Gryzący dym wspomnień – 8

8.

Dominic nie zdążył się zatrzymać na dobre przy przystanku tramwajowym gdy stawiałem stopę na granitowym krawężniku. Ruszyłem natychmiast w kierunku wysokiej bramy wejściowej. Opasany trzema rzędami białych lamp daszek nad wejściem rozświetlał neon z liter układających się w nową nazwę budynku do którego zmierzałem: AWAG[1]. Jak to się szybko wszystko zmienia – pomyślałem. Jedno ze skrzydeł kraty wyplecionej z grubych prętów było podniesione. Drugie zagradzało chętnym wejście tuż obok. Doskonały znak, że stoiska wewnątrz powoli będą zamykane. W sumie to dobrze, bo w budynku powinno być mniej gości. Bałem się myśleć co by się stało gdyby coś poszło nie tak. Szybkim krokiem, trzymając ręce w kieszeniach, przeszedłem między szklanymi ladami i licznymi wieszakami działu konfekcji zajmującego większą część parteru. Zwieszone z góry żyrandole wyglądające jak skomplikowane konstrukcje przybyszów z obcych planet, błyszczały ciepłym światłem, które odbijało się w wypolerowanych na wysoki połysk drewnianych okładzinach ścian. Nowe, futurystyczne wnętrze raziło ascezą. Uśmiechnąłem się spod ronda kapelusza do kilku eleganckich sprzedawczyń w granatowo-białych mundurkach i wbiegłem na schody zmierzając na górę. Czekała mnie dłuższa wspinaczka, bo restauracja, w której umówiłem się z Mankowskim była na piatym piętrze. Z windy wolałem nie korzystać. Mógłbym tam mieć mało miejsca na obronę gdyby wpadli na pomysł wcześniejszego przybycia na spotkanie. Poza tym nie tak to sobie zaplanowałem. Pokonując po dwa-trzy schody ze sztucznego granitu poprzetykane na podestach drobniutkimi, czarno-białymi płytkami, wpadłem w szerokie, szklane drzwi prowadzące do restauracji. Ober dostrzegłszy mnie ruszył natychmiast z białym ręcznikiem przewieszonym przez wykrochmalone ramię. Ukłonił się uprzejmie jakbym był co najmniej indyjskim radżą i wyszeptał czy może czymś służyć. Wyjaśniłem równie cicho, że mam tu rezerwację na tarasie więc przepchnął mnie między okrągłymi stolikami z szybami przykrywającymi cienkie obrusy na ich blatach. W sali głównej, przy jednym większym stoliku i kilku pojedynczych siedziało razem może z kilkanaście osób. Miękka, beżowa wykładzina w duże kwadraty miło łaskotała podeszwy moich butów. Gdybym faktycznie był radżą to bym kazał taką wyłożyć na podłodze mego haremu. Miło by było wytarzać się w niej będąc przygniatanym przez krągłości jakiejś matrony. Przeszliśmy koło ściany z mlecznego szkła, przed którą ktoś ustawił kolekcję kaktusów jakiej nie powstydziła by się średniej wielkości pustynia w Ameryce i wyszliśmy na wąską nitkę balkonu osłoniętego markizami w kremowo-zielone pasy. Powstawiano nań maleńkie, okrągłe stoliki i po trzy, lakierowane na biało, drewniane krzesła z prostymi prętami wprawionymi w półokrągłe oparcia. Przy każdym blacie dwa zawsze stały równolegle do cienkiego niczym kartka papieru ogrodzenia oddzielającego nas od przestrzeni Tauentzien Platz[2] na dole. Trzecie ustawiono pod kątem prostym co powodowało, że wkraczało ono na niezwykle wąską przestrzeń zarezerwowaną dla wprawnie manewrującej tacami nad głowami. Usiadłem przy drugim od wejścia stoliku i zanim zdążyłem wysupłać z paczki papierosa podstawiono mi ogień. Taki radża to ma dobrze. – Pomyślałem wciągając pierwszy, szczypiący haust do płuc. Zamówiłem herbatę i czekałem kontemplując rozległy widok rozciągający się u mych stóp. Nie pozostało mi nic innego. Słońce zagościło na mocno już granatowym niebie wysyłając w moim kierunku ostatnie ogrzewcze promienie. Zrobiło mi się błogo.

Za moimi plecami, przy stoliku będącym na wprost wejścia, nerwowo wiercił się duży facet, którego grzbiet kraciastej marynarki można by przysposobić na kiecki dla co najmniej dywizji Szkotów. Palił śmierdzące cygaro, a jego dym, zawiany w moją stronę lekkim podmuchem sprawił, że poczułem się jakbym zeżarł kawałek opony mego Opla. Okropność. Po jakichś pięciu minutach ten sam ober wprowadził jeszcze dwóch gości. Jednego wysokiego i chudego faceta w brązowym, znoszonym garniturze i młodzieńca w cyklistówce na podłużnej głowie. Posadził ich stolik dalej. Poza nami czterema nie było więcej gości. W dużej sali w środku obchodzono hucznie czyjeś urodziny krzykliwie wznosząc kolejne toasty.

Nie miałem zegarka, więc nie mogłem ocenić ile czasu siedziałem wypalając kolejne dwa papierosy i opróżniając filiżankę z brązowej zawartości. Z tej odległości nie byłem też w stanie dostrzec jaką godzinę wskazują wskazówki zegara postawionego na trotuarze pięć pięter poniżej. Liczenie przejeżdżających tramwajów również nie wiele dawało. Jeździły całymi stadami tworząc korki na torach więc pewnie kompletnie nie trzymały się rozkładu. Moje dłonie cały czas wpadały w niekontrolowane drżenie. Zamówiłem dwie stopki wódki aby sobie z tym poradzić. Zanim je przede mną postawiono usłyszałem za plecami stukanie laski o lastryko podłogi. Wstałem i odwróciłem się na prawej pięcie. Wpatrywał się we mnie swymi rozmiękłymi, jasnymi oczami o czarnych i mocno zarysowanych brwiach toczących nieustanną walkę między sobą o panowanie nad jego czołem i to, która z nich rzęsiściej obsypie je swoim owłosieniem. Idealnie wyprasowana marynarka, wystająca spod bezbłędnie wyszczotkowanego, wełnianego, białego płaszcza przewieszonego niedbale przez ramiona, nie przejawiała najmniejszej ochoty do pofałdowania się w niekontrolowany sposób. Z pewnością jej uszycie kosztowało więcej niż wynoszą moje roczne dochody, a właściciel nie zwykł pozwalać sobie na jakiekolwiek niekontrolowane odruchy. Wskazałem mu dłonią krzesło naprzeciw mnie. Zdjął melonik ukazując idealnie wybrylantowane, zaczesane do tyłu, czarne włosy. Spiął wargi w wąską szczelinę przełykając ślinę, stuknął laską jeszcze raz i szurając krzesłem stanął przede mną nie spuszczając wzroku z mojej twarzy. Wytrzymałem to. Zawiesiłem nad stołem dłoń powitania. Została zignorowana, a stojący za nim łysy goryl o czaszce tak gładkiej, że wprawiłaby w zazdrość wszystkie kule bilardowe stąd do Berlina podsunął mu krzesło. Sam zajął to stojące na przejściu dla kelnerów.

– Spod jakiego śmiecia wypełzłeś pluskwo? Nie powinieneś być w policyjnym pierdlu? – Przyklejony nad wiśniowymi wargami, cieniutki jak szpicruta, wąsik nawet nie drgnął w opanowaniu.

– Czyżbyś wiedział coś o przyczynie ostatniej mojej tam obecności? – Ująłem palcami krawędź blatu aby ukryć ich drżenie.

– Co?

– Nie ważne. Dojdziemy do tego. – Na blat z drewnianej tacy zsunęły się moje dwie wódki.

– Co chciałeś? – Skinieniem dłoni odesłał kelnera o pytającym obliczu.

– Pogadać o czymś na czym ci zależy.

– To znaczy?

– Obaj wiemy po co tu przyszedłeś więc nie udawajmy. Dobrze?

– Masz piętnaście minut. Potem twój czas się skończy. Definitywnie. – Powiesił srebrną głownię laski na blacie i zdjął rękawiczkę z białej skóry sięgając pod marynarkę. Wydobył z niej srebrną papierośnicę z tłoczonym wzorem sceny polowania na wieku. Odskoczyło i wprawnym ruchem wyciągnął ręcznie kręconego papierosa. Jego przydupas, o powierzchowności i mimice tak skomplikowanej i żywej jaką może mieć tylko kamienny mur, wysunął zapalniczkę. Wykonując te czynności obaj niezmiennie wgapiali się we mnie.

– Szefie. To ten śmieć, cośmy go w hotelu zostawili. Widać nie ma dość i nadal szuka guza na mieście. – Jego głos brzmiał równie przyjemnie jak syk rozjeżdżanej na szosie żmii. Mankowski skinął mu powoli głową na potwierdzenie, ale uciszył jednocześnie nerwowym ruchem dłoni.

– Mało wyraźnie dałem ci znać, że twoja kariera się skończyła? Kolejny raz marnujesz mój czas. A ja tego nie lubię. Bardzo nie lubię. – Wydmuchał duży haust dymu wprost na moją twarz. – Wydawało ci się, że w Süd Park byłeś taki sprytny jakeś z Alex przyjechał jej sprawy załatwiać?

– Takie było moje zadanie. Miałem jej pomóc wyjść z tej sytuacji z głową.

– Hahaha! – Roześmiał się ukazując migdałki. Były zdrowe. Tak samo jak obydwa rzędy jego uzębienia. – Chłopcze, ja nie mam w zwyczaju być puszczany kantem przez dziwki i ich alfonsów. W twoim zawodzie powinieneś to wiedzieć.

– Nie jestem niczyim alfonsem. – Przy sąsiednim stoliku młodzian w cyklistówce potrącił kieliszek wina, które popłynęło po blacie. Kelner był szybszy i nie dopuścił do tego aby zapaskudziło mu spodnie. – Jestem prywatnym detektywem, a ty zabiłeś moją klientkę.

– Nie przesadzaj. To była tylko głupia i naiwna cizia, która nic nie znaczy i bladego pojęcia nie ma w co się pakuje.

– Może dla ciebie.

– Tak, właśnie dla mnie. – Rzucił z naciskiem.

– Więc dlatego ją zabiłeś?

– Miała coś co należało do mnie.

– Przecież dobiliśmy targu.

– Nie sądzisz chyba że przed moimi ludźmi odegrałem tę szopkę tylko dlatego, że przekonała mnie wtedy twoja gadka.

– Chcesz powiedzieć, że od początku nie zamierzałeś jej dawać tego kamienia?

– Tak. To właśnie chce powiedzieć. Gdzie on jest?

– Po co więc ją zabiłeś?

– Bo nie miała go przy sobie w tej spelunie gdzieście się zaszyli myśląc, że przede mną uciekniecie.

– Nie łatwiej było ją grzecznie poprosić?

– Uważaj synku. Ludzie giną nad wyraz łatwo za ten kamyk. Raz ci się udało wyślizgać glinom, ale ja nie mam zamiaru dać ci drugiej szansy. Może i tobie przytrafić się coś ostatecznego. Gdzie on jest? – Ostatnie pytanie zadał z takim naciskiem, że gdybym był szybą pancerną w oknie limuzyny pewnego austriackiego kaprala, pękł bym niczym filiżanka z cienkiej porcelany. Wychyliłem pierwszą stopkę jednym haustem odchylając daleko do tyłu głowę.

– Ba. Kamyk. Czyżby to on był kluczem do wszystkiego? Pozwól więc może, że zacznę od początku. Mamy jeszcze parę spraw do omówienia zanim się rozstaniemy. A ja mam pewną teorię na ten temat.

– Proszę. Masz… – Spojrzał na złoty zegarek zawieszony na pasku z krokodylej skóry. – … jeszcze dwanaście minut.

– W 1924r. gdy skołowałeś ten napad na księżną von Rotschild coś poszło nie tak. Tego nie było w planie. Prawda? Kropnąłeś jej męża, bo się napatoczył w najmniej odpowiednim momencie.

– Tłusta świnia nie wiedziała, żeśmy z księżną umowę mieli.

– Skubniecie kamyk, a ona dostanie odszkodowanie? Dobrze myślę? To był skok na ubezpieczalnię? – Skinął głową na potwierdzenie mych słów. – No więc jego śmierć pokrzyżowała ci plany. Nie było kasy z odszkodowania, bo księżna nie chciała mieć z wami nic do czynienia, a z drugiej strony nikt nie chciał od was odkupić trefnego towaru. Nie na darmo nazywa się „Krew południa”. Krew za nim idzie od samego początku, jak już powiedziałeś. Ale, ale… Nie próbowałeś się dogadać z ubezpieczalnią jakoś? Przez pośredników? Anonimowo?

– Pewnie. Ale oni nie chcieli o niczym słyszeć. Tak dużego rubinu nie byli w stanie spieniężyć gdzieś na boku, a ciąć go nie chcieli bo by na tym nie zarobili tyle ile to gówno jest warte w całości.

– Alex jak się o tym dowiedziała to stwierdziła, że załatwi to za ciebie. Mam rację? Poszła do księżnej i uzyskała od niej potwierdzenie na piśmie, że ta nie będzie wnosić oskarżenia o śmierć męża w razie gdyby ktoś zgłosił się po nagrodę. To by było dla wszystkich najkorzystniejsze rozwiązanie. Ona dostałaby zwrot kasy z ubezpieczalni, ta miałaby dobrą reklamę i kamyk, a Alex zarobiłaby parę marek na start w nowym życiu. Księżna się zgodziła bo wystawne życie kosztuje, a oszczędzanie nie jest jej mocną stroną. To tego papierka szukaliście w mieszkaniu mojej klientki? To nie kamyk był najważniejszy. Tylko ten kwit. Zdejmowałby z ciebie oskarżenia o zabójstwo hrabiego Rotschilda. Zgadza się? Jak się okazało, że Alex nie ma go przy sobie w hotelu to się wściekłeś i ją rozwaliłeś. A jej mieszkanie było jedynym sensownym miejscem, gdzie powinna była go ukryć. Dlatego zginęła?

– Tak. – Odparł spokojnie strząsając szare płatki popiołu na szklany blat stolika.

– Musiała zginąć jeszcze z jednego powodu. Za dużo wiedziała o tobie i twoich machinacjach.

– Poniekąd. Teraz wychodzi na to, że ty też wiesz o mnie za dużo.

– Jestem następny w kolejce?

– Wiele ci do tego nie brakuje.

– Masz może przy sobie ten papier? Chętnie bym rzucił okiem. – Zmieniłem ten trudny temat.

– Aleś ty durny. Przecież on dziś jest wart pięćdziesiąt kawałków. Nie nosi się takich rzeczy przy sobie na spotkania z takimi chłystkami jak ty.

– Trzymasz go w sejfie?

– Coś taki ciekawski? Powiedzmy, że trzymam go jako zakładkę w książce, którą zawsze kładę na szafce nocnej przy łóżku, jeśli cię to interesuje.

– Trochę się w sprawę zaangażowałem. Brakuje mi tego elementu do całości układanki. – Zamyśliłem się na moment próbując go sobie wyobrazić. – Wróćmy jednak do głównego wątku.

– Wróćmy. Dziewięć minut…

– Pozwoliłeś mi i Alex odebrać kamyk od siebie bo wiedziałeś, że ona będzie musiała szybko zwiewać z miasta. A gdy już będzie to robić to i kamyk i papier musiała mieć przy sobie. Wystarczyło tylko grzecznie poprosić aby ci oba te fanty oddała w odpowiednim momencie i udać się do ubezpieczalni po kasę z nagrody. Włos by ci wtedy z głowy nie spadł. Sprytnie pomyślane. Tylko, że ona była sprytniejsza. Zdołała przekazać kamyk komuś trzeciemu. Nawet nie zauważyliście kiedy to nastąpiło.

– Oświeć mnie.

– Jakie to ma znaczenie teraz?

– Dla mnie ma. – Syczał. Groźnie syczał wypowiadając każde słowo. Miałem się tego przestraszyć, ale wyrosłem już z piaskownicy i nie miałem pięciu latek.

– Nie zabijesz kolejnej osoby, która wie o tym kamyku.

– Bo?

– Bo to byłby już zbyt gruby numer.

– Zaczynasz mnie wkurwiać. Olaf… – Odwróciłem głowę w kierunku osiłka sapiącego obok mnie. W jego łysinie zaczynały się odbijać światła zapalanych nad ulicami neonów. – Olaf celuje teraz wprost w twoje pokurczone jaja. Pod stołem oczywiście. Masz trzy sekundy aby dać mi kamyk albo się z nimi pożegnasz.

– Tak przy tych wszystkich ludziach chcesz to zrobić? Odważyłbyś się?

– Chcesz się przekonać?

– Mam jeszcze nieco czasu…

– Siedem minut.

– Pozwól, że je wykorzystam tak ja tego będę chciał.

– Proszę.

– Pomysł z wrobieniem mnie w jej śmierć był o tyle do przyjęcia, że dawał ci czas na poszukanie zguby. Nie przewidziałeś tylko dwóch rzeczy.

– Mianowicie?

– Że uda mi się urwać glinom i że trafię do tego trzeciego przed wami.

– Życie. Nie wszystko można przewidzieć. – W udawanej bezradności rozłożył szeroko ręce. Nie sprawiał bowiem wrażenia kogoś kto poddaje się niesprzyjającym wydarzeniom z pokorą.

– No tak, sęk w tym, że teraz to ja mam atuty w ręce.

– Nie bądź taki szybki. Kładziesz kamyk na blacie, rozchodzimy się w zgodzie, a ja może postaram się zapomnieć jaki byłeś arogancki poprzednio.

– Nie.

– O! Jaki chojrak. Czego więc chcesz?

– Nic mi do tego, że kropnąłeś hrabiego. Masz papier więc może się z tego wywiniesz. Ale zabicie Alex było błędem. I za to pójdziesz siedzieć.

– Nie wiem co tu dodają do wódki ale jak cię słucham chłopcze to mi się niedobrze robi. Nikt mnie w tym mieście za nic nie wsadzi. Rozumiesz? – Ująwszy w chude palce blat stołu nachylił się nad nim tak, że jego nos prawie wbił mi gałki oczu w mózg. – Nikt! A w szczególności ktoś taki jak ty gówniarzu. Nikt nie będzie mi mówił co mam robić i decydować o tym co się ze mną stanie. Dawaj więc ten kamyk zanim na prawdę przytrafi ci się jakaś krzywda. – Odsunął się i przywarł plecami do sztachetek oparcia.

– Podać panom coś jeszcze? – Kelner zabrał pustą stopkę po mojej wódce.

– Spierdalaj. – Olaf dobitnie mu podziękował za obsługę nie wyciągając rąk spod blatu i obrusa.

– Gdzie go masz? Więcej nie będę pytał. – Oczy Mankowskiego zwęziły się do tak niewielkich szparek, że chyba przestał w ogóle cokolwiek widzieć.

– Nie myślisz, że byłbym takim idiotą aby przynieść go tutaj. Przecież nie wyszedłbym za drzwi żywy gdybym ci go oddał.

– Słusznie.

– Jest w schowku na bagaż przy zachodnim wejściu do głownego hallu Hauptbahnhof.

– Klucz! – Wysunął nad stołem dłoń w moją stronę.

Strzeliłem palcami i wskazałem na wyciągniętą ku górze rękę zawieszoną nad cyklistówką przy sąsiednim stoliku. Połyskiwał w niej niewielki kluczyk. Jakby się mu dokładnie przyjrzeć to można by dostrzec niewielki numer „24”. Posłusznie odwrócili głowy w tamtą stronę, a siedzący za moimi plecami facet w kraciastej marynarce wstał i ruszył za kelnerem. Najpewniej aby uregulować rachunek. Gdy ze zdziwieniem na powrót skoncentrowali wzrok na mej twarzy w kark Olafa wbijała się oksydowana stal lufy Lugera.

– Ani nawet drgnij skurwysynu. – Silnie zaciśnięte wargi Kurta Weidemanna ledwo przepuszczały ostre jak brzytwa słowa. W tym samym momencie chudy facet w brązowym garniturze uprzejmie pozbawił Mankowskiego ciężaru jego pistoletu spod pachy. Dörr był precyzyjny w tym co robił i niewielki Walther zniknął w kieszeni brudnej marynarki. Musiał wbijać mu w plecy swojego gnata, bo ten, dźgnięty, skrzywił się niemiło ukazując rząd równych białych zębów i powoli podniósł dłonie do góry. Jego oczy były skoncentrowane na mnie. Czułem ciężar tego wzroku na samym dnie sumienia. Zignorowałem to. Uśmiech na twarzy Dominica rekompensował wszelkie straty. Wychyliłem kolejną wódkę, gdy na ich nadgarstkach szczękały kajdanki.

– Chwileczkę! Przecież ja nie znam tego faceta i kobiety, o której tyle ciągle gada. – Mankowski podjął rozpaczliwą próbę ratowania tego co pozostało jeszcze z jego wolności.

– Której?

– Tej… Jak jej tam? Jak ona się nazywa…? Alex?

– Zanim wpadłem w odwiedziny do miłych i obecnych tutaj panów policjantów, odwiedziłem jubilera co ma zakład przy Garten Straβe 88[3]. Niejakiego Otto Stamwitza. Powinieneś znać człowieka. Pokazałem mu pierścionek z dedykacją: Für liebste Alex, Reinchard. Powiedział, że to ty go kupowałeś, co zresztą zostało potwierdzone twoim własnoręcznym podpisem na kwicie kasowym.

– I co z tego?

– Jakiś czas później do reperacji przyniosła go kobieta, która wylegitymowała się prawem jazdy. Ów jubiler jest przekonany, co zresztą znajduje potwierdzenie w jego księgach, że tą panią była niejaka Alexandra Wrexler. – Twarz mu stężała w grymasie wściekłości.

– Zniszczę cię.

– Spróbuj szczęścia. Coś czuję, że mogłaby to być całkiem niezła zabawa. Szkoda tylko, że masz tendencję do wplątywania w takie sprawy niewinnych i wysyłania ich na tamten świat.

– Myślę, że nasze zeznania, plus to co potwierdzi brat Alex i ten tu odważny, młody człowiek… – Weidemann wskazał skinieniem głowy na mnie. – Wystarczą do skazania i wsadzenia was za kraty na co najmniej dwadzieścia lat. W moim mieście nie można zabijać bez powodu niewinnych ludzi.

– Zawsze jest powód. – Mankowski odezwał się niemal nie otwierając ust i wbijając swoje ślepia we mnie.

– Tym gorzej dla ciebie.

– Byłeś wrzodem na dupie tego miasta. – Odezwałem się cicho, ale z pewnością słyszeli mnie wszyscy zainteresowani. – Wspólnymi siłami udało się nam go usunąć.

– Wyjątkowo się z tobą zgadzam. – Dörr poklepał mnie prawą dłonią po ramieniu. Wyszli z balkonu pozostawiając samego na wzmagającym się wieczornym wietrze. Kelner znów wyszeptał pytanie, czy czegoś mi nie trzeba. Zamówiłem butelkę żytniówki i pozostałem z nią sam na sam gdy rozpadał się, kolejny dzisiaj, jesienny deszcz. Bynajmniej nie przeszkadzał mi w jej kontemplowaniu.

linia_1

<< Przejdź do rozdziału 7 ; Przejdź do rozdziału 9 >>

 

 

 

Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *