborów piśmiennych jakie ułożył pozbierawszy wszystko z podłogi. Wziął do ręki pióro Rahmkego i zaczął je obracać w palcach. – Zdaje się, że pytał pan o konkretny dowód zabójstwa. – Zwrócił się do Spatza – To niech pan posłucha. To pióro posłużyło do napisania całego raportu.

– To oczywiste. To pióro Richarda. – Wysapał Knauer wycierając spocone czoło kraciastą chusteczką – Zawsze nosił je przy sobie.

– To by wyjaśniało dlaczego większość poprawek napisano innym piórem. Tylko dwie cyfry skorygowano za pomocą tego – uniósł pióro Rahmkego na wysokość oczu. – Sądzę, że są to te dwie jakie poprawiono już po śmierci właściciela.

– Co ma pan na myśli? – Tym razem to Spatz się ożywił.

– Cóż. Skoro miał to pióro stale przy sobie to jak nasi akrobaci weszli poprawić raport to nie mogli z niego skorzystać. Więc poprawki nanosili innym. Swoim. A jak wszedł i ich zaskoczył to po zabójstwie zabrali jego pióro i dokończyli to po co przyszli. Rozumie pan teraz? – Dokończyłem za Covalusa.

– Doskonale. Muszę przyznać, że podoba mi się to co pan opowiada. – Spatz tym razem zwrócił się do mnie wstając z trudem – A nie prościej było wtedy zabrać raport?

– Nie wiedzieli czego się spodziewać po przyjeździe pana Knauera. Pozostawienie poprawionego dokumentu dawało szansę na wykpienie się od odpowiedzialności.

– No tak. Jak pan to wszystko mówi to brzmi to bardzo logicznie i składnie. Pora na nas. – Skinął głową na mundurowego stojącego jak posąg pod ścianą aby odwiązał kierowców i zabrał ich na dół. Pożegnał się grzecznie dopytując się czy może zabrać zgromadzone przeze mnie na biurku dowody i czy będę skłonny potwierdzić to co powiedziałem podpisem pod zeznaniem. Utwierdziłem go w tym i wyszli.

– Czyli jednak Rahme miał rację. Kradli. – Odezwał się Knauer po chwili milczenia.

– Owszem. Jak jechałem z Upustem po raz pierwszy to nie miał okazji, dlatego spalanie wyszło takie jak powinno być, ale jak kolejnego dnia pojechał tą samą trasą, z tym samym ładunkiem sam to już się powstrzymać nie był w stanie i wyliczenia wykazały, że coś jest na rzeczy. Swoją drogą, trzeba być idiotą i mieć mózg wielkości pastylki Pervitinu[10], aby postępować w ten sposób. Chociaż teraz jak o tym myślę, to on zasadniczo nie miał podstaw do podejrzeń, że ten mój wyjazd był dla niego czymś w rodzaju testu, egzaminu, którego nie zdał. W końcu nie wiedział wtedy, że ja też będę wprowadzał obliczenia do „Raportu Tendencji”. No cóż, bardzo mi tym samym pomógł – Uśmiechnąłem się do siebie. – Później jeszcze musiałem sprawdzić czy dystrybutor nie przekłamuje. Niestety dla niego: pracuje idealnie więc rozwiązanie tej zagadki mogło być tylko jedno.

– Szkoda, że to się wszystko tak musiało skończyć.

– Nie musiało. Gdyby chciwość nie wzięła nad nimi górę to by się tak nie skończyło.

– Mam raczej na myśli Rahmkego.

– Gdyby nie wrócił wcześniej do mieszkania to pewnie by dzisiaj żył. Ale z drugiej strony być może zwolniłby go pan za bezpodstawne oskarżenia rzucane wobec podwładnych.

– Na całe szczęście zrobił to zestawienie.

– „Raport Tendencji”… Całkiem ładna nazwa. Dokładnie oddaje w czym rzecz. – Zgodziłem się.

– Ano. – Przytaknął skinieniem głowy. – Jakby się nad tym głębiej zastanowić to przydało by się takie urządzenie, które pozwalałoby na kontrolę paliwa w aucie. Najlepiej na odległość.

– Może kiedyś ktoś z czymś takim do pana przyjdzie. Na razie jednak musimy się posiłkować moimi szarymi komórkami. – Uśmiechnąłem się w zamyśleniu próbując odgadnąć co przyniesie przyszłość.

<< Przejdź do rozdziału 7

linia_1

Możliwość komentowania jest wyłączona.