Wojna Dirksa

Niektórym może wydawać się dziwne to, że umieszczałem z Karolem teksty o broni pancernej wojsk niemieckich na stronie, która z założenia miała traktować o przedwojennym Wrocławiu. Nie była to bynajmniej pomyłka bo ciekawych tematów związanych z moim miastem i okresem wojennym jest tyle samo, jeśli nie więcej niż dla okresu przedwojennego. Mnie osobiście zawsze niezwykle intrygowały działania związane z walkami o Festung Breslau, a w szczególności już detale właśnie walk stalowych kolosów. Wspomniane wcześniejsze teksty były tylko przystawką do tego co chciałem Wam dzisiaj pokazać.

Opisana poniżej historia jest prawdziwa, potwierdzona w kilku źródłach pisanych oraz w przekazach ustnych zebranych przez różne osoby między innymi przy okazji pracy na rzecz „złotego pociągu”. Jest to jeden z tych epizodów II wojny światowej, który mnie nigdy nie przestanie zadziwiać i zastanawiać. Jaki trzeba było mieć charakter aby zrobić to co zrobił Obersturmführer Dirks? Bynajmniej nie chcę propagować żadnych ideologii, podziwiać nikogo, chodzi mi raczej o hart ducha i samozaparcie w dążeniu do celów.

Z różnych strzępków informacji udało mi się złożyć pewną ciekawą historię, której do tej pory w całości nie opowiadał jeszcze nikt. Pojawia się tutaj pociąg, pojawiają się czołgi, jest dużo dymu i w niedalekiej perspektywie jest także płonący i rozbijany bombami Breslau.

Po kolei jednak.

Walki na Dolnym Śląsku to temat na kilka, jak nie więcej, książek i z pewnością wszystkiego na ten temat dziś jeszcze nie wiemy. Wiadomo jest powszechnie, że miasto Breslau zostało w połowie lutego otoczone przez wojska sowieckie. Wiadomo też jest, że prób odsieczy czy wyrąbania przejścia z tego okrążenia podejmowano kilka, wszystkie one zakończyły się jednak niepowodzeniem. Najbardziej dla mnie zadziwiająca i spektakularna była próba przeprowadzona przez ostatnie sprawne wozy bojowe jakie miała na swym stanie 18 dywizja grenadierów pancernych SS Horst Wessel. Jej szlak bojowy zaprowadził ją w końcówce wojny na teren Dolnego Śląska, o który walczyła od 15 marca 1945r. w okolicy Rattibor (Raciborza). Wtedy to, wg raportów, było na jej stanie 19 czołgów, jednak sprawnych pozostawało tylko pięć z nich. Po tych walkach zapada decyzja aby przenieść oddziały na zaplecze w celu odbudowania jej zdolności bojowej co powoduje, że jednostka zostaje przeniesiona pod Hierschberg (Jelenią Górę), dokładniej do Bad Warmbrunn (Cieplic). Druga część dywizji walczy pod Oberglogau (Głogówkiem) i dnia 10 kwietnia 1945r. także zostaje wycofana do Bad Warmbrunn. Pod koniec miesiąca wszystkie pozostające na stanie i sprawne StuG III Ausf. G (6 sztuk z kompanii 2 i 2 sztuki z kompanii 3) przeniesiono pod dowództwo Obersturmführera Dirksa i zgromadzono we wsi Röhrsdorf/Riesengeb. (Rędziny) w Rudawach Janowickich pomiędzy Jannowitz (Janowice Wielkie), a Landeshut (Kamienna Góra). Utworzono tu tym samym grupę bojową: SS-Kampfstaffel Dirks.

Niestety nie udało mi się znaleźć dokładniejszego rysu biograficznego tej postaci, nawet nie mam pewności czy zdjęcia które posiadam przedstawiają tego człowieka.

Wieczorem, dnia 27 kwietnia 1945r. żołnierze służący pod Obersturmführerem Dirksem zwracają się do niego z prośbą o umożliwienie podjęcia działań mających na celu odblokowanie okrążonego Breslau. Prawdopodobnie oddział ten był przygotowany właśnie do takiej akcji już wcześniej, ale nie ma na to dowodów. Faktem jednak jest, że następnego dnia rano, bocznymi drogami i lasami cała grupa przemieszcza się w okolice dworca kolejowego w Hirschberg. W tym czasie dowództwo, służby tyłowe oraz pozostałe pododdziały (między innymi załogi wozów bojowych z 3-ciej kompanii) pozostały w okolicy Bad Warmbrunn. W południe oddział pojawił się na terenie dworca gdzie przejęto osiem platform kolejowych, na które załadowano posiadane pojazdy, a dowódca udał się w poszukiwaniu maszynisty, który mógłby poprowadzić pociąg w kierunku na wschód. Zarekwirowano bowiem jeden ze stojących w lokomotywowni parowozów, ale niestety żadnego z maszynistów nie udało nakłonić się do współpracy. Wszyscy czuli już nadchodzący koniec wojny i nikt nie chciał się narażać. W końcu jednak znalazł się jakiś młody człowiek, pomocnik maszynisty, który chciał dostać się do żony w ciąży, którą zostawił w okolicach Waldenburg (Wałbrzych). Z załóg wozów bojowych na ochotnika zgłosiło się także dwóch ludzi, którzy przez koligacje rodzinne mieli minimalne pojęcie o prowadzeniu lokomotywy. Warto tu dodać, że w owym czasie pociągi na głównej linii kolei górskiej oraz na niektórych jej odgałęzieniach prowadzone były trakcją elektryczną, która w 1928r. doprowadzona została nawet do Wrocławia. Dlaczego więc poszukiwano parowozu? Na pewno z dwóch powodów. Po pierwsze Śląska Elektryczna Kolej Górska w wyniku zaniedbań i braku remontów w okresie wojny borykała się z problemami z dostawami prądu. Moc kolejowa zasilającej ją elektrowni w Ścinawce Średniej wynosiła 29MW, a ze względu na awarie turbozespołów w 1944r. pracowała ona ze średnią mocą tylko 8-10MV, choć zapotrzebowanie było znacznie większe (w 1940r. ok 100kWh). Dlatego też od 1943r. musiano ograniczyć ruch pociągów elektrycznych, wiele lokomotyw, dla których nie było zatrudnienia przekazując na inne zelektryfikowane sieci w zachodnich i południowych Niemczech. Z drugiej zaś strony nie wiadomo było dokąd pociąg z czołgami dojedzie i istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie to stacja dokąd nie dociera już energia elektryczna. Nie można było zatem polegać na tak mało pewnym środku transportu. Dodatkowo na sieci Śląskiej Elektrycznej Kolei Górskiej wprowadzono w latach międzywojennych sygnalizację świetlną (zamiast kształtowej) co spowodowało, że nie każdy maszynista, czy człowiek zaznajomiony choć minimalnie z ruchem pociągów, był w stanie poprawnie odczytywać sygnały podawane przez nowoczesne semafory. Długi czas po wojnie funkcjonowały one tutaj z powodzeniem pomimo zabrania przez Sowietów sieci trakcyjnej i elektrowozów.

Po szybkim przeszkoleniu dwóch wspomnianych ochotników z obsługi parowozu, krótki pociąg ruszył w drogę. Przejechał przez Waldenburg-Dittersbach (Wałbrzych Główny) i zatrzymał się na stacji Nieder-Salzbrunn (Wałbrzych Szczawienko), gdzie dyżurny ruchu z nastawni wychylił się przez okno i zapytał żołnierzy obsługujących lokomotywę:

– Dokąd jedziecie?

– Przebić się do Breslau – padła odpowiedź.

– Toż to za Świebodzicami to już nie wiadomo gdzie są Ruscy… Musicie być szaleni żeby to robić.

W efekcie jednak przepuścił pociąg dalej, ale jego jazda odbywać się mogła tylko z prędkością do 20km/h, na widoczność. Nie było bowiem gwarancji przejezdności torów, a i z lokomotywy zszedł ów młody człowiek, który pomagał żołnierzom ją tu prowadzić. Dojechał w końcu do swojej ciężarnej młodej żony.

Było już późne popołudnie gdy ostrożnie ruszono dalej. Do Köninigszelt (Jaworzyna Śląska) posterunki ruchu obsadzone były przez sumiennych niemieckich kolejarzy, dalej już nie było takiej pewności, co więcej – w okolicy Żarowa stali już Rosjanie, co znajduje potwierdzenie w dokumentach pochodzących ze sztabu 225 dywizji strzeleckiej, która stacjonowała w Osieku. Zatem po dotarciu do Köninigszelt, po krótkiej naradzie zdecydowano nie jechać na wprost linią do Breslau słusznie zakładając że będzie ona pod szczególnym nadzorem wroga. Postanowiono, że aby możliwie bezpiecznie dojechać najbliżej Breslau. Środkiem do tego celu mogły być lasy i pagórki otaczające Ślężę. Obersturmführer Dirks był odważny, ale nie głupi, wiedział, że jego misja jest niemal samobójcza, ale w bezsensownej i nieprzynoszącej żadnego pożytku walce nie miał zamiaru tracić ludzi i sprzętu. Zresztą w walkach pod Rattibor dał się poznać właśnie z takiej strony, przez co był niezwykle ceniony zarówno przez przełożonych jak i przez podwładnych.

Późnym wieczorem skład przyjechał do Schweidnitz (Świdnicy) gdzie wg jednego ze źródeł nastąpił rozładunek. Z kolei inna, ale nie potwierdzona informacja mówi, że pociąg wjechał na linię nr 285 prowadzącą do Breslau i zatrzymał się na stacji w Stephanshain (Szczepanowie) gdzie przy rampie czołowo-bocznej załogi rozładowały swoje pojazdy.

W efekcie w dniu 3 maja grupa Dirksa rozpoczęła marsz szosą łączącą Schweidnitz z Breslau by zjechać z niej przed Strehlitz (Strzelce) i pod osłoną lasu ruszyć się na Zobten (Sobótkę). Oddział został przydzielony jako wsparcie do 100. Jäger-Div (dowodzonej ówcześnie przez generała-majora Otto Schury’ego) również idącej na odsiecz okrążonej twierdzy. Według Wilhelma Tieke i Friedricha Rebstock’a do maszerujących oddziałów dołączyło także kilka Hetzerów (10?) najprawdopodobniej z Pz.Jg.Abt. 744. W nocy z 3 na 4 maja żołnierze schowali się i swoje pojazdy w lesie powyżej Gorkau (Sobótka Zachodnia/Górka). W ciągu dnia 4 maja wysłano w okolicę patrole rozpoznawcze, które wróciwszy wieczorem przekazały dowódcom informacje, gdzie znajduje się przeciwnik.

Następnego dnia rano oddział ruszył w kierunku twierdzy, ale już na wysokości drogi łączącej Zobten przez Marxdorf (Garncarsko) z Floriansdorf (Tworzyjanów) natrafiono na silny opór Rosjan. Okazało się, że piechota wsparta czołgami IS-2 i działami szturmowymi SU-152 wyjechała na niewielkie wzniesienie po przeciwległej stronie dolinki Czarnej Wody i z tego miejsca, z dystansu skutecznie raziły celnym ogniem Niemców. Zniszczono kilka Hetzerów z Wehrmachtu co zniechęciło pozostałych do skutecznego ataku. Oddziały więc wycofały się na pozycje wyjściowe chowając ocalony sprzęt za zabudowaniami Gorkau i w lesie. Kilkuzdaniowy opis tej potyczki przytacza Evgieni Dimitrievicz Monushko w swej niepublikowanej książce Początek wojny (cz. 3).

SS-Kampfstaffel Dirks w tym boju nie stracił żadnego wozu i pod osłoną nocy zdecydował o wycofaniu się w kierunku Sudeckiego Uskoku Brzeżnego. Jego żołnierze z żalem podporządkowali się rozkazowi gdyż w niedalekiej już odległości widać było doskonale łuny pożarów Breslau, a do ich uszu docierały wyraźnie słyszalne odgłosy toczonych w mieście walk. Widać było pracę artylerii przeciwlotniczej, wybuchy upadających bomb, niemal pojedyncze wystrzały z broni ręcznej. Wydany rozkaz trzeba było mimo wszystko wykonać. Pierwszym celem na drodze odwrotu była Schweidnitz gdzie zatrzymano się 6 maja 1945r. Niestety pozostawiony tutaj parowóz nie nadawał się do jazdy więc w dalszą drogę trzeba było ruszyć drogami. Następnego dnia resztki oddziałów rozpoczęły marsz w kierunku na Freiburg (Świebodzice). W okolicy tej miejscowości SS-Kampfstaffel Dirks odbyła swoją ostatnią walkę tej wojny. I tym razem po drugiej stronie frontu był porucznik Moniushko. Oddajmy mu głos:

Było to następnego dnia (7 maja 1945 r.), kiedy znajdując się na południowym skraju lasu Vorst Nonnen Busch, mniej więcej 3 kilometry na północ od Świebodzic, byłem świadkiem i w pewnym sensie uczestnikiem ostatniej prawdziwej walki w tej wojnie. Nic, co wydarzyło się później, wliczając również wydarzenia na terenie Czechosłowacji po 9 maja, nie wywołało we mnie tak silnego nastroju bojowego. Kiedy piechota i wraz z nią nasi artylerzyści osiągnęli skraj lasu, wprost na nas ruszyła z północnych krańców Świebodzic formacja niemieckich dział samobieżnych. […] Ich oddział składał się z nie mniej niż 10 dział prących naprzód na przestrzeni około 1 kilometra. […] Rozkazaliśmy baterii haubic Małyszewa otworzyć ogień, a artylerzyści bezzwłocznie przestawili swoje działa do ognia na wprost. Przerażająco jasne było jednak to, że działa samobieżne „Frycy” dotrą tutaj wcześniej. […] Wydawało się, że będzie całkiem gorąco. I wtedy nagle z lasu […] wyjechała grupa naszych SU-152 i rozwinęła się w podobną linię. Minęło kilka minut i rozpoczęła się rzeź. 6-calowe pociski z naszych dział dosłownie rozbijały „pudełka” „Fryców” na kawałki, podczas gdy ich ogień mógł jedynie zarysować przedni pancerz SU-152.

Przepraszam za kanciastość tłumaczenia, ale rosyjski nie jest moją najmocniejszą stroną 🙂

W podsumowaniu należy stwierdzić, że porucznik Moniuschko widział dziesięć płonących wraków niemieckich czołgów na polu bitwy. Były to najprawdopodobniej ostatnie Hetzery z Pz.Jg.Abt. 744. Bowiem Stugi SS-Kampfstaffel Dirks wycofały się na południe, a cztery z ośmiu tych dział dotarło w dniu 8 maja do miejscowości Vrchlabí (niem. Hohenelbe) na terenie Czechosłowacji. Stamtąd, ze względu na brak paliwa i nieprzejezdne drogi, załogi udały się już na własną rękę w kierunku pozycji amerykańskich w okolicy Pilzna pozostawiając swoje maszyny na poboczach. Tak kończy się ostatnia próba odsieczy Breslau w maju 1945r.

Źródła:

Napisano Wpisy historyczne, Wpisy inne | Oznaczone jako: , , , , | Wstaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *